LOK sie sypie...



Jeszcze niedawno budynki przy ul. Kopernika 16 w Gdańsku tętniły życiem. Mieścił się tutaj ośrodek szkolenia kierowców, strzelnica oraz biuro Zarządu Wojewódzkiego Ligi Obrony Kraju. Sporo pomieszczeń było też wynajmowanych zewnętrznym podmiotom. Z biegiem czasu jednak drewniane baraki, zbudowane jeszcze przez Niemców, zaczęły się sypać. Zarząd Główny LOK, jako wieczysty użytkownik działki,  zamierzał  wejść w porozumienie z jednym z deweloperów, który miał wybudować na tym atrakcyjnie położonym terenie budynki mieszkalne, a przy okazji nowe pomieszczenia dla stowarzyszenia.  Tak wyglądała sytuacja przed dwoma laty, kiedy to miałem przyjemność prowadzić tutejszy ośrodek nauki jazdy.
Niestety, dwadzieścia miesięcy temu ośrodek szkolenia kierowców został zlikwidowany. Od tego czasu straciłem bliższy kontakt z LOK. Zajrzałem tu dopiero dzisiaj, wracając z pobliskiego cmentarza garnizonowego. To co ujrzałem, można określić jednym słowem: ruina.
 LOK - wejście główne

Brama wjazdowa na teren LOK

Wyblakły baner - pamiątka po OSZK LOK
Zupełnym przypadkiem natknąłem się też na instruktora nauki jazdy, który kiedyś tu pracował (odszedł wraz ze mną, a teraz uczy kursantów w prywatnym ośrodku). Od niego dowiedziałem się, że obiekt jest całkowicie opuszczony (biuro ZW LOK wynajęło dla siebie dwa pokoiki przy pobliskiej ul. Orzeszkowej), a o budowie nowego nic nie słychać. Dewastacja pogłębia się, a resztkami dawnych biur i warsztatów zaczęli interesować się złomiarze i drobni złodziejaszkowie (kilka dni temu było włamanie do garażu).
W sąsiedztwie stały niegdyś obiekty należące do Ruchu. W tej chwili nie ma już po nich ani śladu i tylko patrzeć, jak na uprzątnięty z gruzów teren wejdzie inwestor. Czy stanie się tak również w przypadku LOK? Nie wiem tego. Może jednak, wzorem PZPN, przydałoby się odmłodzić zarząd (obecny prezes „panuje” od ponad dwudziestu lat…

Znowu Smoleńsk

Co pewien czas mocniej rozbrzmiewają pogłoski o tzw. zamachu smoleńskim. Parę dni temu podsyciła je samobójcza – jak wszystko na to wskazuje - śmierć jednego ze świadków katastrofy prezydenckiego  Tu-154. Dzisiaj oliwy do ognia dodała publikacja „Rzeczypospolitej”, w której sugeruje się obecność materiałów wybuchowych na szczątkach samolotu. Wcześniej poddawano w wątpliwość możliwość urwania skrzydła maszyny po zderzeniu z brzozą.
W tle tych wszystkich domysłów i hipotez przebija się teza o zamachu. Pomyślmy jednak przez chwilę na spokojnie. Komu potrzebna była śmierć polskiego prezydenta? Jeśli założymy – całkiem hipotetycznie zresztą – że Rosjanom, to chyba nikt nie sądzi, że  są oni na tyle zorganizowani, żeby jednocześnie rozpylić sztuczną mgłę w rejonie lotniska, spowodować zejście samolotu na niebezpieczną wysokość i doprowadzić do eksplozji umieszczonych w nim (kiedy i jak?) ładunków wybuchowych.
A już całkowitym absurdem byłoby przypuszczenie, że potencjalny spisek został zawiązany w w Polsce. Prezydent Kaczyński - przy całym szacunku dla jego pamięci - nie miał szans na reelekcję, więc nie stanowił dla nikogo zagrożenia.
Mnie w każdym razie  scenariusz zamachu nie przekonuje. Dlatego jeszcze raz przytoczę to, co pisałem dwa dni po katastrofie:
Sobota, 10 kwietnia 2010 roku, przejdzie do historii jako  jedna z najbardziej tragicznych dat we współczesnej historii Polski.  W katastrofie lotniczej pod Smoleńskiem zginęło 96 osób, w tym wielu członków najwyższych władz z prezydentem RP na czele.  Jakimś niewyobrażalnym zrządzeniem losu stało się to nieopodal miejsca, w którym 70 lat temu sowieccy siepacze wymordowali tysiące polskich oficerów.  Właśnie w celu uczczenia ich pamięci niżej wymienieni polecieli do Rosji. Nie mogli przewidzieć, bo nikt nie był w stanie tego sobie wyobrazić, że jadąc oddać hołd poległym, sami staną się ofiarami, których pamięć będzie żywa przez długie lata.
Można wiele mówić, można wspominać znane niemal wszystkim postacie polityków, wojskowych, duchownych i urzędników, których tak niespodziewanie i w tak znamiennych okolicznościach dopadła śmierć, ale chyba najlepiej będzie po prostu oddać im cześć i zachować w pamięci…

