Iran z polskimi akcentami

 

09 maja 2022

Qavam House

Przed ósmą jedziemy do domu kupieckiego z XIX wieku. Obecnie jest to muzeum Qavam House z imponującym ogrodem Naranjestan. Rosną tutaj drzewka pomarańczowe, palmy daktylowe, a także mnóstwo wielobarwnych kwiatów. Wnętrze domu, a w zasadzie pałacu, wygląda na bogato wykończone i wyposażone. Efekt ten potęgują liczne kolorowe lustra, umieszczone na ścianach i sufitach. Dodajmy do tego witraże, mozaiki, malowidła i zdobione sufity, a obraz kupieckiej rezydencji stanie się pełniejszy.
Wnętrze Qavam House

Na podziwianie wnętrz Qavam House, nie mamy zbyt wiele czasu, gdyż program dnia jest jak zwykle napięty. Tak więc już o dziewiątej wchodzimy do meczetu Nasir ol-Molk (Różowy Meczet). Wewnątrz nie wolno używać flesza ani korzystać z dużych aparatów fotograficznych. Kobiety wchodzą do środka tylko w czadorach. Sama świątynia jest po prostu piękna. Misternie wykonane zdobienia i dbałość o najdrobniejsze szczegóły – to wystarczające powody, żeby obdarzyć szacunkiem dziewiętnastowiecznych artystów, którzy brali udział w pracach wykończeniowych. Z zewnątrz meczetowi dodaje uroku  prostokątna sadzawka, w której zielonkawych wodach odbija się jego fronton i dwa minarety.

Przed Różowym Meczetem
Po kolejnej godzinie jesteśmy już w Mauzoleum Króla Światła  (Shah Cheragh). Mauzoleum poświęcone jest pamięci zamordowanego w 835 roku brata imama Rezy. Tu również nie wolno wnosić dużych aparatów, a wejście możliwe jest wyłącznie w skarpetkach. A żeby było ciekawiej, to kobietom nie wolno wchodzić do niektórych pomieszczeń. Akurat tych – moim zdaniem – najpiękniejszych: z ogromnymi błyszczącymi żyrandolami, ścianami i sufitami mieniącymi się od malutkich lusterek. Mauzoleum zajmuje dość duży  obszar. Spoczywają tutaj synowie siódmego imama.

Na bazarze

Po sporej dawce wrażeń estetycznych nadszedł czas na prozę życia, czyli bazar. Rouhollah Bazaar, bo nim mowa, jest ogromnym krytym targowiskiem, w którego licznych odnogach łatwo się zgubić. Łatwiej byłoby napisać, czego nie można tu kupić niż wymienić wszystkie oferowane produkty. Wspomnę więc tylko, że żona nabyła dwie skórzane torebki (po 12 i 17 dolarów), pamiątkowe magnesy po 150 riali sztuka i kilogram herbaty za równowartość sześciu dolarów. Ja z kolei zwróciłem uwagę na bańki z rurkami i spiralami,  żywcem przypominającymi rodzimą aparaturę do pędzenia bimbru. Wiem skądinąd, że niektórzy Irańczycy pokątnie trudnią się tym procederem. Ale żeby legalnie można było nabyć sprzęt do destylacji alkoholu w tak ortodoksyjnym kraju? Sam nie wiem…

Przed obiadem odwiedzamy jeszcze hamman, a właściwie muzeum, bo od dawna nikt nie zażywa tu kąpieli. Rozstawione w poszczególnych salach manekiny mają przybliżyć widzowi cały proces ablucji w tego rodzaju przybytkach.

Tym razem do ryżu zaserwowano nam szaszłyki z baraniny. Jakoś nieszczególnie przypadły mi do gustu…

Persepolis

Około szesnastej pojechaliśmy do odległego o około 70 km Persepolis. O ruinach tego starożytnego miasta nie będę się rozpisywał, bo niczego nowego, poza tym co można znaleźć w Wikipedii, nie potrafię dodać. Mogę tylko wspomnieć, że niewiele brakowało aby po rewolucji zrównano z ziemią te artefakty  z antycznej przeszłości. Na szczęście władcy Islamskiej Republiki Iranu w porę się opamiętali i dziś, chodząc wśród kolumn i fragmentów murów, możemy sobie wyobrażać jak wyglądało to miasto za czasów Kserksesa.

Tego dnia sporo się nachodziłem, wykonując łącznie 25 560 kroków. A pamiętać należy, że o tej porze roku w tych stronach jest już dość gorąco.

Grobowiec Achemenidów

Przed powrotem do hotelu odwiedziliśmy jeszcze Naqsz-e Rostam, czyli skalne grobowce Achemenidów. Była już godzina 19 i początkowo nie chciano nas wpuścić. Udało się jednak  zmiękczyć obsługę.

