Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Litwa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Litwa. Pokaż wszystkie posty

Majówka w Pribałtyce

 


Z Gdańska wyjechałem 29 kwietnia o 15.55. Zbiórka w  Warszawie przewidziana była na godzinę dziewiętnastą. Pilotem wycieczki z ramienia Wytwórni Wypraw jest Joanna Bronka. Na miejscu okazało się, że jedna osoba zrezygnowała z wycieczki.  Była to akurat ta kobieta, z którą miałem dzielić pokój. A zatem poszczęściło mi się już na starcie, gdyż zostałem jedynym singlem, co oznacza jednoosobowy pokój w hotelu. Jedziemy autokarem firmy Bagiński. Nasza 38.osobowa  grupa składa się przeważnie z ludzi w średnim wieku. Zaraz na początku podpadł mi łysy jegomość, który głośno narzekał, że niektórzy zarezerwowali po dwa miejsca. „Tak nie powinno być” – mruczał niby to do żony. Już chciałem zapytać, czy to za jego pieniądze, ale powstrzymałem się. Po co psuć atmosferę?

Po trzech godzinach jazdy, gdzieś przed Suwałkami, nastąpiła zmiana autokaru i kierowcy. Od tej pory  niemal do końca wycieczki woził nas będzie pan Marcin. Do Tallina docieramy po 14 godzinach jazdy. Jest pochmurno, chłodno i siąpi deszcz. Temperatura odczuwalna wynosi zaledwie 3 stopnie C. Poznajemy naszego przewodnika, którym jest mieszkający tu od dwudziestu lat Zbigniew Jobczyński, z zawodu informatyk, pochodzący z Torunia.

Estonia jest 77. odwiedzonym przeze mnie państwem, a zarazem ostatnim w basenie Morza Bałtyckiego. Dotychczas niewiele wiedziałem o tym niespełna półtoramilionowym kraju. Teraz dowiaduję się między innymi,  że jest to najbardziej  zdigitalizowany kraj w Europie, gdzie nawet wybory do parlamentu przeprowadza się elektronicznie (prezydenta wybierają posłowie dwoma trzecimi głosów).

Zwiedzanie zaczynamy od placu, przy którym znajduje się monumentalny sobór św. Aleksandra Newskiego, będący katedrą autonomicznego Estońskiego Kościoła Prawosławnego. Naprzeciwko tej świątyni znajduje się gmach parlamentu estońskiego. Widać sporo turystów z Polski, no i oczywiście, jakżeby inaczej – z Japonii. Z górnego miasta przechodzimy w dolne części starówki. Przy murach obronnych spotykamy miejscowego grajka, który akompaniując sobie na gitarze, śpiewa różne popularne melodie. Na nasz widok intonuje  „Balladę o pancernych”, znaną nam z popularnego serialu z sierżantem Jankiem Kosem i psem Szarikiem. Daleko mu co prawda do głosu Edmunda Fettinga, ale i tak miło posłuchać.

W Tallinie widać sporo kościołów różnych wyznań, ale generalnie kraj ten jest jednym z najbardziej ateistycznych w Europie. Wokół placu ratuszowego, którego środek jest akurat remontowany, rozlokowane są liczne restauracje z ogródkami na zewnątrz. Koło południa pogoda znacznie się poprawia, więc i konsumentów przybywa, zwłaszcza amatorów pienistego napoju. Ja sam nabyłem w czasie wolnym (na tej wycieczce było go zdecydowanie za dużo) piwo Saku i A.LeCog (1,25 euro za puszkę), ale w pośpiechu nie zauważyłem, że jest ono bezalkoholowe. Może to nawet lepiej…

Na nocleg przyjechaliśmy do hotelu Dzingel dość wcześnie, bo już przed siedemnastą.  Hotel położony jest wśród sosnowych drzew na obrzeżach Tallina. Numery pięter liczone są rosyjskim zwyczajem, czyli bez parteru.

