Koszyce i Miszkolc


W Koszycach

W cukierni Aida
 Na śniadanie zeszliśmy dziś nieco wcześniej, gdyż czekał nas całodzienny wyjazd na Słowację i na Węgry. Dlatego też zafasowaliśmy zamiast obiadu i kolacji suchy prowiant. Z naszego sanatorium na tę wycieczkę jechało tylko sześć osób, jednak przed Pienińskim Centrum Turystyki, gdzie czekał autokar, zebrała się całkiem pokaźna grupa.
Rano było pochmurno i mgliście, więc nie mogliśmy zobaczyć wielu mijanych po drodze szczytów gór. Ich wierzchołki szczelnie pokrywała bowiem  gęsta pierzyna  chmur. Kiedy jednak dojechaliśmy do Koszyc aura była już diametralnie inna. Tutaj było ciepło i słonecznie. Na zwiedzanie miasta mieliśmy zaledwie półtorej godziny. W tak krótkim czasie niewiele można zobaczyć. Ograniczyliśmy się więc do spaceru po głównym deptaku, przy którym znajduje się między innymi teatr, kilka fontann, kolumna morowa, mnóstwo cukierni i katedra św. Elżbiety. Do wnętrza tej ostatniej weszliśmy na kilka minut, ale z powodu remontu mogliśmy obejrzeć tylko główną nawę.

Koszyce - katedra św. Elzbiety

 Pilotka zachwalała nam tutejsze cukiernie, twierdząc, iż jest w nich tanio i niezwykle smacznie. Weszliśmy więc do jednej z nich, a konkretnie do Aidy. Zamówiliśmy po kawałku tortu wiśniowego, a żona dodatkowo wzięła lody owocowe. Faktycznie, ceny nie były wysokie, gdyż za tort płaciliśmy 0,80 euro, a za lody tylko 0,40. Co do smaku, to tort rzeczywiście był dobry, natomiast lody, wg mojej żony, są znacznie lepsze w Szczawnicy.

Miszkolc Tapalca

Około drugiej po południu byliśmy już w Miszkolcu. Zatrzymaliśmy się przy Auchan. Skorzystaliśmy zatem z okazji, aby nabyć nieco węgierskiej specjalności, czyli tokaja.  Na półkach stoi mnóstwo odmian tego wina. Rozpiętość cen też jest znaczna. Laikowi trudno zdecydować się na konkretny zakup, ale ostatecznie bierzemy na chybił trafił Szamorodni za 1079 forintów, Hars Feledes za 449 i Furmint za 599.

Przed piętnastą docieramy do dzielnicy Miszkolca o nazwie Tapolca, która jest głównym celem naszej podróży  na Węgry. Znajdują się tutaj baseny termalne, które przyciągają mnóstwo osób z wielu krajów. Sam widziałem tu dzisiaj wielu Rosjan i Japończyków, o Polakach i Węgrach nie wspominając.
Biuro turystyczne trochę na nas zaoszczędziło, gdyż zakupiło nam bilety last minut, które są ważne tylko 3 godziny .i kosztują 1550 forintów. Tymczasem za 2350 forintów można wygrzewać się w ciepłych wodach nawet przez cały dzień.
Pod biczami wodnymi
Kąpielisko termalne w jaskini i naturalne bicze wodne to atrakcje rzadko spotykane gdzie indziej. Warto więc było spędzić kilka godzin w autokarze, żeby móc tutaj zrelaksować się.

Do Szczawnicy wróciliśmy kwadrans po dwudziestej drugiej. Drogę do sanatorium oświetlał nam księżyc w pełni.

Biała Woda i ognisko



Jesienny pejzaż Szczawnicy
Gencjana
Przed kościołem w Szlachtowej
Z zajęć obowiązkowych dzisiaj tylko kąpiel solankowa i gimnastyka – ta ostatnia na tarasie czwartego piętra sanatorium. Pogoda była wyśmienita, więc i widoki zapierały dech w piersiach. Zaraz po gimnastyce odbyliśmy spacer wzdłuż doliny nad Grajcarkiem, aż do Dunajca.  Trwał on na tyle długo, że ledwo zdążyliśmy na obiad.
Po gimnastyce na tarasie
Po obiedzie pojechaliśmy na wycieczkę do rezerwatu Biała Woda (link dla zainteresowanych tematem, żebym nie musiał daremnie się rozpisywać). Śladami byłych mieszkańców tej nieistniejącej już wioski oprowadzał nas, wspomniany już wcześniej, przewodnik Andrzej Dziedzina Wiwer. Tym razem dzielił się z nami nie tylko wiedzą etnograficzną i historyczną, ale także tą z zakresu biologii i geologii. Pokazał nam też swego rodzaju ciekawostkę regionalną, czyli dom należący do znanego skrzypka. Pewnie każdy o nim słyszał – nazywa się Nigel Kennedy. W Muzycznej Owczarni w Jaworkach często zresztą koncertuje.
W sąsiedniej Szlachtowej zwiedziliśmy kościół, który dawniej należał do  mieszkających tu greko-katolików. Obecnie jest to świątynia rzymsko-katolicka, a jej proboszcz, Józef Włodarczyk, słynie – według naszego przewodnika - z dużej zapobiegliwości i gospodarności. Mówiąc potocznie – jest to człowiek do tańca i do różańca. Podobno kiedyś podczas mszy nie wygłosił kazania, gdyż – jak powiedział – poprzedniego dnia miał w Tarnowie spotkanie byłych seminarzystów. „Głowa trochę boli, więc mógłbym wam głupstw naopowiadać” – tłumaczył parafianom powody niedyspozycji. Myślę, że górale zrozumieli to bez trudu.
Rojnik w rezerwacie Biała Woda
Wieczorem odbyło się ognisko. Przed budynkiem sanatorium, wokół betonowego kręgu, zebrało się kilkadziesiąt osób. Po zjedzeniu tradycyjnych kiełbasek, pieczonych nad ogniem i zapiciu ich stosownymi napojami, wysłuchaliśmy „koncertu” miejscowego grajka. Sympatyczny staruszek zagrał na akordeonie wiązankę popularnych piosenek biesiadnych. O ile samo granie jakoś mu wychodziło, o  tyle zupełnie niepotrzebnie bawił się w wokalistę. Jego głos nie był już niestety, pierwszej ani drugiej świeżości. Mimo to podobała mi się atmosfera ogniska. Od wczesnej młodości mam sentyment do takich imprez.  Nie wykluczam, że pozytywny wpływ na mój dobry nastrój miała stara dobra szkocka whisky, wypita oczywiście w ramach rozgrzewki. Z biegiem czasu atmosfera stawała się coraz bardziej swobodna, czego przykładem były niektóre dowcipy. Oto  jeden z nich, w wykonaniu naszego akordeonisty.
- Jakiego koloru jest macica? – zapytał.
- Nie wiem – odpowiedział któryś z obecnych.
Szczawnicki grajek
- Bardzo przepraszam – powiedział grajek  - ale to wie każdy ch.., a pan nie wie?