10 maja 2022

Dzisiaj pobudka o 5.20, pobranie suchego prowiantu i o 6.05 wyjazd. Jedziemy malowniczą górską trasą przez około 150 km.  Zatrzymujemy się przy gospodarstwie Bishapur Ecolodge. Stąd  ma odbyć się wędrówka do Jaskini Szapura. W programie przewidziano na dojście, zwiedzanie i powrót 3,5 godziny. W naszej prawie czterdziestoosobowej grupie średnia wieku oscyluje wokół 55 lat.  Nie wszyscy mają siły i chęci do wdrapywania się do groty z posągiem Szapura (władca Persji z dynastii Sasanidów). Kilkanaście osób zostaje więc w  zabudowaniach Bishapur Ecolodge, a reszta wraz z miejscowym przewodnikiem wspina się  do góry. Odległość nie jest wielka, bo zaledwie trzy kilometry, ale przewyższenie wynosi 421 metrów. Startujemy z poziomu 876 m n.p.m,.  Podejście jest miejscami łagodne, a miejscami nieco bardziej strome. Nie ma jednak żadnych trudnych odcinków. Trochę kamienistej ścieżki, trochę kamiennych i betonowych schodków. Dojście do jaskini zajęło mi 57 minut, choć specjalnie nie śpieszyłem się. Zrobiłem tam zdjęcia, po czym zacząłem schodzić. W tym czasie reszta grupy  dochodziła do ostatnich schodków przed wejściem do groty. Zejście zajęło mi 45 minut. Tak więc całość trwała niespełna dwie godziny. Dlatego uważam, że wspomniane 3,5 godziny, które zresztą jeszcze się przedłużyło, to zbyt dużo. W sumie przebywaliśmy w Bishapur Ecolodge pięć godzin, z czego godzina była przeznaczona na obiad.

Jaskinia Szapura

 
Potem były jeszcze dwie godziny zwiedzania ruin Biszapur (starożytne miasto Sasanidów z więzieniem cesarza Waleriana oraz świątynią wody) i oglądanie reliefów Tang-e Chogan. Tu spotkaliśmy czterech irańskich kierowców ciężarówek, którzy posilali się w cieniu wysokich skał. Przez chwilę nas obserwowali, a potem jeden z nich podszedł i na widelcu podał kilkorgu z nas po kawałku pieczonego kurczaka. Zaraz też padło tradycyjne pytanie o kraj naszego pochodzenia i – rzecz jasna – propozycja wspólnego zdjęcia. Chętnie skorzystałem.

 O szesnastej wyruszyliśmy w ponad pięćsetkilometrową drogę do Dezful. Google podawało, że można ją przejechać w 7,5 godziny. Pilotka obstawiała 8 do 9, a faktycznie jechaliśmy 10 godzin, docierając do hotelu Avan o drugiej w nocy, po 20.godzinnym dniu aktywności.  Nie muszę chyba dodawać, że nie wszyscy byli zadowoleni z takiego obrotu sprawy. Sądzę, że można było uniknąć późnego przyjazdu do hotelu, redukując czas na jaskinię Szapura i skracając nieco historyczne wykłady w Biszapur. Tę samą wiedzę z równym powodzeniem pilotka mogła nam przekazać podczas jazdy autokarem. Mam nadzieję, że Inez – notabene bardzo miła i pełna dobrych chęci – wraz z nabieraniem doświadczenia będzie w przyszłości bardziej panować nad grupą i czasem. Ja wiem, że zapisywaliśmy się na wyprawę, a nie na  szkolną wycieczkę, ale na tego rodzaju wyjeździe tym bardziej niezbędna jest konsekwencja i umiejętność dyscyplinowania siebie i innych.

   11 maja 2022

  Bardzo porządne  i urozmaicone śniadanie.  Po raz pierwszy  oprócz miejscowych płaskich chlebków podano też bagietki. Niestety, internet był dostępny tylko w hotelowym lobby, w dodatku był wolniejszy niż najstarszy żółw.

Pałac w Suza

O 9.30 wyjechaliśmy do odległej o około  40 kilometrów Suzy. Dotarliśmy tam po 50 minutach. Miasto to było jedną ze stolic starożytnego Elamu, a jego historia jest pełna wzlotów i upadków. Teraz jest tam tylko  trochę wykopalisk oraz zbudowany przez Francuzów pałac. Przy jego budowie wykorzystali oni oryginalne cegły z ruin. Gdyby tego nie uczynili, miejscowa ludność do reszty rozgrabiłaby pozostały materiał. Ciekawostką jest, że francuska ekipa archeologów na początku XX wieku odnalazła tu  Kodeks Hammurabiego.