W piątek 1 maja, po obfitym i urozmaiconym śniadaniu, wyjeżdżamy z hotelu o 8.30. Jest piękna słoneczna pogoda, jak przystało na estońskie Święto Wiosny. Z okien autokaru spoglądamy na Stare Miasto, które poprzedniego zwiedzaliśmy przez 3 godziny z przewodnikiem a przez kolejne dwie i pół flanerowaliśmy na własną rękę.

Zatrzymaliśmy się na parkingu tuż nad  Zatoką  Tallińską. Obok portu, do którego  przypływają promy m.in. Viking Line, znajduje się  nieco zaniedbana plaża  i ładny  bulwar ze ścieżką  rowerową  oraz urządzeniami do ćwiczeń. Odnotować  warto też  bezpłatną toaletę. Na bulwarze stoi pomnik w formie skrzydlatego anioła, upamiętniający 177 marynarzy z rosyjskiego okrętu "Rusałka", który  zatonął  podczas sztormu w 1893 roku. Po drugiej stronie ulicy widać 70. hektarowy Park Kadriorg (Dolina Katarzyny). Jest to barokowy zespół pałacowo-parkowy założony w 1718 r. przez Piotra I dla żony Katarzyny I. Znajduje się  w nim m.in. barokowy pałac oraz kancelaria prezydenta. Jest tu też  Ogród  Japoński i Łabędzi Staw. Poza tym dużo  zieleni  i kwiatów, choć drzewa jeszcze nie pokryły się w pełni liśćmi.

Po opuszczeniu Tallina pojechaliśmy  do odległego o godzinę  jazdy miasteczka Paldiski na półwyspie Pakri. Tu przez półtorej  godziny spacerowaliśmy,  podziwiając  urokliwe klify. Można  było też  wejść  na latarnię  morską, z której  widoki były  jeszcze lepsze. Stąd wyruszyliśmy w stronę Rygi. Po drodze mijaliśmy gęste lasy, wśród których skrywały się  liczne domy.

Do stolicy Łotwy dotarliśmy wcześnie, bo już o 18.30. Zakwaterowaliśmy się w hotelu Tomo. O dziewiętnastej zjedliśmy zamówioną wcześniej kolację. Serowano zupę soliankę  i gulasz z ryżem i warzywami. Koszt – 10 euro. Po kolacji kupiłem w sklepie Maxima piwo Amber City i Aldaris po 0,85 euro. Dość tanio, bo wcześniej na stacji paliw w Estonii płaciłem po 2,75 euro za puszkę.

W sobotę pospaliśmy nieco dłużej, bo wyjazd z hotelu był wyznaczony na godzinę dziewiątą.   Nadal   towarzyszyła nam piękna pogoda.  Z miejscowym przewodnikiem (dobrze mówiącym po polsku) spotkaliśmy się nieopodal Placu Ratuszowego, który mgliście pamiętam z wizyty sprzed pięciu lat.  Poprzednio w stolicy Łotwy byłem  tylko przejazdem (również  z Wytwórnią Wypraw) w drodze do Uzbekistanu. Teraz było  znacznie więcej czasu na zwiedzanie tutejszych atrakcji, jak np. Dom Braci Czarnogłowych, Dom Kota czy kościół św. Piotra, będący  największą  świątynią gotycką w krajach bałtyckich. Wieża  tego kościoła  ma ponad 120 metrów  wysokości.  Punkt widokowy, na który  wjeżdża  się  windą,  jest trochę  niżej.  Niemniej jednak wystarczająco  wysoko, by umożliwić  podziwianie  panoramy miasta nad Dźwiną. A jest na co popatrzeć, bo przecież Ryga nie bez kozery nazywana jest „Paryżem Północy”, głównie ze względu na secesyjną architekturę. Kwitnie tu  też życie  kulturalne. Charakterystyczną dla tego miasta atrakcją są  tzw. rowery piwne. Umożliwiają one zwiedzanie połączone z jednoczesnym piciem piwa i aktywnością fizyczną dla grup turystów bądź uczestników wieczorów kawalerskich czy panieńskich. Przed katedrą św. Jakuba dwóch muzyków grało jakieś melodie na saksofonach. Na nasz widok odegrali hymn Polski. A propos katedry, to jej charakterystycznym elementem jest dzwon na zewnątrz wieży, tuż nad dużym zegarem. Innych kościołów,  na które  patrzyliśmy  z zewnątrz  lub do nich wchodziliśmy, nie będę  wymieniał  w tej relacji, żeby  nikogo nie zanudzić. Wspomnę  natomiast  o tutejszym balsamie, którego degustacja jednych stawia na nogi, a drugich wprost  przeciwnie  😀. Poza tym podobał  mi się  tutejszy bazar, który  mieści  się  w pięciu połączonych  ze sobą  hangarach, w których niegdyś przechowywano sterowce (Zeppeliny). Godny uwagi jest także  urokliwy park nad kanałem. W jego pobliżu stoi Pomnik Wolności oraz gmach opery z oryginalną fontanną.