Verne w galerii





W Galerii Bałtyckiej co pewien czas organizowane są różne wystawy tematyczne. Zwykle nie poświęcam im dużo uwagi, w przelocie obrzucając wzrokiem poszczególne eksponaty. Tym razem jednak pozwoliłem sobie na dłuższą chwilę kontemplacji. Aktualna ekspozycja inspirowana jest bowiem powieściami Juliusza Verne. Nie wiem, jak to wygląda obecnie, ale ja zaczytywałem się w dzieciństwie książkami tego autora. Teraz, gdy spoglądam wstecz z kilkudziesięcioletniej perspektywy, jestem przekonany, że to właśnie  dzięki temu polubiłem podróże.
Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, ze podobne ekspozycje mają przede wszystkim charakter marketingowy. Niemniej jednak posiadają też różnorakie wartości poznawcze, zwłaszcza dla dzieci i młodzieży. A i starszym nie zaszkodzi przypomnieć sobie to i owo… A swoją drogą ciekawe, czy autor „W 80 dni dookoła świata”, przy całej swojej fantazji, przypuszczał, że powstaną kiedyś takie molochy handlowe jak wspomniana galeria…

Miniaturki alkoholi

Mam nadzieję, że ta kolekcja miniaturek będzie coraz większa: Alkohole

Jeszcze jedna recenzja: Ireneusz Gębski - "W cieniu Sheratona"

Ireneusz Gębski - W cieniu Sheratona


Czasu coraz mniej, a książek coraz więcej.: Ireneusz Gębski - "W cieniu Sheratona": Wydawnictwo : Warszawska Firma Wydawnicza Data wydania : listopad 2011 Liczba stron : 162   Życie w obcym kraju nie jest proste. Bariery j...

" Przeczytanie książki zajęło mi kilka godzin, podczas których zajmowałam się wieloma innymi rzeczami. Jednak cały czas czułam potrzebę sięgnięcia po "W cieniu Sheratona" i zapoznanie się chociaż z kilkoma kolejnymi stronami.. Polecam tę pozycję wszystkim osobom, które pragną zapoznać się z sytuacją Polaków na obczyźnie. Zachęcam do sięgnięcia po tę książkę także ludzi, którzy byli za granicą i doskonale znają realia. Warto, żeby skonfrontowali swoje doświadczenia z tymi przedstawionymi przez Ireneusza Gębskiego." - cytat z recenzji Sylwii Piszczatowskiej.

Jesiennie z GER



Rajd GER pod hasłem „Złota polska jesień”. Według planu mieliśmy jechać na Mewią Łachę, ale tym razem od strony Mikoszewa. Niestety, gęsta mgła pokrzyżowała nam nieco plany, ale może po kolei…
Spod budynku Lotu wyjechaliśmy w dwanaście rowerów, z czego jeden dosiadała miła cyklistka. Przy Łąkowej Ryszard (a wraz z nim Michał i ja) skręcił w Chłodną, by na skróty dojechać do Opływu Motławy, podczas gdy reszta grupy z Mietkiem na czele pojechała  Łąkową do końca.  Czekaliśmy na nich na Olszynce, ale ostatecznie spotkaliśmy się dopiero w Sobieszewie. Nie obeszło się bez reprymendy od Mieczysława, który bardzo nie lubi gdy ktoś odłącza się od grupy bez wcześniejszego uzgodnienia
Do Przegaliny jechaliśmy już razem. Tutaj, przy śluzie,  zrobiliśmy sobie krótką przerwę na posiłek. Mgła nie ustępowała, a widoczność była znikoma, więc zdecydowaliśmy nie przeprawiać się do Mikoszewa.  W Świbnie znowu podzieliliśmy się na dwie grupy, ale tym razem jak najbardziej formalnie. Jedna (pięcioosobowa z Bono na czele) pojechała leśną trasą, a druga szosą do Sobieszewa.





Most Miłości na Korzennej
Aby dobić do zaplanowanego kilometrażu (70), okrążyliśmy bocznymi drogami Olszynkę. Wtedy dopiero mgła zaczęła opadać i choć przez chwilę mogliśmy poczuć klimat złotej jesieni. W sumie jechałem 3 godziny i 43 minuty. Moje wcześniejsze obawy, iż po trzymiesięcznej przerwie mogę mieć kłopoty z kondycją, nie potwierdziły się. Przydała się zaprawa w Szwecji i górskie wędrówki w Pieninach.

Wszystko się kończy...



