Recenzenci mile widziani

Od moroszki po morwę

Zostało mi jeszcze kilka egzemplarzy autorskich "Od moroszki po morwę". Gdyby ktoś z Was zechciał podjąć się napisania recenzji, to proszę o kontakt. Będę także wdzięczny za udostępnienie tego postu.

Niegdyś mawiano "Siedź w kącie a znajdą cię". Obecnie to nie wystarcza. Niestety... Chcąc zaistnieć choćby w niewielkim kręgu odbiorców, trzeba zadbać o reklamę. Nie każdego jednak stać na reklamowe spoty. Dlatego stawiam na osobiste kontakty i znajomości zawarte za pośrednictwem portali społecznościowych. Jeżeli chodzi o samą książkę, to składa się ona z autentycznych opisów rozmaitych podróży odbytych przeze mnie do końca 2013 roku.

W tunelu pod Martwą Wisłą



Kolejka do wejścia do tunelu

Wraz z tysiącami mieszkańców Gdańska przeszedłem się dziś wydrążonym niedawno tunelem pod Martwą Wisłą. Okazją do tego niecodziennego przejścia łącznikiem trasy Słowackiego z trasą Sucharskiego był jeden z modnych ostatnio w Gdańsku dni otwartych (niedawno były dni otwarte budowanej aktualnie Pomorskiej Kolei Metropolitarnej, tydzień temu swoje podwoje udostępniło publiczności gdańskie ZOO, a za tydzień obejrzeć będzie można przystanek SKM Gdańsk-Śródmieście). Wiem, że to jest podążanie stadnym pędem, ale jakoś mi to specjalnie nie przeszkadza. Mam też świadomość tego, że ten natłok dni otwartych tuż przed wyborami samorządowymi nie jest przypadkowy. Z drugiej strony trudno jednak wymagać od obecnych władz miasta, aby nie chwaliły się swoimi osiągnięciami.



Paweł Adamowicz i Jacek Karnowski

Wracając do dnia dzisiejszego, to podkreślić chciałbym doskonałą (choć zapewne kosztowną) organizację transportu w okolice tunelu (dodatkowe tramwaje kursujące z częstotliwością co 10 minut) i sprawne odwożenie zwiedzających darmowymi autobusami do dworca PKP w Gdańsku. W samo południe w tunelu pojawił się prezydent Paweł Adamowicz wraz ze swoim sopockim odpowiednikiem Jackiem Karnowskim. Obaj ubiegają się o reelekcję, więc nic dziwnego, że chcą zyskać punkty u potencjalnych wyborców.



Co do samego tunelu, to jest to bardzo wielka i skomplikowana inwestycja. Jego długość wynosi około półtora kilometra, a najgłębszy punkt pod  Martwą Wisłą ma 35 metrów. Do użytku oddany zostanie w przyszłym roku.


Prezydent Gdańska chętnie udziela autografów...

Czas przejścia tunelu wraz z oczekiwaniem w sporej kolejce oraz zjedzeniem gorącej grochówki po wyjściu - około półtorej godziny. W sumie miło spędzony fragment kolejnego pięknego, być może jednego z ostatnich, dni tej jesieni. Więcej zdjęć

Chytry dwa razy traci


Zdjęcie pochodzi z 2013 roku, ale właśnie to auto prowadziłem wczoraj

Znane powszechnie przysłowie mówi, że chytry dwa razy traci. Po raz kolejny przekonałem się o tym przy okazji wyświadczania drobnej przysługi dla jednego z moich kolegów. Poprosił mnie on o pojechanie z nim do Grudziądza, gdzie zamierzał nabyć nowe auto. Tu od razu wyjaśnię, że słowo "nowe" jest eufemizmem, gdyż chodziło o zakup samochodu czternastoletniego. Ponieważ jednak dotychczasowy środek lokomocji mojego kolegi liczy sobie lat dwadzieścia, więc wszystko jasne...



Transakcja kupna sprzedaży przebiegła sprawnie i bezproblemowo.  Kolega miał wracać do Gdańska nowo nabytym pojazdem, a ja miałem poprowadzić stare auto. Z Grudziądza wyjeżdżaliśmy około godziny dwudziestej pierwszej, a więc było już całkowicie ciemno, co zresztą będzie miało istotne znaczenie w mojej opowieści.



Pożałowałem niespełna dwudziestu złotych i zamiast jechać autostradą A1, skręciłem w drogę nr 91. Daleko nie ujechałem. Już w Dolnej Grupie przed maską mignęła mi policyjna latarka. Młody policjant oznajmił mi, że jechałem z prędkością 67 km/h w terenie zabudowanym, co może skutkować stuzłotowym mandatem. Nie to jednak mnie zaskoczyło. Ja po prostu nie zauważyłem w ciemności znaku "teren zabudowany". Gapiostwo nie jest oczywiście żadnym usprawiedliwieniem. Bez zbędnej dyskusji uznałem więc swoją winę. Moja skrucha chyba spodobała się funkcjonariuszowi policji, gdyż zaproponował mandat w wysokości 50 zł, czyli w dolnej granicy widełek. Do tego 2 punkty karne.