Z Rygi pojechaliśmy  do pobliskiej Jurmały, znanego w tych  stronach kurortu. Jest tu szeroka plaża z białym  piaskiem oraz długa  promenada, pełna sklepów  i punktów  gastronomicznych. Są  też  bezpłatne  i czyste - co istotne dla turystów  - toalety.

Do hotelu Viesbutis  w Wilnie docieramy o 21.30. W telewizji nie znalazłem polskich kanałów, ale natrafiłem na „Lalkę” z 1968 roku z Mariuszem Dmochowskim w roli Wokulskiego i Tadeuszem Fijewskim jako Rzeckim w litewskiej wersji językowej.

W niedzielę było jeszcze cieplej niż w sobotę, więc z entuzjazmem wyruszyliśmy na  podbój Wilna. Zwiedziłem  je co prawda  gruntownie  9 lat temu, ale dobrze było  sobie  przypomnieć znowu klimat tego miasta. Zwłaszcza,  że  ze znawstwem  opowiadał  o nim Rajmund Klonowski, miejscowy dziennikarz  i działacz społeczny, dorabiający także  jako przewodnik. Zwiedzanie zaczęliśmy  oczywiście  od Ostrej Bramy, bo o tym miejscu dzięki  Mickiewiczowi słyszał  przecież  każdy  Polak, który  ukończył  chociaż  podstawówkę. A propos wieszcza, to nie tylko mieszkał w wielu miejscach w Wilnie, ale też  siedział  w więzieniu  zlokalizowanym w klasztorze bazylianów.  Tu też  zresztą  toczy się akcja trzeciej części  "Dziadów", a turyści mogą  oglądać  udostępnioną atrapę celi Konrada. Po pokłonieniu się wizerunkowi "tej, co w Ostrej świeci  Bramie", przeszliśmy  przez szereg  innych świątyń: cerkiew św. Ducha, kościół św. Kazimierza (podobał mi się  kącik zabaw dla dzieci podczas mszy), podominikański kościół św. Ducha (msza w języku polskim), Sanktuarium Bożego  Miłosierdzia, położone  obok siebie kościoły  św.  Franciszka i Bernarda  oraz  św. Anny, a na końcu katedra. Przeszliśmy  też  przez  Zaułek Literatów oraz słynną dzielnicę  Zarzecze, gdzie widać  wiele polskich śladów.  Na koniec wjechaliśmy  na Wzgórze Giedymina, skąd  rozciąga  się  widok na znaczną  cześć  miasta nad Willą, w tym na Górę Trzech Krzyży (na tę ostatnią  wspiąłem się  podczas poprzedniego pobytu). Szkoda, że zabrakło  czasu na cmentarz na Rossie. Jak już wcześniej pisałem, niepotrzebny  był aż tak długi czas wolny. Przez te 2,5 – 3 godzin spokojnie można odwiedzić tę ważną dla Polaków nekropolię.