Słowacja - rowerem do Czerwonego Klasztoru

Dzisiejsze zabiegi zostały wzbogacone o masaż pleców. Nie powiem, że mam jakieś zastrzeżenia do masażysty. Wprost przeciwnie, uważam, że przykładał się solidnie do swojej pracy. W skrytości ducha liczyłem jednak na to, iż trafię w ręce masażystki…

Bereśnik, w oddali Tatry

Po zabiegach spacer na Bereśnik. Do samego szczytu jednak nie docieramy. Dochodzimy wszakże na tyle wysoko, żeby sponad szczytów Pienin dostrzec zarysy Tatr. Pogoda jest wyśmienita. W nocy padał co prawda deszcz – bardzo potrzebny zresztą, gdyż w wyniku suszy Grajcarek   praktycznie można przejść w niektórych miejscach suchą stopą – ale od rana pięknie świeci słońce.
Po obiedzie przedstawiciele firmy Ecovital zapraszają nas na warsztaty kulinarne. Od razu domyślam się, że pod tym pojęciem kryje się prezentacja garnków i patelni. Nie daję się skusić darmowymi gadżetami typu okulary słoneczne. Wolę aktywnie spędzić popołudnie.

Na przystani w Szczawnicy

Schodzę do centrum Szczawnicy i wypożyczam rower przy stacji kolejki na Palenicę. Za godzinę użytkowania  jednośladu płaci się tutaj 4 zł. W innej wypożyczalni, obok pijalni wód, cena taka obowiązuje tylko za pierwszą godzinę, a za kolejne 3 zł, ale akurat dzisiaj wszystkie rowery były już wypożyczone.

Spływ Dunajcem

Trzy Korony

Przejeżdżam kładką na lewy brzeg Grajcarka i jadę wzdłuż jego brzegu porządnie wykonaną ścieżką rowerową.  Po przejechaniu  nieco ponad kilometra docieram do ujścia Grajcarka do Dunajca. Tutaj skręcam w lewo i obok przystani Szczawnica, gdzie kończą się spływy tratwami, jadę czerwonym szlakiem w kierunku Słowacji. Za postojem dorożek, już po słowackiej stronie, ścieżka rowerowa zmienia się w żwirowo-piaszczystą dróżkę. Jedzie się jednak nią bardzo wygodnie. Na całej trasie do Czerwonego Klasztoru, który jest celem mojej wycieczki, praktycznie jest płasko, poza jednym większym podjazdem, który jest zresztą łatwy do pokonania dla każdego jako tako przygotowanego rowerzysty.  Ścieżka przez cały czas biegnie wzdłuż Dunajca. Po drodze spotykam mnóstwo tratw płynących z przeciwka. Jesienny krajobraz Pienin jest wspaniały. Chwilami nie wiem czy jechać i pożerać wzrokiem różnobarwne, cudowne widoki, czy zatrzymywać się i pstrykać fotki. Ze ścieżki doskonale widać Sokolicę i Trzy Korony, nie licząc mniej znanych szczytów.

Kładka nad Dunajcem

Do Czerwonego Klasztoru docieram ostatecznie po ponad godzinie jazdy. Nie zwiedzam tutejszego muzeum. Sam budynek dawnego klasztoru nie sprawia na mnie jakiegoś szczególnego wrażenia. O wiele bardziej pasjonują mnie widoki z kładki nad Dunajcem, która łączy Czerwony Klasztor ze Sromowcami Niżnymi po polskiej stronie.
Przełom Dunajca
oga powrotna zajmuje mi już tylko 40 minut, mimo iż po drodze mijam wiele grup turystów, którzy idą często całą szerokością niezbyt szerokiej ścieżki. Z prawej strony jest ona osłonięta stromymi zboczami gór, ale z lewej jest tylko Dunajec, nad którym nie ma żadnych barierek.

P.S. Ta i inne relacje z podróży znaleźć można w książce "Od moroszki po morwę"



Szczawnica - zabiegi i zwiedzanie



Jadłospis z 27.09.2012
Śniadanie w „Nauczycielu” serwowane jest o ósmej. Każdy kuracjusz przypisany jest do konkretnego stolika, przy którym będzie spożywać posiłki przez cały turnus. Nam przypadł stolik numer sześć, który dzielimy z dwoma starszymi panami. W wazie czeka już zupa mleczna z ryżem, a w dzbanku wrzątek do zaparzania herbaty. Na tacce przydział składników śniadaniowych zgodny z opisem przedstawionym w jadłospisie.
O wpół do dziewiątej miałem planowaną kąpiel solankową. Niestety, na tę samą godzinę rozpisano także inne osoby. Jedna z nich, przebojowa sześćdziesięciolatka, weszła przede mną, mimo iż przyszedłem pierwszy.
- Grafik się trochę zdublował. To potrwa tylko trzy dni – wyjaśniła mi pani obsługująca ten rodzaj zabiegów.
Kąpiel trwa 15 minut, więc nie czekałem długo. Wskoczyłem do wanny napełnionej wodą o temperaturze 37o C, do której pielęgniarka dosypała kilka garści soli bocheńskiej, po czym przez kwadrans moczyłem się w stygnącej z wolna wodzie. Pewnie mojemu kręgosłupowi niewiele to pomoże, ale pomoczyć się na pewno nie zaszkodzi.
Kolejny zabieg to ultrafonoforeza. Tym razem zostałem przyjęty 10 minut przed wyznaczonym czasem. Pracownica posmarowała mi plecy jakąś mazią, po czym przez 5 minut masowała je przy pomocy urządzenia emitującego ultradźwięki.
Na dzisiaj miałem jeszcze rozpisaną gimnastykę. Zajęcia odbywały się w grupie, a prowadziła je młoda, dobrze zbudowana i zarazem sympatyczna instruktorka. Ćwiczenia były łatwe i trwały niespełna 20 minut.
Spacer, w tle "Nauczyciel" , na horyzoncie Trzy Korony
Po obiedzie zebranie informacyjne. Prowadził je dyrektor sanatorium, Henryk Tokarski. Przedstawił  nam zarys regulaminu ze szczególnym uwzględnieniem zakazu palenia i apelował o umiarkowane używanie napojów rozweselających. Dowiedzieliśmy się też, że stawka żywieniowa, czyli tak zwany wsad do kotła, wynosi 11 zł dziennie  oczywiście w przeliczeniu na jednego kuracjusza.  Dyrektor dawał do zrozumienia, że nasze skromne opłaty i dofinansowanie z NFZ nie jest wystarczające dla funkcjonowania sanatorium z lepszym standardem.
W pijalni wód mineralnych
Po lewej Andrzej Dziedzina Wiwer
Tablica na Dworcu Gościnnym
Po południu odbyliśmy krótki spacer do Pijalni Wód Mineralnych z przewodnikiem. Andrzej Dziedzina Wiwer bardzo ciekawie opowiadał o historii i zabytkach Szczawnicy. Z uzdrowiskiem jest on związany zawodowo od trzydziestu lat, więc jego wiedza jest ogromna, zresztą nie tylko na temat Szczawnicy. Pasjonują go bowiem zarówno góry, jak i gwara pienińska, w której pisze także wiersze. Pokazywał nam między innymi gruszę wierzbo listną, czerwone owoce na starym cisie, dawny dom Sławy Przybylskiej, odbudowany Dworzec Gościnny, w którym przed pożarem występowała m,in. Helena Modrzejewska oraz widoczny ze Szczawnicy fragment Trzech Koron.