 

Grobowiec proroka Daniela

Nieco ponad godzinę później podeszliśmy pod grobowiec proroka Daniela. Powiedzmy od razu – takich domniemanych miejsc pochówku Daniela jest aż sześć. Przed rokiem sam miałem okazję oglądać jeden z nich w uzbeckiej Samarkandzie. Pozostałe zlokalizowane są w  Babilonie, Kirkuku i Al-Mikdadiji w Iraku, a także w irańskim Ize. Jednak ten w Suzie jest najbardziej znany. Znajduje się on na końcu rozległego placu pod wysoką spiczastą wieżą.

Kolejnym obejrzanym przez nas zabytkiem  był ziggurat w oddalonym o 50 km od Suzy Czoga Zanbil. Co to takiego ziggurat? Cytuję za Wikipedią: charakterystyczna dla architektury sakralnej Mezopotamii wieża świątynna o zmniejszających się schodkowo kolejnych tarasach. Obiekt ten jako pierwszy w Iranie został wpisany na listę UNESCO. Oglądamy go oczywiście tylko z zewnątrz.

Szusztar

Po obiedzie (zupa osz i pieczone udko kurczaka, tym razem bez ryżu) jedziemy do Szusztar. Miasto to, położone na północy Chuzestanu, uważane jest za   jedno z najstarszych na świecie. Słynie z bardzo pomysłowego systemu hydraulicznego, którego fragmenty można jeszcze teraz podziwiać. Budowę konstrukcji wodnych (młyny, kanały irygacyjne, mosty i tp.)na rzece Karun rozpoczęto już w piątym wieku p.n.e. Ich resztki oglądamy ze współczesnego mostu.

W ramach relaksu wsiadamy do motorowych łódek i przez godzinę pływamy po rzece Karun. W przerwie zatrzymujemy się na jednej z mielizn i z przyjemnością moczymy nogi w chłodnej wodzie. Przy jednym z brzegów rzeki kąpią się miejscowi chłopcy, zaś przy drugim kąpieli zażywa stado krów.  Prawdziwa sielanka…


Do hotelu wracamy dość wcześnie, bo o dwudziestej.

 12 maja 2022

Rano wyjeżdżamy trzema busami w góry Zagros. Naszym celem jest oddalone o niespełna 40 kilometrów od Dezful   jezioro Dez Dam. Droga jest wąska, kręta i miejscami stroma.  Des Dam jest sztucznym zbiornikiem wodnym. Powstał on w wyniku zbudowanej w latach 1959-1963, za czasów rządów ostatniego szacha Iranu, łukowej zapory.  Mierzy ona 203 metry i zalicza się do największych w kraju. Lustro wody znajduje się na wysokości 315 m n.p.m. Podobnie jak wczoraj wsiadamy do motorowych łódek i płyniemy. Najpierw w stronę tamy, a potem na niewielką wysepkę, na której spotykamy kilka osiołków. Oprócz nich i nas nikogo więcej tu nie ma. Wokół rozciągają się skaliste zbocza gór. Chłodna woda zachęca do brodzenia przy brzegu. Niektórzy decydują się też na kąpiel. Oczywiście w ubraniu, żeby nie urazić uczuć  sterników łodzi.

Na obiad wracamy do Dezful (ryż, bakłażan i odrobina mięsa wołowego). Po wyjściu z restauracji jedna z mieszkanek miasta chciała zaprosić nas do siebie na kolację albo chociaż na herbatę. Niestety, musieliśmy się śpieszyć, gdyż mieliśmy jeszcze do przejechania ponad 500 kilometrów, a jak już się przekonaliśmy,  naszym kierowcom pokonanie takiego dystansu zajmuje sporo czasu.

  Wyruszyliśmy tuż przed czternastą. Droga do Kom w znacznej części wiedzie przez góry. Tylko w ciągu jednej godziny przejeżdżaliśmy przez 10 tuneli, w tym jeden czterosegmentowy na wysokości 1 053 m. Dodajmy, że była to autostrada, a więc każdy tunel trzeba liczyć podwójnie. Góry pokryte były kępkami zielonych krzaków. Później zaczęły pojawiać się pola uprawne (nawet na wysokości 2 250 m n.p.m.).

  W hotelu Fadak w Kom meldujemy się o 23.15, czyli niezbyt późno jak na dotychczasowe standardy.  Sam hotel bardzo porządny, z WiFi na żądanie.

13 maja 2022

 

Poczęstunek

Kom jest jednym z najważniejszych  miast dla irańskich szyitów (drugim po Meszhed).  Znajduje się tu mauzoleum Fatimy al-Musmy, siostry ósmego imama Alego Rezy. Rocznie odwiedza je 20 milionów pielgrzymów. Na terenie sanktuarium obowiązują rygorystyczne zasady dotyczące stroju (długie spodnie u mężczyzn, czadory u kobiet) i zakaz wnoszenia wszelkich toreb, torebek i aparatów. Kobiety i mężczyźni wchodzą przez osobna wejścia, poddając się przy tym  kontroli z dokładnym obmacywaniem włącznie. Wewnątrz należy poruszać się tylko w zwartej grupie, pod okiem miejscowych przewodników.