 Ireneusz Gębski


























 

 

Cmentarze zagraniczne

Anglia (Blackpool)
Przy okazji zagranicznych wyjazdów zaglądam także na miejscowe nekropolie. Z okazji dzisiejszego Święta Zmarłych załączam kilkanaście zdjęć, które pochodzą nie tylko z różnych krajów, lecz także często z odmiennych kręgów kulturowych. 

Armenia

Bośnia i Hercegowina (Sarajewo)

Czarnogóra (Ulcinj)

Francja (Carcassonne)

Gruzja

Izrael (Jerozolima)

Kirgizja (Osz)

Litwa (Wilno)

Norwegia (Hitra)

Szwecja (Storuman)

Tajlandia (Kanczanaburi)

Ukraina (Lwów)
 

Wilno i Troki



Konstytucja Zarzecza

Drugi dzień pobytu w Wilnie jest znacznie mniej intensywny od pierwszego. Przed wszystkim odsypiam bowiem zaległości. Z hostelu wychodzę grubo po dziesiątej. Przed katedrą zaczepia mnie miła dziewczyna i oferuje przejazd po mieście odkrytym busem wycieczkowym. Spoglądam na kolorowy folder   Vilnius City Tour i widzę, że  audioprzewodnik oferowany jest także w języku polskim. Daję się skusić. Płacę 12 Euro za trwający godzinę i 10 minut objazd i zajmuję miejsce. Niestety, później tego żałuję. W praktyce nie zobaczyłem bowiem prawie nic nowego za wyjątkiem Zwierzyńca. Poza tym takie zwiedzanie jest bardzo powierzchowne. Owszem, informacje płynące ze słuchawek audioprzewodnika są konkretne i przydatne, ale cóż z tego, jeżeli nie widzi się wnętrz mijanych obiektów, nie czuje atmosfery tego czy innego kościoła lub muzeum. Jest to takie przysłowiowe lizanie cukierka przez szybę. Tak więc zdecydowanie nie polecam!

Po opuszczeniu busa kontynuuję zwiedzanie na piechotę. Przed  białym gmachem ministerstwa obrony zaintrygował mnie czarny pomnik. Na jego kolumnie widoczne było popiersie generała Jonasa Żemaitis-Wytautasa. Jak można było dowiedzieć się z tablicy informacyjnej - był on pełniącym obowiązki prezydenta Litwy w latach 1949-1954 i działaczem niepodległościowym. Został jednak zdradzony i wywieziony do Moskwy, gdzie po długim śledztwie prowadzonym przez samego Berię, rozstrzelano go w więzieniu w Butyrkach.

Ponownie zachodzę do kościoła św. Kazimierza. Tym razem jest otwarty. Szczęście mi dopisuje i mam możność posłuchania muzyki organowej. Sam kościół jest przestronny, jasny i ...pusty. To ostatnie określenie dotyczy praktycznie wszystkich kościołów, jakie widziałem w Wilnie. Czasami można zauważyć pojedyncze modlące się osoby, częściej jednak widać mniejsze lub większe grupy turystów. Być może inaczej jest podczas świątecznych nabożeństw, ale moja trzydniowa wizyta w tym mieście przypadła na dni powszednie.

Z ulicy Zamkowej skręcam w jakieś podwórko i całkiem przypadkowo natrafiam na umieszczone na ścianie pierwszego piętra popiersie Juliusza Słowackiego. W niewielkiej podłużnej wnęce poniżej widać wyżłobiony napis: "TU MIESZKAŁ JULJUSZ SŁOWACKI".  Lista polskich poetów, pisarzy i artystów związanych z Wilnem na którymś z etapów życia jest zresztą bardzo długa. Oprócz tych najbardziej znanych, jak Mickiewicz, Słowacki, Kraszewski czy Miłosz, mieszkał tu także K. I. Gałczyński, St. Cat-Mackiewicz, T. Konwicki, E. Karewicz, Z. Kęstowicz i wielu innych.