Szczawnica - dzień pierwszy


Przed sanatorium "Nauczyciel"


Do „Monciaka” wsiedliśmy w Gdańsku Wrzeszczu o godz. 18.30. Nasze miejsca do leżenia usytuowane były w ostatnim przedziale przed ubikacją, w dodatku na samej górze. Nic to jednak - ważne że można było swobodnie wyciągnąć nogi  i poleżeć. A jazda nie była krótka – do Nowego Targu dotarliśmy bowiem dziś o 9.54, czyli po ponad piętnastu godzinach podróży.
Dworzec Gościnny
Tuż przed dworcem zaczepił nas  taksówkarz, który oferował nam podwiezienie do Szczawnicy  za jedyne 25 zł od osoby (przy czterech jadących). Spławiliśmy go i przespacerowaliśmy się w okolice dworca PKS, gdzie znaleźliśmy busa, którego kierowca nie dawał co prawda biletów, ale brał tylko siedem złotych od łebka. W niespełna 50 minut dojechaliśmy do Szczawnicy. Tu jednak musieliśmy skorzystać z taksówki, gdyż w przeciwnym razie czekałaby nas mozolna wspinaczka pod górę, w dodatku z pokaźnymi bagażami. Za podwiezienie do sanatorium „Nauczyciel” zapłaciliśmy 14 zł.
W recepcji dopełniliśmy formalności meldunkowych, płacąc od razu za cały pobyt (trzy tygodnie). Wyszło dość tanio, bo tylko 745 zł za dwie osoby plus opłata uzdrowiskowa w wysokości 126 zł. Niestety, pokój jaki otrzymaliśmy (na drugim piętrze) pozostawiał wiele do życzenia: brudne zacieki i rdzawe plamy w kabinie prysznicowej, obdrapane ściany, gruba warstwa kurzu na szafie i widok na podwórko z pryzmą węgla. Widać NFZ nie przewidział dla swoich pacjentów pokoi od słonecznej strony i z balkonami…
Procedury natury medycznej zaczęliśmy od wizyty u pielęgniarki na trzecim piętrze. Po wypisaniu odpowiednich formularzy stanęliśmy w kolejce do lekarza na pierwszym piętrze. Badanie lekarskie ograniczyło się do pytania o zażywane leki i przebyte operacje. Aha, doktor Tadeusz Tajstra zapytał jeszcze, w którym miejscu najbardziej boli mnie kręgosłup. Następnie wypisał zabiegi, jakim będę poddawany w czasie kuracji. Z ich listą znowu trafiłem do pokoju pielęgniarek. Tu dowiedziałem się, że do wieczora otrzymam szczegółowy harmonogram. Tak też się stało.
Obiad (serwowany o trzynastej) składał się z zupy pomidorowej,
ziemniaków, kawałka pieczeni i surówki z selera. Można było też  otrzymać dokładkę zupy, więc  nikt głodny  nie powinien raczej być.
 
Bez komentarza

Kiedyś (ponad 30 lat temu) w podobnych warunkach mieszkałem w hotelu robotniczym...

Skoro Sienkiewiczowi się tu podobało, to mnie tym bardziej:)

Przed pijalnią wód mineralnych

Pijalnia wód mineralnych
Po obiedzie udaliśmy się na krótki spacer po Szczawnicy. Miasto robi bardzo pozytywne wrażenie, a krajobrazy są cudowne. Ceny wydają się być stosunkowo niskie, np. mały oscypek kosztuje 1,20 zł, a nieco większy 1,50 zł. Kapcie można nabyć za 10 zł. Na picie wód leczniczych w pijalni przy pl. Dietla otrzymujemy specjalne karty (za kaucją w wysokości 10 zł). Pijemy wodę Stefan, po czym powoli ponownie wspinamy się na Połoniny 14, gdzie mieści się nasze sanatorium.
Na kolację (17.45.) zaserwowano po dwie małe parówki drobiowe, plasterek sera, odrobinę masła, herbatę  i 100 gram chleba. Tu już nie zaryzykowałbym twierdzenia, że każdy się mógł najeść…

Kto ma w głowie olej...


Ręczne wystawianie faktury

Rzadko jeżdżę w ostatnich latach pociągami, ale jak widzę,  nasze koleje,  mimo podziału na liczne spółki, nadal tkwią w dwudziestym wieku. Przekonałem się o tym dobitnie, kupując w Gdańsku Wrzeszczu bilety do Nowego Targu. Komputery w kasach co prawda są, ale kasjerki ciągle wypisują faktury ręcznie. Sposób zapłaty też jest tradycyjny, czyli gotówką, mimo iż w programie kasowym zauważyłem takie opcje jak przelew czy płatność kartą. No i drobiazgiem przy tym jest już fakt, że funkcjonują osobne okienka do zakupu biletów z rezerwacją miejsc i bez rezerwacji. O tuszy kasjerek nie wypowiadam się, bo to ich prywatna sprawa, ale system nagłośnienia przy szczelnie zabudowanych  - nie licząc małej szparki na bilety i pieniądze – okienkach można byłoby chyba zmodernizować bez większych inwestycji. I jeszcze jedna mała uwaga odnośnie  natrętnie żebrzących dzieci rumuńskich. Czy kręcący się po peronach funkcjonariusze SOK i policji nie są w stanie skutecznie wyeliminować tego zjawiska?
Czas na puentę. Przed wojną, kiedy koleje słynęły z rzetelności i punktualności, funkcjonowało takie powiedzenie: „Kto ma w głowie olej, ten idzie na kolej”. Po latach zostało ono, nie bez podstaw zresztą, brutalnie strawestowane na: „Kto ma w głowie olej, ten p……i kolej”.