Przed bramą sanktuarium zatrzymaliśmy się na chwilę przy piekarni, obserwując proces wypieku chleba. Niemal od razu zostaliśmy poczęstowani gorącymi, wyjętymi prosto z pieca cienkimi plackami pieczywa. Ten kolejny dowód gościnności i życzliwości  skłonił mnie do pewnej  refleksji. Otóż wydaje mi się, że im bardziej opresyjny jest oficjalny reżim, tym bardziej mili i otwarci są zwykli ludzie. Warto tu wspomnieć, że w Iranie zapada rocznie około 500 wyroków śmierci, a kara chłosty jest czymś zupełnie normalnym. Na szczęście nie orzeka się już kary kamienowania.

  Z Kom jedziemy do Abyaneh, turystycznej wioski  zaszytej głęboko w górach na wysokości 2 220 m n.p.m., odległej o 180 km. Z trasy Kom – Isfahan skręca się w pewnym momencie w prawo i jedzie wąską boczną drogą przez 30 kilometrów. Tego dnia był piątek, a zatem święty dzień dla wyznawców islamu. W związku z tym wioskę opanowały tłumy turystów  z okolicznych miast. Abyaneh wyróżnia się czerwonym kolorem budynków. Do ich budowy użyto bowiem cegły wypalanej z gliny o takim właśnie kolorze. Główna ulica okolona jest szpalerami wysokich zielonych platanów. Temperatura na tej wysokości jest dość przyjemna. Wszędzie pełno straganów z pamiątkami i czajników ustawionych na prowizorycznych paleniskach. Również tu zagadują nas często miejscowi. Kiedy dowiadują się, że pochodzimy z Lachestanu (tutejsza nazwa Polski), uśmiechają się radośnie i mówią Welcome. Jeden z młodszych Irańczyków wykonuje charakterystyczny gest kopania i woła: Lewandowski!

  

Abyaneh

O szesnastej zjadamy obiad w Hotelu Grand, największym tego typu obiekcie w Abyaneh. Na stołach, co jest powszechne w Iranie, gruba warstwa plastikowych obrusów. Może nie jest to eleganckie, ale bardzo praktyczne. Po wyjściu gości wystarczy wyrzucić wierzchnią warstwę i już mamy posprzątane. Właściciel lokalu osobiście podawał do  stolików półmiski z ryżem oraz osobno talerze z szaszłykami.

Niespełna godzinę    później mknęliśmy już w stronę Esfahanu. Na autostradzie dopuszczalna prędkość wynosiła 120 km/h. Tym razem kierowcy nie ociągali się, więc już o 20.30 mogliśmy zameldować się w hotelu Julfa. Wieczór był raczej chłodny, ale nie ma w tym nic dziwnego, bo miasto leży na wysokości ponad 1 500 m n.p.m. Poza tym, po wielu dniach upałów na pustyni, taka zmiana była nam na rękę. Niestety, hotelu nie mogę pochwalić. W pokoju leżały co prawda dwa egzemplarze Koranu, ale wnętrze było obskurne, z łuszczącą się z sufitu farbą. Internet praktycznie nie działał.

14 maja 2022  

Ostatni dzień zwiedzania. Nasz hotel zlokalizowany jest w dzielnicy ormiańskiej, więc do tutejszej Katedry Świętego Zbawiciela (zwanej wank) idziemy spacerkiem.  Świątynia pochodzi z XVII wieku. Jej wnętrze w całości pokryte jest kolorowymi freskami i obrazami. Wokół otaczającego ją placu rozmieszczone są pomieszczenia muzealne. Od opiekuna świątyni dowiadujemy się, że kilka dni wcześniej zawitał tu minister spraw zagranicznych Zbigniew Rau. Jak się później dowiedziałem, polska delegacja pod przewodnictwem ministra przebywała w Iranie dniach 7 – 9 maja na zaproszenie strony irańskiej. W trakcie wizyty podpisano umowę o współpracy w zakresie kultury, edukacji, nauki, sportu, młodzieży i środków masowego przekazu.  A ponieważ w tym roku przypada 80. rocznica ewakuacji armii gen. Andersa z ZSRR do Iranu, minister odwiedził także polskie miejsca pamięci, w tym cmentarz, na którym i my się pojawiliśmy z symboliczną wiązanką kwiatów. Postawiliśmy ją obok dużego białoczerwonego wieńca z napisem na szarfie: Minister Spraw Zagranicznych RP Zbigniew Rau. Nie był to stricte polski cmentarz, lecz ormiański z kwaterą poświęconą zmarłym w latach 1942-1943 Polakom. Na pionowej płycie pomnika, o którą oparty był wieniec, widnieje napis: Polskim Wychowawcom Rodacy.  Pozioma płyta pokryta jest archaicznym pismem, którego współczesne brzmienie wyglądałoby tak: Leży tu grzesznik Teodor Miranowicz, posłannik Króla JM Polskiego 26 grudnia 1686. (Miranowicz przebywał tu na polecenie Jana III Sobieskiego z misją do szacha perskiego Safiego II). Z kolei na stojącym nieopodal obelisku wykaligrafowano: W hołdzie tysiącom Polaków żołnierzom Armii Polskiej na Wschodzie generała Władysława Andersa i osobom cywilnym byłym jeńcom i więźniom  sowieckich łagrów zmarłym w drodze do Ojczyzny  Cześć ich pamięci.