Przed Church Heritage Museum oglądam pobieżnie wystawione na dziedzińcu dwa dzwony z 1773 roku. Rzucam okiem na wiszący na murze obraz podpisany Salvator Mundi (Zbawiciel świata). Nawet podobny do tego namalowanego przez Leonarda da Vinci na początku XVI wieku... Obok niego kilka drewnianych rzeźb przedstawiających jakichś świętych.

Wchodzę do kościoła św. Anny, który wczoraj był zamknięty. Uwagę zwraca ołtarz główny z obrazem św. Anny Samotrzeć, ciemne niemal czarne ławki i takaż ambona. Po prawej stronie ołtarza zauważam portret biskupa Teofiliusa Matulionisa. Przypominam sobie, że widziałem tę postać także w innych wileńskich świątyniach. Nie bez kozery. Biskup Matulionis podczas uroczystej mszy przed katedrą w Wilnie 25 czerwca tego roku (dwa dni przed moim przyjazdem) został ogłoszony przez kardynała Angelo Amato błogosławionym. Proces beatyfikacyjny trwał 26 lat. O rok więcej niż biskup spędził w sowieckich łagrach. Dla Litwinów ta beatyfikacja ma ogromne znaczenie, gdyż jest pierwszą ogłoszoną na terenie Litwy.

Po drodze do Zarzecza (Użupis) zaglądam na chwilę do Soboru Przeczystej Bogurodzicy. Ta katedralna cerkiew prawosławna wybudowana jest w stylu gruzińskim. Szczególnie pięknie prezentuje się od strony rzeki Wilejki. Białe ściany ładnie kontrastują z pokrytymi czerwonym dachem wieżyczkami, na szczytach których złocą się charakterystyczne dla obrządku prawosławnego krzyże.

Poprzedniego dnia tylko pobieżnie poznałem słynną Republikę Zarzecza. Panujący tu klimat porównywany jest do kopenhaskiej Christianii i paryskiego Montmartru. Przed wojną mieszkał tu Bernard Ładysz i wspomniany wcześniej Gałczyński z żoną. Dzielnica nad brzegiem Wilejki rzeczywiście jest urokliwa. Wąskie uliczki, liczne mostki obwieszone kłódkami i kolorowe elewacje domów. Widać też trochę elementów artystycznych, ale nie tyle, ile spodziewałem się po wcześniejszej lekturze materiałów na temat tego miejsca. Kilka galerii było zamkniętych na głucho. Bez trudu znalazłem ulicę Paupio, przy której wywieszone są tablice z Konstytucją Zarzecza przetłumaczoną na kilkanaście języków. Oto co ciekawsze albo - jak kto woli - śmieszniejsze z jej 38 punktów:

 Człowiek ma prawo mieszkać nad Wilenką, a Wilenka przepływać obok człowieka.

 Człowiek ma prawo do ciepłej wody, ogrzewania w zimie i do dachu z dachówek.

 Człowiek ma prawo umrzeć, ale nie jest to jego obowiązkiem.

 Człowiek ma prawo być nieznany i niewybitny.

 Człowiek ma prawo do lenistwa i nicnierobienia.

 Człowiek ma prawo kochać kota i opiekować się nim.

 Kot nie ma obowiązku kochać swego pana, ale powinien     pomóc mu w trudnej chwili.

 Człowiek nie może się dzielić tym, czego nie ma.

 Człowiek ma prawo płakać.

 Człowiek ma prawo być niezrozumianym.

 Człowiek ma prawo się nie bać.

A żeby wszystko wyglądało jak w każdym normalnym państwie, Republika Zarzecza chlubi się posiadaniem swojej flagi, prezydenta, hymnu, waluty, a nawet biskupa i gazety. Podobno posiada też swoją armię...