Moroszka, szczupaki i inne atrakcje

Moja dziesiąta podróż po krajach skandynawskich to połączenie pracy i wypoczynku. Opisywanie każdego z 57 dni pobytu w Szwecji i w Norwegii byłoby zbyt nudne. Dlatego też, szanując czas swoich potencjalnych czytelników, przedstawię tylko nieco charakterystycznych obrazków z tego wyjazdu.
Najpierw słów kilka o załodze. W sumie było nas trzech. Nigdy wcześniej o sobie nie słyszeliśmy. Kontakt nawiązaliśmy przez Internet. Spiritus movens  całego przedsięwzięcia był Łukasz spod Kamienia Pomorskiego. Najpierw ustalił on plan wyjazdu z Piotrem spod Golubia-Dobrzynia, a potem zwrócił uwagę na moje ogłoszenie o chęci zbierania moroszki i wkrótce dokooptował mnie do ekipy. Wyjazd zaplanowaliśmy na 24 lipca, a miejsce zbiórki u mnie, w Gdańsku.
Wygrane dropsy
W poniedziałek 23 lipca przed ósmą przyjeżdża Łukasz – wysoki, szczupły brunet. Sprawia sympatyczne wrażenie. Robimy zakupy spożywcze, potem wypijamy po dwa piwa, jemy obiad i czekamy na Piotra. Ten przyjeżdża po szesnastej. Wygląda na nieco nieśmiałego i zagubionego, ale potem trochę się rozkręca. Jego golf jest malutki, więc z trudem upychamy swoje klamoty na długi wyjazd do Szwecji. Wieczorkiem zwiedzamy centrum Gdańska i w ramach integracji wypijamy po dwa specjale z „kija”.
Jeden z moich współtowarzyszy podróży jest po UAM w Poznaniu, a drugi po UMK w Toruniu. Ich łączny wiek nie przekracza ilości lat przeżytych przeze mnie, choć przecież nie jestem matuzalemem. Na użytek tej relacji jednego nazwałem Intelekcik, drugiego zaś Roztropek. Mam nadzieję, że uzasadnienie dla tych ksywek da się bez trudu wyłuskać z dalszych fragmentów, a sami bohaterowie nie będą mieli mi ich za złe.
Z Gdyni wypływamy we wtorek porannym promem Stena Spirit. Pogoda świetna, nastroje też, choć Roztropek trzyma się nieco z boku. Nie obserwuje ani nie bierze udziału w grach i zabawach organizowanych przez animatorów Stena Line. Ja osobiście wykupuję los za 5 złotych i wygrywam tubę  z sześcioma rolkami dropsów.
Pierwszy nocleg pod Sztokholmem
Do nabrzeża w Karlskronie dobijamy o 19.30. Zjeżdżamy z promu i bez zwłoki ruszamy w kierunku Sztokholmu.  Roztropek prowadzi auto jedna ręką, ale przestrzega przepisów i jedzie dość pewnie. Obok niego siedzi Intelekcik, więc to na niego spada rola pilota. Nie jest to trudne, gdyż sam wcześniej rozpisałem dokładnie trasę z podziałem na numery dróg i nazwy mijanych miast. Po około sześciu godzinach jazdy zaczynamy rozglądać się za miejscem na nocleg. Po ciemku nie jest to prosta sprawa, ale przed drugą w nocy udaje się nam znaleźć zaciszne miejsce na rozbicie namiotów. Jest to jakaś wioska położona około 60 kilometrów przed stolicą Szwecji.

Na tym wzgórzu spędziliśmy 24 doby

Po pięciu godzinach snu zwijamy namioty i jedziemy prosto do Norsjo. Na kemping w Norsjovallen docieramy przed dziewiętnastą, pokonując łącznie 1313 km. W recepcji pustki, a przy domkach tylko jeden samochód z polską rejestracją. Ani śladu skupu runa leśnego. Potwierdza się zatem informacja, że sezon w tym roku opóźni się. Przyjechaliśmy więc zbyt szybko. A skoro tak, to szkoda pieniędzy na kemping. Postanawiamy poszukać innego miejsca do spania. Los nam sprzyja, gdyż już po przejechaniu 14 kilometrów natrafiamy na idealną lokalizację. Jest to wzgórze, na którym znajduje się ośrodek narciarski Solia. Rozciąga się   stąd piękny widok na jezioro Norsjon, wioskę Arnberg i dalsze okolice. Latem jest tu praktycznie całkiem pusto, więc nikt nie powinien zakłócać nam spokoju. Na zewnątrz budynku stołówki znajdujemy gniazdka z prądem, więc nie ma problemu z ładowaniem baterii czy korzystaniem z czajnika elektrycznego. Są także toalety. Jedyny mankament to brak wody, ale tę możemy przecież przywozić w butelkach. Rozbijamy zatem namioty niemal pod samym wyciągiem.
Kościół w Norsjo

Kolejnego dnia jedziemy do Norsjo. Miasteczko jest niewielkie, więc dość szybko orientujemy się, gdzie znajdują się supermarkety Ica i Konsum, urząd gminy, punkt informacji turystycznej, kościół, biblioteka, sklep wędkarski i zakład wulkanizacyjny. Wymieniam te miejsca nie bez kozery, gdyż z każdym z nich będziemy mieli do czynienia. Po obchodzie Norsjo wyjeżdżamy szukać terenów, na których rośnie moroszka. Mamy mapy z zaznaczonymi bagnami, więc nie jest to trudne zadanie. Szutrowymi drogami przemierzamy okolice Bjursele i Hemmingen. Natrafiamy na kilka polan z dobrze zapowiadającymi się plonami hjortronu. Niestety, maliny są jeszcze niedojrzałe, niektóre wręcz w fazie pączkowania.
 Po południu idziemy nad jezioro Norsjon na pierwsze wędkowanie. W bardzo krótkim czasie Intelekcik łowi trzy szczupaki. Wspólnie z Roztropkiem usuwamy z nich łuski i czyścimy je. Po wdrapaniu się na nasze wzgórze rozpalam ogień w specjalnym pojemniku i zaczynamy smażyć zdobycz. W tym miejscu dopowiem, że solidarnie dzieliliśmy się tak rybami, jak i pracą przy ich przyrządzaniu przez około trzy tygodnie. Potem wszystko się zmieniło…

 
Piotr w akcji

Kolacja coraz bliżej:)
Następnego dnia zaczęliśmy zbierać moroszkę. Przez cztery godziny zebrałem wiadro niedojrzałego „jurtonu”. Teraz trzeba było go wyszypułkować, a to trwało znacznie dłużej, bo aż do późnych godzin wieczornych. Wyczyszczone maliny pozostawało już tylko odstawić na kilka dni do dojrzewania. Czynności te powtarzaliśmy jeszcze przez wiele dni. Ku mojemu zaskoczeniu Łukasz i Piotr, a zwłaszcza ten ostatni, zbierali znacznie szybciej i więcej ode mnie. Miało to oczywiście swoje przełożenie na wyniki finansowe całego wyjazdu.
Ostatniego dnia lipca dowiedzieliśmy się, że ruszył już skup moroszki, a jej cena wynosi 100 koron za kg. Bardzo mnie to ucieszyło, gdyż od kolegi Sławka wiedziałem, że w Storuman płacą tylko 70 koron. Nazajutrz spakowaliśmy więc nasz urobek do sześciu wiader i pojechaliśmy na skup. Prowadzi go Charlie Johansson, który jednocześnie jest szefem kempingu. Przy skupie osobiście rzadko się udziela, wyręczając się Polakami. Wagowym jest pan Andrzej (moi koledzy nazywają go „pan z wąsikiem”), a kasę obsługuje jego syn Paweł. Niestety, moje i Łukasza maliny zostają uznane za niedojrzałe i nie są przyjęte. Musimy więc jeszcze kilka dni się z nimi „pobujać”.
Moroszka
Zbieramy przede wszystkim w okolicach Hemmingen. Coraz częściej zdarza się nam spotkać tam Tajlandczyków. Przyjeżdżają  busami, w których jest ich 7-8. Błyskawicznie przemierzają  polany z moroszką, czyniąc spustoszenie porównywalne z przejściem tornado. Są przy tym uprzejmi i mile się uśmiechają. Ba, jeden z nich, mijając się ze mną, podał mi rękę i pokazał wspaniałomyślnie, gdzie zostało jeszcze trochę owoców hjortronu. Podobno przyjechało ich w tym roku do Szwecji sześć tysięcy. Całkiem możliwe, gdyż tylko w okolicach Norsjo widziałem bodajże 7 busów.