Nasza wiązanka pod wieńcem ministra

Po chwili zadumy  przy tych polskich akcentach opuściliśmy cmentarz i wyruszyliśmy przez  pełne kolorowych kwiatów i zielonych platanów miasto, kierując się do meczetu piątkowego. Zaparkowaliśmy na podziemnym parkingu i podeszliśmy do ogromnego kompleksu owego meczetu, którego budowa trwała kilka wieków. O jego wielkości świadczy zajmowana powierzchnia – dwa hektary! Na wewnętrznym dziedzińcu wyeksponowane są dwa portrety duchowych przywódców Iranu: zmarłego w 1989 roku  ajatollaha Ruhollaha Chomejniego i aktualnego najwyższego przywódcy IRI, którym jest Ali  Chamenei.

O trzynastej zaszliśmy do Muzeum Muzyki. Obejrzeliśmy tu najpierw bogatą kolekcję instrumentów muzycznych, pochodzących  z różnych epok i prowincji irańskich. Następnie zaś mieliśmy okazję posłuchać ich brzmienia podczas koncertu w wykonaniu ośmiorga młodych muzyków.

Popołudnie mieliśmy tylko dla siebie. Spędziliśmy je na ogromnym placu (wielkość 11 boisk piłkarskich) Imama Chomejniego, Inna nazwa tego miejsca to Plac Połowy Świata. Wokół niego rozciągają się niezliczone korytarze bazaru, dwa meczety oraz punkt widokowy. Szerokimi alejami niemal bez przerwy krążą dorożki i minibusy. Pośrodku znajduje się spora sadzawka z fontannami. Miejsce jest bardzo klimatyczne, toteż odpoczywa tu wielu Irańczyków. O tym,  że jest to jednak państwo policyjne, świadczą dość często pojawiające się radiowozy, które powoli przemieszczają się wokół placu.

Muzeum Muzyki w Esfahan

W pewnym momencie podjechał do mnie młody człowiek na motorynce. Kiedy dowiedział się, że jestem z Polski, zawołał: Cześć! Chcesz perski dywan? Odpowiedziałem mu po angielsku, że nie mam pieniędzy. Wtedy on uśmiechnął się szeroko i odrzekł: No money, no honey! Po czym pojechał dalej.

Obiad zjedliśmy o 18.40 w bazarowej herbaciarni. Po zmroku zaś pojechaliśmy nad rzekę Zayandeh, żeby obejrzeć duży murowany most Khaju. Mieliśmy szczęście, gdyż sucha zazwyczaj rzeka, tym razem była pełna wody. Podświetlony most ładnie się więc w niej odbijał.

Most w Esfahan

Można rzec, że w tym miejscu zakończyła się nasza irańska przygoda. Potem był już tylko przejazd na lotnisko i wylot do Stambułu. Tam 11 godzin przerwy (większość grupy wykorzystała ten czas na zwiedzanie miasta i rejs statkiem po Bosforze) i lot do Warszawy.

Czy wyjazd był udany? Owszem, był. Niemniej jednak z trzech podróży odbytych z Wytwórnią Wypraw najmilej wspominam tę do Uzbekistanu.

Wyspa Hormuz - kliknij

Iran na wesoło - kliknij

Dom Siły - kliknij

Iran Music - kliknij

Część pierwsza tutaj

Część druga tutaj 

Stłuczka i irańskie wyspy

 

05 maja 2022

Twierdza w Bam

Z naszego hotelu do twierdzy w Bam jest tylko 20 minut jazdy. Jesteśmy tam więc już o 8.40. Starożytna twierdza jest nadal mozolnie odbudowywana po tragicznym trzęsieniu ziemi  z 2003 roku. Zniszczeniu uległo wówczas około 80 procent budynków w mieście, a śmierć poniosło ponad  26 tysięcy mieszkańców. Cytadela była zbudowana  z suszonych  (nie wypalanych) cegieł wykonanych z mułu i słomy. Przetrwała półtora tysiąca lat. Odbudowa prowadzona jest przy użyciu oryginalnych materiałów i takimi samymi metodami jak niegdyś. Na górnym tarasie twierdzy spotkaliśmy Irańczyka, który chciał nam przeczytać wiersz ze swojej książki. Niestety, musieliśmy go rozczarować, bo po persku rozumiała tylko nasza pilotka Inez i miejscowy przewodnik a zarazem główny koordynator naszej wyprawy Farhad Farhoudi