   Po południu zdecydowałem się pojechać do dzielnicy Karolinka, gdzie znajduje się najwyższy obiekt na Litwie, czyli wieża telewizyjna. Jej wysokość wynosi 326,5 metra. Dla zwiedzających dostępny jest jednak tylko pułap 165 metrów. Zlokalizowano tu obrotowy taras z restauracją w środku. Pełny obrót trwa 45 minut. Nie czekałem aż tyle. Przeszedłem się po prostu dookoła i sfotografowałem interesujące mnie fragmenty panoramy Wilna. Wieżę widać co prawda z daleka, ale z jej tarasu widokowego można zobaczyć jeszcze więcej - przy dobrej pogodzie widoczność sięga 50 km. Z jednej strony sypialniane blokowiska, z innej zaś zalesione tereny. Przede wszystkim jednak Stare Miasto ze Wzgórzem Giedymina. A jakby ktoś poszukiwał silniejszych wrażeń, to z dachu tarasu możliwe jest wykonanie skoku na bungee.

Wieża otwarta została w 1981 roku. W jej stosunkowo krótkiej historii występuje dramatyczny element. Myślę tu o wydarzeniach z 13 stycznia 1991 roku, kiedy to podczas protestu przeciw zajęciu wieży przez armię ZSRR zginęło 14 osób a 700 zostało rannych. Ofiary upamiętnia ekspozycja na parterze wieży.

Z centrum można tu dojechać m.in. trolejbusem linii 1 i 3. Jednorazowy bilet kosztuje 1 Euro. Wstęp na wieżę to wydatek 7 Euro.

Do Muzeum Holokaustu nie zdążyłem, gdyż czynne jest tylko do godz. 17.00. Obejrzałem więc tylko z zewnątrz pomalowany na zielono budynek. Przed nim zaś tablicę poświęconą konsulowi Japonii, który po zajęciu Litwy przez ZSRR w 1940 roku pomógł paru tysiącom Żydów wyjechać do Japonii. Chiune Sugihara jest jedynym Japończykiem odznaczonym medalem "Sprawiedliwy wśród Narodów Świata". Taki japoński Schindler...

Obok Centrum Kultury Hiszpanii podziwiam przez chwilę zajęcia jogi na świeżym powietrzu. Następnie schodzę w dół i maszeruję prospektem Giedymina w stronę katedry. Mijam pomnik poetki Żemajtes, słucham młodych skrzypaczek przed gmachem Teatru Dramatycznego i jakiegoś rockowego zespołu pod pomnikiem Vincasa Kudirki. Przechodzę obok katedry i słyszę nagle dźwięk trąbki. Podchodzę bliżej i widzę, że hejnalista stoi w oknie pobliskiego Pałacu Wielkich Książąt Litewskich (Zamek Dolny). Zasiadam w pobliskim Grill Terrace i delektuję się piwem Svyturys (tym razem 2,80 Euro). Następnie krótki spacer po Zamkowej. Jest późne popołudnie. Przy wystawionych przed lokale stolikach pełno turystów. Co kilkadziesiąt metrów ustawiają się akordeoniści i inni instrumentaliści. Niektórzy nawet śpiewają. Ot, standard deptaków wszystkich miast.

Trzeci dzień pobytu w Wilnie rozpoczyna się od potężnej ulewy. Jak przeczytałem w Wilnotece (lokalnym polskim portalu) była to największa ulewa od 1993 roku. Wówczas spadło 48 milimetrów wody na metr kwadratowy. Teraz tylko milimetr mniej. Wiele ulic zostało podtopionych. Wstałem około godziny dziewiątej i kiedy usłyszałem grzmoty oraz intensywny szum deszczu na szybach poddasza, pomyślałem sobie, że ten dzień będzie stracony. Mimo to po śniadaniu założyłem płaszcz przeciwdeszczowy i wyruszyłem na miasto. Bez żadnej koncepcji co do trasy. Znowu zadecydował przypadek. Natrafiłem na ofertę przejazdu w tę i z powrotem do Trok. Tym razem nie było audioprzewodnika po polsku, ale rosyjski w zupełności mi wystarczył. Całkowity koszt 20 Euro. 