W okolicy tej linii kolejowej trochę pobłądziłem

Na poszukiwanie moroszki jeździliśmy także w okolice Holmtrask, około 40 km od naszej bazy. Tam właśnie wystąpił pierwszy przypadek zagubienia się. Pech chciał, że padło właśnie na mnie…

Od samochodu na miejsce zbiorów szło się około godziny, w tym blisko połowę nasypem kolejowym. W drodze powrotnej pomyliłem kierunki i zszedłem z torów na niewłaściwą stronę. Szedłem przed siebie ponad godzinę, przekonany  święcie, iż zbliżam się do auta. Po jakimś czasie zorientowałem się jednak, że topografia terenu odbiega nieco wyglądem od tego uprzednio przemierzanego. Wysłałem zatem esemes o treści: „Zabłądziłem. Idę 2 godziny drogą szutrową i szukam asfaltowej z drogowskazem.” Łukasz zapytał: „Na drodze szutrowej mijałeś jakieś jezioro?” W rozmowie telefonicznej potwierdziłem, że mijałem jeziorko i most na rzece. Wtedy Łukasz zorientował się na podstawie mapy, w którym miejscu, mniej więcej, przebywam. Po dalszych trzydziestu minutach auto moich współtowarzyszy zatrzymało się obok mnie. Ja miałem odciski na piętach od długiego marszu w gumiakach po szutrze, z wiadrem moroszki w ręku, zaś prawa tylna opona golfa złapała pospolitego kapcia. Wulkanizacja kosztowała nas 200 koron (w ramach wdzięczności za odnalezienie postawiłem kolegom sześciopak imitującego piwo napoju pod nazwą Tingsryd). Podobny przypadek mieliśmy jeszcze raz, podczas zbioru jagód, gdy po natknięciu się na Tajów wycofywaliśmy się na główną drogę. Tym razem poszła guma w lewym przednim kole.

Ofiarą drugiego zagubienia się był Piotr. Miało to  miejsce w okolicy Hemmingen. Kiedy nie stawił się o umówionej godzinie pomyśleliśmy, że pochłonęły go zbiory moroszki i cierpliwie czekaliśmy. Po przeszło godzinie zadzwonił jednak do Łukasza i przyznał, że się zgubił. Intelekcik, który widział go ostatni, poradził mu aby kierował się na prawo od miejsca, w którym się spotkali. Po kolejnej godzinie otrzymałem esemes o treści: Podziękuj Łukaszowi za to „w prawo”. Wie gdzie może wsadzić swoje rady.
Przed tym domem czekaliśmy na Roztropka 5,5 godziny

Popatrzyliśmy  z Łukaszem na siebie i pomyśleliśmy chyba to samo: jak można komuś pomóc, skoro ten ktoś przyjmuje tak roszczeniową postawę… Pewnie dlatego, a może z nudów, Łukasz wziął siekierę i ściął brzozę o średnicy przynajmniej piętnastu centymetrów. Doskwierało nam łaknienie i pragnienie, ale nie mieliśmy możliwości dobrania się do zapasów, które były zamknięte w aucie. Pokrzepialiśmy się tylko niedojrzałymi porzeczkami i resztkami ciastek sezamowych, jakie zaplątały się w kieszeni mojej kurtki. Piotr odnalazł w końcu właściwą drogę, ale trwało to ponad pięć godzin.

Moroszkę zbieraliśmy w sumie przez 19 dni. Jej cena rosła od stu do stu dwudziestu koron za kilogram, a następnie sukcesywnie spadała aż do siedemdziesięciu.  Łącznie zebrałem 106,74 kg, co dało średnią dzienną 5,61 kg, a w wymiarze finansowym 560 koron dziennie.

Tu smażyliśmy ryby, tu też piekłem chleb



Jak już nadmieniałem, koledzy mieli znacznie lepsze wyniki. Jednakże na tle innych zbieraczy, których obserwowałem na skupie, nie wypadłem wcale tak źle.
Czwartego dnia po przyjeździe zdecydowaliśmy się rozszerzyć naszą „strefę wpływów” w ośrodku narciarskim. Mówiąc krótko i treściwie – weszliśmy do środka budynku. O metodzie, jaką się przy tym posłużyliśmy, nie będę pisał, gdyż nie jest godna polecenia. Tak czy owak, mieliśmy teraz dostęp do bieżącej wody, pełnego wyposażenia kuchennego a także do drobnych zapasów, jakie pozostały po sezonie zimowym. Spaliśmy nadal w namiotach, ale posiłki przyrządzaliśmy w ośrodkowej kuchni i tam spędzaliśmy każdą wolną chwilę. A propos czasu wolnego, to my z Intelekcikiem najczęściej czytaliśmy (ja  np. przebrnąłem przez „Biesy” Dostojewskiego), natomiast we trzech często gęsto rżnęliśmy popołudniami i wieczorami w tysiąca.
W tych sielskich warunkach zleciało nam 24 dni. Jednakże pewnego popołudnia usłyszałem warkot podjeżdżającego samochodu a w chwilę później zgrzyt przekręcanego w drzwiach zamka. Stałem wówczas w korytarzu z kubkiem kawy. Wchodzącego mężczyznę przywitałem szwedzkim „Hej”, jakbym był co najmniej gospodarzem tego obiektu. Gość popatrzył na mnie dziwnie, po czym zapytał: „You from Poland?” Potwierdziłem. Wówczas on rozejrzał się po wnętrzu i chyba od razu zorientował się, w czym rzecz. W kuchni Roztropek szypułkował bowiem moroszkę, a jej pełne wiadra i kartony walały się na podłodze jadalni. Intelekcika nie było, a tylko on w naszej grupie biegle posługiwał się angielskim.
Szwed wydawał się być bardzo spokojny, co trochę mnie zdziwiło, gdyż ja na jego miejscu miałbym problem z powstrzymaniem się od wyrażenia oburzenia w stosunku do nieproszonych gości. Powiedział tylko, że powinniśmy posprzątać budynek i opuścić go do rana, gdyż następnego dnia ma tu odbyć się spotkanie czterdziestu osób.

Wnętrze ośrodka Solia


Widok na "nasz" dom ze szczytu wyciągu narciarskiego


Piotr przed domkiem w Piasorn

Wnętrze domku w Piasorn

Tak też uczyniliśmy. Kolejną noc spędziliśmy w domku przy kąpielisku w Piasorn, nieopodal Bjursele, tuż nad brzegiem jeziora. Znajdowało się tutaj palenisko z rusztem, zapas drewna (później Piotr pomagał starszemu Szwedowi rąbać brzozowe klocki), stoły i ławki, szafki, patelnia, garnek i czajnik, a nawet kawa i ciastka. Domek z założenia przeznaczony był dla turystów, którzy chcieli tu odpocząć czy popływać.