Sprzedaż daktyli

Bam słynie też z doskonałych daktyli. Można nabyć je bezpośrednio z samochodów stojących przy wylotowej drodze. Cena za  kartonik o wadze 600 gram to zaledwie 200 tysięcy riali, czyli mniej niż jeden dolar. Bierzemy więc pięć opakowań…

Przed nami długa droga do Keszm (Qeshm). Pilotka szacowała, że pokonamy te 540 kilometrów w ciągu ośmiu godzin. Tymczasem podróż zajęła nam o sześć godzin więcej. Niestety, nie wszystko da się przewidzieć i zaplanować. Już po godzinie jazdy doszło do stłuczki. Nasz autokar został zarysowany przez włączające się do ruchu auto osobowe. Szkody w obu pojazdach nie były wielkie. Nikt też nie odniósł żadnych obrażeń, ale mimo to  trzeba było czekać na policję. Po 45 minutach od strony Dżiroft nadjechał wreszcie radiowóz z dwoma funkcjonariuszami. Jeden z nich, w przybrudzonej białej koszuli, nieśpiesznie obejrzał uszkodzenia, porozmawiał z kierowcami i zabrał się za sporządzanie protokołu. Pobrał też odciski palców od kierowców. Na koniec zaś wypisał mandaty. Dla obu kierowców! Temu z osobówki za wymuszenie pierwszeństwa, a naszemu za poruszanie się drogą nie przeznaczoną dla ciężarówek i autobusów. Po blisko dwóch godzinach mogliśmy udać się w dalszą drogę.

Twierdza w Manoujan

Tuż po szesnastej zatrzymaliśmy się na obiad. Tym razem nie było ryżu, lecz zapiekany makaron. Po obiedzie na krótko stanęliśmy przed twierdzą Sasanitów w Manoujan, oglądając i fotografując ją tylko z zewnątrz. Po drodze do Keszm natykaliśmy się na liczniejsze niż dotychczas kontrole policyjne. Niektóre patrole sprawdzały wyrywkowo bagaże i paszporty. Jak się potem dowiedzieliśmy,  tędy właśnie wiedzie główny szlak przemytniczy. Chodzi przede wszystkim o narkotyki. Za ich posiadanie do niedawna skazywano sprawców na karę śmierci. Od 2018 roku orzeka się w Iranie  ten wymiar kary tylko w przypadkach posiadania lub przewożenia ponad 50 kilogramów opium, 2 kg heroiny czy 3 metamfetaminy.  Stryczek grozi też za  zbrojny handel, wykorzystywanie w tym celu dzieci oraz organizację i finansowanie handlu narkotykami.   

W Bandar-e Abbas, już nad Zatoką Perską, kierowca niepotrzebnie wjechał do miasta. Poruszanie się w korkach i wyjazd na właściwą drogę to kolejne stracone minuty. Tymczasem w autokarze rosło zniecierpliwienie. Jednym przeszkadzała przedłużająca się jazda, a inni nie mogli doczekać się toalety. Ci pierwsi mogli tylko ponarzekać, bo i tak na nic nie mieli wpływu. Drudzy zaś, mniej lub bardziej zadowoleni, opróżnili swoje pęcherze na postoju w szczerym polu. O 21. 55 dotarliśmy wreszcie na przystań promową w Bandarpol Port. Tu najpierw sprawdzono nasze paszporty, a po półgodzinnym oczekiwaniu wjechaliśmy na prom samochodowy. Po kwadransie byliśmy już na wyspie. Jednak do hotelu w Keszm było jeszcze ponad godzinę drogi. Ostatecznie dotarliśmy  tam o północy. W hotelu Kimia, którego zresztą nie polecam, mieliśmy spędzić trzy noce.

06 maja 2022.

Sprzedawczyni na wyspie Hengam

W związku z wczorajszym późnym przyjazdem dzisiaj wyjechaliśmy z hotelu nieco później, czyli o 8.55. Program zapowiadał się interesująco. Najpierw wsiedliśmy do motorowych łódek i popłynęliśmy na poszukiwanie delfinów. W pobliżu wyspy Hengam było ich całe stado. Wesoło pluskały się wokół nas, pokazując na przemian płetwy ogonowe i  charakterystycznie wydłużone mordki. Trudno jednak było im zrobić dobre zdjęcia, gdyż poruszały się niezwykle szybko. Następnie popłynęliśmy na wspomnianą wyspę, a właściwie wysepkę. Przy brzegu obejrzeliśmy  wrak portugalskiego statku, a na piaszczystej plaży stragany z różnymi pamiątkami. Niektóre ze sprzedających je kobiet miały na twarzach charakterystyczne kolorowe maski. Wyspy Keszm, Hengan i Hormuz zamieszkane są w większości przez Arabów. Nie brak tu także Indusów, o czym świadczyło choćby stoisko ze świeżo smażoną samosą (300 riali za sztukę). Przed powrotem na Keszm obejrzeliśmy jeszcze stada kolorowych rybek, które bardzo ochoczo rzucały się na kawałki podawanego im przez nas chleba.