Ostatnie zabiegi. Trzy tygodnie przeleciało z szybkością błyskawicy. Mój pierwszy pobyt w sanatorium uważam za w pełni udany i mam nadzieję, że jeszcze kiedyś trafię w podobne miejsce. Teraz już, niestety, trzeba się pakować i szykować do wyjazdu.
Kilka ciepłych słów należy się obsłudze sanatorium „Nauczyciel”. Praktycznie rzecz biorąc, wszyscy rehabilitanci byli mili i profesjonalni. Szczególnie wdzięczny jednak jestem paniom od ultradźwięków oraz od okładów borowinowych.  Im właśnie podarowałem egzemplarze mojej mini powieści „W cieniu Sheratona”. Żałowałem, że nie wziąłem ze sobą więcej książek, bo przecież uprzejme i uczynne były zarówno recepcjonistki, jak i kelnerki, a także pozostały personel.
Dzisiaj już nie chodziłem na dłuższe spacery (nie licząc wyjścia do pijalni wód). Nie sprzyjała temu pogoda, a poza tym zabrałem się za selekcję zdjęć. Poniżej link do jednej trzeciej całego zbioru fotek:
https://picasaweb.google.com/105491291175835308949/Szczawnica02

P.S. Na prośbę pana Karola Chudoby, mojego sąsiada od stolika,  a na co dzień prezesa Stowarzyszenia Pomocy Polakom na Wschodzie "Kresy", polecam wszystkim zainteresowanym tą tematyką poniższy link:
http://kresy-krakow.com.pl/start


Pokojowa i Palenica



Milcząca zazwyczaj pokojowa dzisiaj raptem ożywiła się.
- Kiedy państwo wyjeżdżacie? – zapytała, stając w drzwiach naszego sanatoryjnego pokoju.
- W środę rano – odpowiedzieliśmy.
-  Hm, będzie mało czasu na sprzątanie, bo o dwunastej przyjadą nowi kuracjusze – zmartwiła się, po czym pouczyła nas: - Niech państwo przed wyjazdem zdejmą powłoczki z kołder i poduszek. Wszyscy goście tak robią!
- Nie ma problemu – zgodziliśmy się.
Pokojowa rozejrzała się po pokoju i zadała pytanie sugerujące odpowiedź:
- To co? Dzisiaj nie warto odkurzać?
Jakoś nie mieliśmy sumienia sugerować jej, że jednak byłoby warto. Poprosiliśmy tylko o papier toaletowy, bo ostatnim razem „zapomniała” go uzupełnić. Przyniosła dwie rolki i tyle ją widzieliśmy. Zwolnienie z obowiązku odkurzania rozszerzyła także na łazienkę, w której  nie starła nawet podłogi…
Końcowe „badanie” lekarskie.
 - Jak się pan miewa, panie Irku, dobrze?
Potwierdziłem, bo cóż innego mogłem odpowiedzieć. Pomny wcześniejszych doświadczeń, wiedziałem przecież doskonale, że to tylko formalność.
"Koci Zamek" przy ul. Głównej

Szczawnica - widok ze stoku Palenicy

Od lewej: "Hutnik", "Dzwonkówka" i "Nauczyciel"

Górna stacja kolejki na Palenicy

Pod Palenicą

Tymi schodami chodziliśmy codziennie, często po kilka razy
- To świetnie – ucieszył się lekarz. – Życzę przyjemnej podróży nad morze.
Po zaliczeniu Jarmuty, Bereśnika i Bryjarki przyszedł czas na czwartą górę otaczającą Szczawnicę – Palenicę (722 m n.p.m.). Byłem już co prawda na jej szczycie, ale wtedy wjeżdżałem kolejką krzesełkową, więc to się nie liczy. Z doliny Grajcarka udałem się na stok narciarski, którym powoli posuwałem się do góry. Nartostrada jest dość stroma i potwornie zryta przez dziki. Praktycznie szedłem więc nie po trawie, ale po błotnistej darni. Ostatni odcinek, od skrzyżowania z trasą kolejki, wiedzie na szczyt kamienistą dróżką. Jest równie stromy co poprzedni, ale przynajmniej nie jest  ślisko.
Po przejściu obok górnej stacji kolejki linowej idę w dół do Siodła Szafranówki. Tutaj szlak się rozdziela: w lewo do słowackiej Leśnicy i w prawo w kierunku Krościenka. Wybieram drugą opcję, choć w tym momencie jeszcze nie wiem dokładnie, gdzie wyjdę. Schodzenie idzie mi dość szybko. Po niespełna półgodzinie jestem już na dole. Okazało się, że wyszedłem niedaleko przystani flisackiej na Dunajcu. Stąd już tylko łatwy spacer ulicą Główną, lekko pod górę Zdrojową, po czym w górę schodami do „Hutnika”, „Dzwonkówki”, no i ostatniego z tej strony miasta sanatorium, czyli „Nauczyciela”.

RPA - nie tylko safari

  Do Warszawy wyjechaliśmy   pociągiem   "Lubomirski" o 10.12 z dwudziestominutowym   opóźnieniem. Mieliśmy jednak spory zapas c...

Posty