 



Tu spędziliśmy 22 noce

Widok ogólny kempingu

Tymczasem nadszedł 28 dzień naszej podróży. To była niedziela 19 sierpnia. Postanowiliśmy wtedy zamieszkać na kempingu Rannuddens w Norsjovallen. Mały domek (4 łóżka, lodówka, kuchenka) kosztował 1400 SEK tygodniowo. Nas było jednak tylko trzech. Charlie długo myślał i intensywnie przeliczał różne opcje, a w końcu zgodził się, żebyśmy płacili tylko 1050 koron, ale postawił warunek, iż za brakującą czwartą osobę ktoś z nas powinien pomagać przy skupie. W wyniku losowania „przyjemność” ta spadła na Piotra. Myśleliśmy, że potem będziemy się zmieniać, ale w praktyce do końca naszego pobytu na kempingu (9 września), czyli przez 22 dni  pomocnikiem wagowego pozostał Roztropek. A skoro o nim mowa, to czas poruszyć mniej przyjemny temat, który jednak gwoli kronikarskiej dokładności musi być  wspomniany.
70-cm szczupak Łukasza
Bywały dni, kiedy Piotr do nikogo się nie odzywał. Widać było, że coś dusi w sobie, ale skoro nic nie mówił, to my też nie narzucaliśmy się. Pierwszy sygnał tego, że jest niezadowolony ze sposobu spędzania wolnego czasu, mieliśmy okazję odebrać w niedzielę 5 sierpnia. Jechaliśmy wtedy nad jezioro Malan (tam Łukasz złowił szczupaka o długości 70 cm, którego głowę zasuszyłem i przywiozłem do Polski na pamiątkę). W trakcie jazdy Łukasz o coś zapytał tradycyjnym „co?”, na co Piotr zareagował brutalnie: „K…a, jajco!” Spojrzeliśmy z Łukaszem znacząco po sobie, ale nie reagowaliśmy.
Do pierwszej konkretnej rozmowy doszło właśnie w dniu  wprowadzenia się na kemping. Wtedy to Piotr powiedział, że ma już dosyć tego jeżdżenia na niedzielne wycieczki i że nie ma zamiaru niszczyć samochodu na jakieś podróże po Norwegii (na koniec pobytu mieliśmy zaplanowaną kilkudniowa wycieczkę). Próbowaliśmy uświadomić mu, że przecież wcześniej zaakceptował plan wyjazdu i że drogi w Norwegii są bardzo dobre. Kiedy nadal upierał się przy swoim, ja zagroziłem, że odłączę się i wrócę do kraju z kolegą Sławkiem. Wówczas zmiękł i zgodził się na wydłużony powrót przez Norwegię.
Pozorna zgoda trwała do 47 dnia pobytu. Wtedy nastąpił kryzys. Piotr zostawił nam na stole kartkę o treści, cyt.:”Koszt eksploatacji mojego auta w Szwecji przewidywalna ilość przejechanych kilometrów – ponad  6 tysięcy za  1 tys kilometrów 100 zł 6 (tys km) x 100 zł = 600 zł : 3 (ilość osób) koszt na 1 osobę – 200 zł (400 koron).”
Zdziwiliśmy się – to mało powiedziane. Nie dość, że wyskoczył z tym tematem pod koniec wyjazdu, to w dodatku nie miał odwagi przedstawić nam swoich żądań ustnie. Zignorowaliśmy więc tę korespondencję. Następnego dnia czekał na nas znacznie dłuższy list, którego zwieńczenie stanowił punkt mówiący o tym, że jeżeli nie zaakceptujemy przedstawionych warunków, to każdy z nas może robić „co chce, jak chce i kiedy chce oraz wracać na własny koszt do kraju jak chce i kiedy chce”.
Odrobinę mnie to zezłościło, więc odpisałem m.in.: „To jest szantaż – nie zmienia się reguł w trakcie gry.  Skoro liczymy wszystko, to również weźmy pod uwagę nocleg i wyżywienie u mnie. Szacuję to na 200 koron.”
Tymczasem Łukasz opracował kilka wersji planu awaryjnego. Jedna z nich zakładała, że wynajmiemy samochód i pojedziemy na prom do Karlskrony sami. Ostatecznie zaproponował jednak kompromis (płacimy po 200 a nie po 400 koron), który Piotr przyjął. Jak się potem dowiedziałem, Roztropek wpadł na pomysł obciążenia nas kosztami eksploatacji auta po tym, gdy dowiedział się, że ja niegdyś nie płaciłem podczas pobytu na zbiorach za paliwo. Nie uwzględnił jednak tego, że ja jednocześnie  brałem na siebie całkowitą odpowiedzialność za wszelkie awarie samochodu (samodzielnie pokrywałem koszty wymiany uszkodzonego układu wydechowego i prostowania skrzywionej felgi). A przecież podczas tego wyjazdu wszyscy solidarnie pokrywaliśmy wszelkie koszty (paliwo, dwukrotna wulkanizacja), więc żądanie od nas extra dopłat, w dodatku pod koniec wyjazdu, było przejawem pospolitego zdzierstwa i pazerności.
Inna sprawa, że Roztropek nie jest typem ciekawym świata. Dla niego zwiedzanie czegokolwiek jest zajęciem tyleż nudnym, co niepotrzebnym. Tu muszę z ogromnym zdziwieniem podkreślić, że jest on jedyną osobą, jaką znam, która stwierdziła, że Norwegia jest nieciekawym krajem. No comments…
Wracając do kempingu, to zamieszkany był głównie przez Polaków. Jedynie 2 domki zajmowali Rumuni pracujący w lesie (do 31 sierpnia), 1 Litwini i 1 Ukraińcy (wcześniej mieszkający w namiotach). Sporadycznie  pojawiali się tez Szwedzi z kamperami.
Charlie wręcza nagrodę


Charliemu spodobała się moroszka Łukasza

Charlie potrafi zadbać o swój biznes. Przyciąga Polaków nie tylko stosunkowo niskimi cenami za kemping, ale też kusi nagrodami za najlepsze wyniki w zbiorach. W tym roku wypłacił po 400 koron dla najlepszej ekipy z domku, namiotu oraz dla kobiety, która zebrała najwięcej jagód (259 kg w tydzień). Ponadto rokrocznie funduje tzw. obiad pożegnalny. Tym razem była to karkówka z grilla, sałatka i ziemniaki w mundurkach (miałem z tego obiady na 3 dniJ). Podobno w latach ubiegłych poczęstunek był znacznie bogatszy, łącznie z pięćdziesiątką wódki na osobę. Dodatkowo w trakcie różnych konkursów można wygrać nagrody rzeczowe, np. Piotr za celne rzuty do tarczy zdobył butelkę szwedzkiej wódki o wartości ponad 200 koron.