Chakkooh Kanyon

O trzynastej dotarliśmy do Chakkooh Canyon – jednej z największych atrakcji przyrodniczych wyspy Keszm. Upał daje się we znaki, niemniej jednak warto przejść się wąskim dnem kanionu, pośród poszarpanych skał i wysokich zboczy. Posłuchać po drodze śpiewu ptaków. Obejrzeć głęboką studnię, z której sympatyczny  pan wydobywa zimną wodę przy pomocy dzbanka przymocowanego do długiego sznura, a następnie za symboliczną opłatę polewa chętnym ręce lub głowy.  Podziwiać różnorodne kolory i kształty skał lub chronić się przed upałem pod rosnącymi tu drzewami akacji (ich strąki stanowią przysmak wielbłądów). Rosną one na tym pustkowiu dzięki dostępności wody, której podczas intensywnych opadów jest nawet zbyt dużo, co czasami powoduje nawet zamknięcie kanionu dla odwiedzających. W Chakkooh Canyon  okoliczni mieszkańcy chronili się niegdyś przed portugalskimi najeźdźcami. Później szukali tu schronienia  pasterze ze swoimi stadami. Od kiedy jednak geopark został wpisany na listę UNESCO, wprowadzanie zwierząt do kanionu jest zakazane.

Wracając do autokaru natknęliśmy się na grupę Irańczyków. Były oczywiście tradycyjne pytania o kraj naszego pochodzenia i robienie wspólnych zdjęć. W pewnym momencie jedna z naszych pań zachwyciła się  ładnym szalem Iranki. Ta zaś bez chwili wahania zdjęła go z

Chłodzenie w kanionie :)

głowy  i – nie zważając na protesty – niemal wcisnęła  jej do rąk tę tkaninę. Dla nas może to być nieco szokujące, ale w Iranie mieści się w kanonie dobrych obyczajów, tzw. ta’arof.

W Guran, nieopodal Tabl obejrzeliśmy ręcznie budowany drewniany statek typu lenj (lendż).  Prawdziwe cudo! Co ciekawe, nie stał w żadnym doku, lecz zwyczajnie na piasku, kilkadziesiąt metrów od brzegu. Podparty drewnianymi wspornikami.

Chwilę później w porcie Laft po raz drugi tego dnia wsiedliśmy do motorowych łodzi. Tym razem popłynęliśmy do pobliskich lasów namorzynowych (mangrowych). Przyznam szczerze, że po raz pierwszy w życiu miałem okazję obejrzeć je na żywo. Grube pnie wynurzające się z morza i gęste zielone korony drzew  sprawiają wrażenie  wodnej dżungli. Od brzegu lądu dzieli nas przynajmniej kilometr. Wokół nas widać mnóstwo białych czapli. Niektóre siedzą na gniazdach, wysiadując jaja, inne z krzykiem krążą nad naszymi głowami. Nieopodal rozciąga się inny las – tym razem długich tyczek, na których zawieszono sieci rybackie.

Las namorzynowy

Po powrocie na wyspę udajemy się na obiad. Jak przystało na nadmorską restaurację, do tradycyjnego ryżu podawane są krewetki lub ryby, w zależności od upodobań. Wybieram te pierwsze. Są bardzo smaczne. Sam lokal też  jest bardzo klimatyczny. Oprócz akwarium z rybkami oczy konsumentów cieszy również zielona papuga.
Obiad w Keszm

07 maja 2022

Pobudka  o 5.45. Pobranie suchego prowiantu i o 6.30 wyjazd na przystań promową w Keszm. Prom na wyspę Hormoz miał odpłynąć o godzinie siódmej, ale ostatecznie odcumował pół godziny później. Płynęliśmy nieco ponad godzinę. Na  miejscu wsiedliśmy do niewielkich busów i rozpoczęliśmy nieśpieszny objazd wyspy. Śmiem twierdzić, iż Hormoz – mimo że znacznie mniejsza od Keszm -  posiada o wiele więcej atrakcji krajobrazowych. Zaczynamy zwiedzanie od salin i kolorowych gór słonych. Potem jest Dolina Tęczowa i  spacer  na skraj poszarpanego klifu nad wodami Zatoki Perskiej. Niestety, miejsce to jest trochę zaśmiecone. Widać, że tutejsza ludność – w przeciwieństwie do tej zamieszkującej kontynentalną część Iranu – nie dba przesadnie o prządek. Jednakże oszałamiający widok fantastycznych kształtów i kolorów skał rekompensuje ten drobny w sumie dysonans. Innym cudem natury jest Szafranowa Rzeka. Już sama nazwa daje wyobrażenie o jej barwie i uroku.

