wtorek, 19 września 2017

Rejs wśród zielonych wzgórz



Juliusz Wasik

Pogoda wczoraj dopisała, więc wybraliśmy się na godzinny rejs po Zalewie Solińskim. Od razu przypomniała mi się piosenka Wojciecha Gąssowskiego Zielone Wzgórza nad Soliną. Zaśpiewał ją z zespołem Tajfuny w 1967 roku. Wtedy tytułowe wzgórza były równie zielone, ale wyższe niż teraz, gdyż nie było jeszcze zapory i zbiornika retencyjnego. Zostały oddane do użytku rok później. Zresztą podobno słowa tej piosenki Janusz Kondratowicz napisał jeszcze wcześniej.

Co do samego Zalewu Solińskiego to wiele pisać o nim nie trzeba. Zna go przecież każdy choćby ze słyszenia. Wspomnę tylko, że jest to największy w Polsce sztuczny zbiornik wodny pod względem pojemności (472 mln m3). Rekord wysokości dzierży z kolei zapora w Solinie (81,8 m). Lustro wody znajduje się na poziomie 420 m n.p.m. Zalew czy jezioro, jak kto woli, jest rajem dla żeglarzy. Charakterystyczne, że nie widać tu żadnych ptaków kojarzonych z wodą. Za to znaleźć można każdy gatunek ryb słodkowodnych. Woda jest bowiem bardzo czysta.

Z przystani w Polańczyku płynęliśmy statkiem Tramp. Minęliśmy po lewej Wyspę Małą znaną także jako Zajęcza lub Miłości. Potem nieco zaniedbany ośrodek wypoczynkowy Rewita będący w gestii MON i wyspę Skalistą. Przepłynęliśmy też niedaleko domku popularnego w tych stronach Krzysztofa Brossa, który porzucił wygodne życie kierownika w Hucie Katowice i osiedlił się  w Teleśnicy Sannej. O jego pierwszym pobycie w Bieszczadach tak pisze Jagienka Wilczak: Krzysztof Bross pierwszy raz przyjechał w Bieszczady polować na wilki. Ale tak naprawdę w nosie miał wilki, chciał się przespać z cudzą dziewczyną w hotelowym pokoju. Do dziś pamięta, jak przytuleni, urywali się z obławy, szli na flankę. Bieszczady tonęły w śniegu, wyglądały romantycznie, kusząco, niezwykle, pachniały wolnością i przygodą. Bo to się zwykle tak zaczyna. Tu miało nie być układów i kombinacji, miało się toczyć prawdziwe życie, o jakim marzy zmęczony mężczyzna koło czterdziestki. Z dala od cywilizacji. Tylko dziewicza przyroda i kobieta dobra w łóżku. Czy to nie piękne?

Półwysep Brossa
Nie tylko Bross dorobił się miana legendy Bieszczad.  Równie znani są mieszkający także nad Zalewem Solińskim Henryk Victorini i pustelnik Juliusz Wasik. Tego ostatniego nazywa się królem Włóczęgów Bieszczadzkich. Żaden z tej trójki nie jest rdzennym bieszczadnikiem. Trudno dziś zresztą takich znaleźć.

Wieczorem ognisko z kiełbaskami. A jak ognisko, to i góralska muzyka. A jak kiełbaski, to i piwko. Miły wieczór.
O Bieszczadach także tutaj:
Pętla Beszczadzka 
Spacerem dookoła Soliny










Ośrodek Wypoczynkowy Rewita





Wyspa Zajęcza


1 komentarz:

  1. To już nie jest Wyspa Zajęcza ale wyspa króliczo-kozia, zdewastowana i zas... przez te kozy. Co za baran temu idiocie na to pozwolił?

    OdpowiedzUsuń