Ksiądz Erik po prawej


Sakiewka zamiast tacy
Integracyjny posiłek po mszy

W jedną z niedziel poszliśmy na nabożeństwo do kościoła luterańskiego w Norsjo. Frekwencja była raczej niewielka, gdyż około sześćdziesięciu osób, w tym bodajże jedenastu Polaków. Liturgia mszy jest tu nieco inna niż w katolickim kościele. Nie ma zwyczaju klękania, nie przekazuje się znaku pokoju, nie zauważyłem także spowiedzi indywidualnej. Komunię przyjmuje się do ręki i macza w winie. Podczas ofiarowania żona księdza przechadza się z długą tyczką zakończoną sakiewką, którą podsuwa pod nos wiernym. W tej sytuacji trudno się wymówić przed złożeniem ofiary. Po skończonej mszy parafianie siadają w kościelnych ławkach z kubkami kawy w ręku, jedzą ciasto i kanapki, rozmawiając pogodnie na różne tematy. Również ksiądz, po zdjęciu szat liturgicznych, dołącza się do wiernych i stara się zamienić z każdym choć kilka słów. Rozmawia także z nami. Jest to na pewno miły zwyczaj i sprzyja zacieśnieniu więzi między duchownym a jego parafianami i gośćmi. Poza tym w obecnych czasach, kiedy wiele osób, zwłaszcza młodych, omija kościoły z daleka, takie otwarcie się i zmniejszanie dystansu jest jak najbardziej wskazane. Ksiądz Erik-Oscar Oscarsson nie ogranicza się tylko do wspomnianych pogaduszek. Rozwiesza także na miejskich tablicach zaproszenia do udziału w nabożeństwach.
Jeden z moich chlebów

Kiedy w naszej ekipie panowała jeszcze względna idylla i wspólnie przyrządzaliśmy i jedliśmy ryby, wspólny był także chleb, który wypiekałem w kuchni ośrodka narciarskiego (na mąkę i drożdże składaliśmy się po równo). W sumie były to tylko trzy wypieki, gdyż wcześniej miałem przez 17 dni hermetycznie pakowane pieczywo z Polski. Potem zaś, już na kempingu, piekłem chleb oraz różnego rodzaju placki tylko dla siebie (te ostatnie czasami odsprzedawałem Piotrowi, na jego zresztą prośbę). Praktycznie rzecz biorąc, przez cały pobyt miałem własne pieczywo (szwedzki chleb, który mnie osobiście nie smakuje i jest drogi, kupiłem tylko raz, na drogę powrotną).


Placki z ciasta chlebowego



 


Kontynuując wątek jedzenia dodam jeszcze, że w Konsumie dokupowałem m.in. ziemniaki (7,90 kg), cebulę (12,90 kg), jajka (12,90 za 6 szt.), różne rodzaje mąki w średniej cenie 19 koron za 2 kg, drożdże po 1,90 lub 2,20 za 50 gram i olej (16,95 litr). Osobny rozdział stanowi piwo. Najtańszy był Tinsgryd (19, 50 za sześciopak), ale były to po prostu siki (2,8% alkoholu). Była też wersja 3,5% za  43 korony, ale różniła się tylko ceną. W Konsumie można było jeszcze nabyć np. Mariestads 3,5% za 13,50 lub Carnegie Porter 3,5% za 12,90. Natomiast prawdziwe piwa o zawartości alkoholu 5.2 i 7,2 procent dostępne były w sklepie monopolowym Systembolaget.



Stockholm – 10,60,

Pripps – 10,90,

Sarek – 10,30,
Bjornebryg -13,90,
Sofiero -10,70,
Tvaan – 13,30,
Falcon – 14,30.
Do ceny doliczyć oczywiście trzeba kaucję za butelki lub puszki, zwykle 1 koronę. Potem można było odsprzedać je w automacie przy wejściu do Konsuma. A swoją drogą to już kilka dni po przyjeździe natrafiliśmy na  ponad sto puszek, które wspólnie sprzedaliśmy, dzieląc wpływy na trzy części.
 



Moja zbieraczka po dwóch tygodniach



Siedemnastego sierpnia Charlie zaprzestał skupowania moroszki. Trzeba więc było zabrać się za zbieranie jagód. Zbieraczka u Charliego kosztowała 130 koron, natomiast w Konsumie 199. Wybór był więc prosty. Trzeba było jeszcze tylko znaleźć odpowiednie miejsca do zbierania. Najczęściej zbieraliśmy czarną jagodę na górze otoczonej z jednej strony jeziorem Kvammarn, a z drugiej Gisstrasket. W sumie spędziliśmy tam około dwóch tygodni, aż do pierwszych przymrozków. Podobnie jak przy moroszce, moje rezultaty nie były zachwycające. Łącznie zebrałem 352 kilogramy jagód w ciągu 14 dni (średnia dzienna 25,18 kg).  Charlie płacił 16 koron za kilogram jagód (tylko przez 2 dni dawał po 17 SEK). Brzmi to sucho i zwięźle, ale ile przy tym było chodzenia, schylania się, dźwigania i bólu pleców wie tylko ten, kto miał okazję pracować przy zbiorach runa leśnego…

Jedna piąta dziennego urobku

Czas na podsumowanie. Mój łączny przychód wyniósł 16 453 korony (33 dni zbiorów). Z tego kemping pochłonął 1 064 korony, paliwo i wspomniana już eksploatacja plus dwie wulkanizacje 1 834 SEK, no i żywność 440. O wydatkach na osobiste przyjemności (czyt. piwo) nie będę wypowiadał się publicznieJ.

Jedna trzecia moich dziennych zbiorów

O ludziach z kempingu można byłoby napisać odrębną relację. Tym razem jednak nie podejmę się tego. Wspomnę tylko, że niektórzy z nich skutecznie potwierdzili negatywną opinię o Polakach, np. kradnąc płyn do mycia naczyń i rąk z kempingu czy wrzucając kilogramy kamieni do skrzynek z borówką, że o spuszczaniu oleju napędowego z leśnych i drogowych maszyn nie wspomnę. Oczywiście, sam też nie byłem święty i mam powody, żeby rzucić w siebie kamieniem…




Nad brzegiem Storsjon

We wrześniu Charlie obniżył cenę za domek o dziesięć procent (ponoć kiedyś dawał 50% zniżki). Mimo to zostaliśmy na kempingu tylko do 9 września.  Kolejne dwa dni spędziliśmy w poznanym wcześniej domku na kąpielisku w Piasorn. Stamtąd wyruszyliśmy w stronę Norwegii.
W środę po południu dotarliśmy do Ostersund. Z prawdziwą przyjemnością spacerowałem ulicami tego urokliwego miasta rozłożonego nad jeziorem Storsjon. Praktycznie wszystko mi się tutaj podobało. Zapewne wpływ na moje nastawienie miała słoneczna pogoda, no i fakt, że wreszcie byłem już tylko turystą, a nie zbieraczem runa.