Troki oddalone są od Wilna o 28 kilometrów. Jedzie się tam niewiele ponad pół godziny. W busie jestem jedynym Polakiem. Towarzyszą mi Rosjanki i Włoszki. Przyjeżdżamy przed południem. Deszcz nadal pada. Czerwony zamek na wyspie Galwe ledwie widać spoza ściany wody. Mimo to turyści tłumnie zmierzają do środka. Na drewnianym pomoście zaplątuję się w jakąś japońską wycieczkę i wraz z nią przechodzę przez bramę. Wtedy uświadamiam sobie, że wszedłem bez biletu. Tym samym muszę przyznać, że naraziłem państwo litewskie na stratę 7 Euro.

Troki były kiedyś (do XIV w.) - w co trudno uwierzyć, patrząc na wielkość miejscowości - stolicą Litwy. Mieszka tu bowiem zaledwie 6 tysięcy osób. Ponad 20% to Polacy. Poza Litwinami zamieszkują tu także sprowadzeni z Krymu Karaimowie. Ich domy do dzisiaj wyróżniają się spośród innych: kolorowe, z kwiatami w oknach.

Po godzinie zaczyna się przejaśniać. Wtedy akurat opuszczam zamek, w którym tak naprawdę mało zostało z dawnych czasów. Praktycznie cały odrestaurowany był bowiem w XX wieku. Jego atutem jest jednak położenie. W ogóle Troki są wspaniałym miejscem na wypoczynek. Porównałbym je do naszych Mazur. Mnóstwo jezior, lasów. No i bliskość Wilna.

Po powrocie do Wilna odwiedzam jeszcze kościół Wszystkich Świętych. Uwagę zwracają tu bogato zdobione  i pokryte obrazami pilastry głównej nawy. Sam kościół, podobnie jak wiele innych za czasów sowieckich, spełniał funkcję obiektu użytkowego. W latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku było tu  Muzeum Litewskiej Sztuki Ludowej.

Sporym zdziwieniem zareagowałem na widok pomnika Tarasa Szewczenki. Ten ukraiński poeta spędził w Wilnie zaledwie dwa lata i to jako młody chłopak (15 - 17 lat). Wtedy jeszcze nikomu nie śniło się, że w przyszłości będzie on filarem literatury rosyjskiej i ukraińskiej. Mimo to 6 lat temu wileńskie władze uhonorowały go posągiem w pobliżu hali targowej. A propos hali: nabyłem w niej pysznego kindziuka i równie smaczną wędzoną słoninę. Sprzedawczynią była Polka.

Ostatnim akcentem mojego wileńskiego wypadu była konsumpcja czebureki z mięsem (1,6 Euro) popijanego piwem Tauras  (1,5 Euro) w przydworcowym barze. 
Filmy: Wilno
            Troki    
Dom, w którym mieszkał J. Słowacki

Kościół św. Anny

Sobór prawosławny w Wilnie

Zarzecze - Wilejka


Taras wieży widokowej w Wilnie

Widok z wieży telewizyjnej w Wilnie

Wnętrze wieży telewizyjnej w Wilnie

Ofiary obrony wieży

Upamiętnienie obrońców wieży w Wilnie

Katedra w Wilnie

Grajkowie na Zamkowej w Wilnie

Na zamku w Trokach
Domek w Trokach

Zamek w Trokach

Czeburaki

Przy Zamkowej (Pilis) w Wilnie

Troki - dziewczynka z poziomkami

Majówka w Pribałtyce

  Z Gdańska wyjechałem 29 kwietnia o 15.55. Zbiórka w   Warszawie przewidziana była na godzinę dziewiętnastą. Pilotem wycieczki z ramienia...

Posty