Hormoz - słone góry

Niejako dla odmiany oglądamy też wytwory rąk ludzkich. Pierwszy z nich to portugalska twierdza, a właściwie to co z niej zostało, czyli trochę murów i podrdzewiałych luf armatnich. Stosunkowo dobrze zachował się tam podziemny kościół z łukowym sklepieniem. W drugim przypadku chodzi  o jak najbardziej współczesne muzeum Ahmada Nadaliana. Ten niespełna sześćdziesięcioletni artysta jest znany nie tylko w Iranie. Jego rzeźby znajdują się w wielu krajach. Nadalian,  potomek nomadów, znany jest też z projektów związanych z ochroną środowiska. Ponadto jest społecznikiem, który zaktywizował wiele miejscowych kobiet do malowania i rękodzieła, dzięki czemu mogą zarabiać na swoje utrzymanie.

Rzeka szafranowa

Tym razem obiad zjadamy w prywatnym domu. Siadamy po turecku na podłodze. Gospodarz rozkłada foliowy obrus bezpośrednio na dywanie, a następnie podaje prostokątne talerze z ryżem, frytkami i dwoma kawałkami ryby. Jedna to barakuda. Nazwy drugiej nie zapamiętałem, aczkolwiek była bardzo smaczna.

Do Keszm wróciliśmy przed siedemnastą. Tym samym mieliśmy pierwsze od początku wyjazdu wolne popołudnie. Niestety, obsługa hotelowa nie popisała się. Mimo zostawionego w recepcji klucza nikt nie raczył zajrzeć do pokoju, by posprzątać czy wymienić ręczniki (w poprzednim dniu sytuacja była analogiczna).

08 maja 2022

O ósmej opuszczamy mało sympatyczny hotel (zostawiłem w nim ładowarkę do telefonu) i wyruszamy w drogę do Sziraz. Przed nami około 580 kilometrów. W naszych warunkach przejazd zająłby jakieś 5-6 godzin. Tutaj trwało to 13 godzin. Najpierw ponad godzinę oczekiwaliśmy na wjazd na prom. Potem był problem ze zjazdem z niego (zbyt wysokie nabrzeże). Już na stałym lądzie spowalniały nas policyjne kontrole z wyrywkowym sprawdzaniem bagaży i paszportów. Poza tym co pewien czas kierowcy musieli meldować się na policyjnych posterunkach, żeby uzyskać stempel w książce wyjazdu.

Obiad zjedliśmy o 13.35. Tym razem do ryżu był grillowany kurczak i jogurt.

W dalszej drodze pejzaż za oknem zaczął się zmieniać. Pustynne i półpustynne  tereny ustępowały miejsca polom uprawnym. W Iranie uprawia się, oczywiście nie wszędzie, pszenicę, jęczmień, winorośl, tytoń, bawełnę, szafran, herbatę, ryż, daktyle i banany. Inną dziedziną rolnictwa jest pasterstwo. Hoduje się głównie kozy i owce, choć nie brak też krów i wielbłądów.

Hormoz - klif

Zarobki w Iranie nie są imponujące. Minimalne wynagrodzenie wynosi bowiem około dwieście euro miesięcznie. Policjant czy nauczyciel zarabia równowartość około 350 euro. Tymczasem cena za metr kwadratowy mieszkania w Teheranie wynosi 1 500 euro. Za najtańsze auto produkcji irańskiej trzeba zapłacić 8 tysięcy auro, a za najdroższe 30 tysięcy.14. 35 znowu kontrola. Minimalna  ok 200 euro,  nauczyciel  350, lekarz 3 tys euro. Bezrobocie  9 procent,  inflacja  ok. 35 procent.

Długą drogę umilamy sobie oglądaniem filmu irańskiego reżysera Asgara Farhadiego „Klient”. Obraz ten, podobnie jak poprzedni pt.: „Rozstanie”, wiele mówi o obyczajowości irańskiej. Pewnych spraw trzeba się domyślać, bo cenzura nie pozwala na ich dosłowne pokazywanie. Nie ma mowy o obejrzeniu jakiegokolwiek zbliżenia pomiędzy bohaterami, a golizna na ekranie nigdy nie ma prawa być pokazana.

Tym razem nocujemy w hotelu  Shiraz Kowsar.

Pierwsza część relacji:  tutaj 

Trzecia część relacji: tutaj

RPA - nie tylko safari

  Do Warszawy wyjechaliśmy   pociągiem   "Lubomirski" o 10.12 z dwudziestominutowym   opóźnieniem. Mieliśmy jednak spory zapas c...

Posty