Ratusz w Ostersund

Noc spędziliśmy w namiotach nad brzegiem Storsjon, około 23 kilometrów od Ostersund. Pamiętam, że sen utrudniały fale bijące o brzeg, a nad ranem we znaki dał się przymrozek.

Trondheim

Następnego dnia byliśmy już w Norwegii. Do Trondheim dotarliśmy przed południem. Nie było zbyt pogodnie, ale nie padał deszcz. Zwiedzanie miasta zajęło nam około trzech godzin, ale mnie jakoś niewiele cieszyło, bo tego dnia dopadła mnie jakaś dziwna biegunka. Siłą rzeczy kierowałem więc całą uwagę na znalezienie w odpowiednim momencie jakiejś bezpłatnej (koron norweskich nie posiadaliśmy) toalety.


Hitra

Po południu pojechaliśmy drogą nr 39 (mnóstwo tuneli), a potem nr 714 w kierunku Hitry. Na wyspę dostaliśmy się podmorskim tunelem o długości 5 700 m i głębokości 256 m. Bardzo ciekawe przeżycie, gdy zjeżdża się najpierw w dół, a potem stromo wspina do góry w wąskim tunelu, mając wrażenie, ze silnik za chwilę odmówi posłuszeństwa.

Nie dane nam było tu spać

Zaraz za Fillan, przy drodze na Froyę, rozbiliśmy namioty na małym wzgórku i z trudem rozpaliliśmy ognisko (było mokro). Samochód został przy głównej drodze, przed szlabanem.  Jakiś czujny Norweg zwrócił na to uwagę i gdy tylko Piotr poszedł po śpiwór, natychmiast go zaatakował, strasząc policją. Potem przyszedł na miejsce naszego biwaku, dalej wykrzykując różne groźby, łącznie z gestami wskazującymi na możliwość odstrzelenia nas. Robił przy tym mnóstwo zdjęć, krzycząc, że to teren prywatny i że absolutnie nie wolno tu rozpalać ognisk. Kazał nam w ciągu pięciu minut zlikwidować obozowisko i natychmiast wynosić się. Nadciągał już wieczór i padała mżawka. Nie było więc raczej szans na znalezienie innego miejsca, wobec czego spędziliśmy tę noc w samochodzie. Wygodnie nie było, ale na zimno tym razem nikt się nie skarżył.

W piątek rano objechaliśmy Hitrę wkoło, co jakiś zatrzymując się, aby Łukasz mógł zarzucić spinning. Niestety, tego dnia nie miał farta. Hitra uchodzi co prawda za raj dla wędkarzy, ale widać już do końca miała być dla nas pechowa.


Nad Qyeren

W planach mieliśmy jeszcze Molde, lodowiec Jostedalsbreen, Lillehammer i Oslo. Pierwsze dwie lokalizacje odpadły ze względu na brak środków na zakup paliwa (nie zamieniliśmy wcześniej koron szwedzkich na norweskie, a w małych miejscowościach trudno o kantory czy banki). Łukasz miał co prawda kartę kredytową, ale przy jej pomocy zatankowaliśmy w Dombas tylko 32,70 litra za 500 NOK. Nie dawało to pewności dojazdu do Szwecji. Nie wiem natomiast dlaczego nie zatrzymaliśmy się po drodze przy skoczni w Lillehammer  (wcześniej Piotr wyrażał chęć jej zobaczenia) lub w Ringebu, żeby obejrzeć stavkirke. Ja te miejsca już znałem, więc nic nie straciłem…

Po przejechaniu 708 kilometrów dotarliśmy przed dwudziestą do Gansvika nad jeziorem Qyeren. Kto by pomyślał, że trafię tutaj po raz czwarty w życiu? Wcześniej  bywałem tu przed ośmiu, siedmiu i sześciu laty, spędzając łącznie dwa miesiące. Praktycznie nic się tu nie zmieniło przez ten czas, może poza tym, że tym razem zaatakowały nas kleszcze. Mocno mnie to zdziwiło, bo sądziłem, że o tej porze roku nie są one już aktywne. Fakty były jednak nieubłagane: ja miałem jednego stwora pod kolanem, a moi koledzy nawet po dwa i trzy. Wspólnymi siłami usunęliśmy je spod skóry, ale czy czegoś paskudnego nie zostawiły, pewności mieć nie można.

 
Gansvika

W sobotę rano pojechaliśmy do pobliskiego Oslo. Jednak Piotr obawiał się płatnych bramek, więc zatrzymał się przy sklepie Ikea w Furuset, około dziesięciu kilometrów od centrum stolicy Norwegii. W obie strony pokonywaliśmy ten dystans pieszo. Nic zatem dziwnego, że nie mieliśmy już zbyt wiele sił na zwiedzanie. Ja osobiście przeszedłem się deptakiem Karl Johans gate do pałacu królewskiego, potem pokręciłem się w okolicy dworca i poszedłem na nabrzeże. Od mojego ostatniego tu pobytu zbudowano wiele obiektów, przede wszystkim zaś nową operę, na którą można wchodzić z poziomu chodnika, idąc skośnie po białym podłożu aż na dach, skąd rozciąga się wspaniała panorama miasta.

Opera w Oslo
Wszędobylski troll


Po dwóch nocach w Gansvika pojechaliśmy do Halden. Niestety, dojazd do twierdzy był zamknięty, więc po chwilowym zamieszaniu ruszyliśmy w stronę Szwecji.  Omijając od góry jezioro Vattern przejechaliśmy nieopodal Mariestad, po czym rozbiliśmy się na nocleg na kąpielisku nad jeziorem Hok pod Jonkoping. Tego dnia pokonaliśmy kolejne 572 kilometry.
        W poniedziałek 17 września byliśmy już w Karlskronie. Przez kilka godzin połaziliśmy po tym dość sympatycznym mieście, a po południu udaliśmy się na ostatni podczas tego wyjazdu nocleg. Tym razem na kąpielisko nieopodal Fajo, ok. 10 km od Karlskrony.

Karlskrona
Fajo

Na jeziorem Hok

Rano wyjeżdżamy na terminal promowy, po czym wsiadamy na Stena Vision i po prawie dwóch miesiącach wracamy do Polski, bogatsi o wiele doświadczeń i nieco gotówki. Ja dodatkowo mogę pochwalić się utratą sześciu kilogramów, co wydaje mi się być sporym sukcesem. Wszak inni wydają pieniądze na różne diety, a ja schudłem za darmo i jeszcze zarobiłemJ.
Jeszcze odrobina statystyki: łącznie przejechaliśmy 6518 km, z tego na 48 dni pobytu przypada 2795 km, a na 8 dni podróży 3723 km, z czego powrót zajął 2410 km.
Więcej zdjęć: https://picasaweb.google.com/105491291175835308949/Skandynawia2012#
Zapiski z roku 2013 tutaj


Ta i inne relacje z podróży zagranicznych dostępne są w książce "Od moroszki po morwę"

RPA - nie tylko safari

  Do Warszawy wyjechaliśmy   pociągiem   "Lubomirski" o 10.12 z dwudziestominutowym   opóźnieniem. Mieliśmy jednak spory zapas c...

Posty