Wnioski? Gdybym pojechał autostradą, zaoszczędziłbym 30 złotych i zyskał przynajmniej godzinę czasu. Jadąc bowiem starą trasą, co rusz natykałem się na teren zabudowany i inne ograniczenia prędkości.

Tłok w ZOO


Hipopotam

Gdański ogród zoologiczny pękał dzisiaj w szwach. Mimo niezbyt przyjemnej pogody tłumy zwiedzających przewijały się po wszystkich zakamarkach ogrodu. Gdańszczanie przybywali pieszo, na rowerach, środkami komunikacji miejskiej i samochodami. Ruch był na tyle duży, że musiała sterować nim policja.



Co sprawiło, że akurat w tę dżdżystą sobotę pojawiło się aż tylu zwiedzających? Na pewno nie nagłe zainteresowanie zwierzętami, w tym sprowadzonymi właśnie lwami. Te ostatnie miały jednak spory wpływ na frekwencję, bo właśnie z okazji otwarcia lwiarni dyrekcja ZOO postanowiła umożliwić wszystkim chętnym darmowe zwiedzanie. Nie ma co ukrywać, lubimy wszelkie dni otwarte i jako społeczeństwo chętnie w nich uczestniczymy.


Eland

Kolejka do obejrzenia lwiej rodziny (lew i trzy lwice) była gigantyczna. Lwy zaszyły się w lwiarni i nie chciały pokazać się na obszernym wybiegu. Osobiście nie byłem aż tak spragniony ich widoku, żeby stać w deszczu godzinę czy dwie. W tym czasie wolałem obejrzeć sobie inne okazy fauny, a jest ich w obchodzącym właśnie w tym roku sześćdziesięciolecie gdańskim ZOO całkiem sporo. Oto niektóre z nich.

Wolimy czytać czy oglądać?

Ireneusz Gębski - upływ czasu

W ostatnim tygodniu zamieściłem tutaj dwa posty pod tym samym tytułem. Chodzi o Rowerowy Potop. W pierwszym przypadku była to pisemna relacja z wycieczki po Karlskronie i okolicach z kilkoma zdjęciami i linkiem do galerii. W drugim zaś same zdjęcia, bez słowa komentarza, w postaci prezentacji filmowej, urozmaiconej nieco melodią starego przeboju. Wspominam o tym dlatego, że zaskoczyła mnie statystyka odsłon tych postów. O ile z pisemną wersją Rowerowego Potopu zapoznało się przez tydzień zaledwie 60 osób, o tyle wersję obrazkową  sprzed kilku dni wybrało  pięć razy więcej internautów.  Jakie z tego wnioski? Szkoda nam czasu na czytanie długich tekstów? A może po prostu obrazki bardziej przemawiają do naszej wyobraźni? Temat jest zapewne bardziej złożony i zasługuje na bardziej pogłębioną dyskusję. Póki co, sygnalizuję go  tylko i korzystając z okazji zamieszczam krótki  kolaż z minionych lat mojego żywota.

Rowerowy potop



Rowerowy potop - pamiątkowa koszulka

Dzisiaj kilka zdań o trzeciej we wrześniu i zarazem ostatniej w tym roku edycji "Rowerowego Potopu". O udziale w tej imprezie myślałem już od kilku miesięcy, ale nie miałem kompletnej ekipy. Dla niezorientowanych wyjaśniam, że warunkiem nabycia biletu na prom "Stena Line" w promocyjnej cenie (169 zł rejs w obie strony) była rezerwacja czteroosobowej kabiny.  Na szczęście natknąłem się przypadkiem na ogłoszenie Patryka (poznałem go podczas XII Gdańskiej Pielgrzymki Rowerowej  do Częstochowy), który poszukiwał czwartej osoby do załogi.


Monika i Patryk

W niedzielę 28 września późnym popołudniem spakowałem plecak i udałem się na terminal promowy w Gdyni.  W okolicy estakady Kwiatkowskiego trochę pobłądziłem. Dotychczas jeździłem bowiem do Szwecji wyłącznie samochodem, więc nie zwróciłem uwagi na fakt, że rowerem trzeba jechać nieco inną drogą. Tak czy owak, po złamaniu wielu przepisów, m.in. przejście przez tory kolejowe, dotarłem na terminal sporo przed czasem. Na miejscu był już Patryk, a wkrótce dojechała Monika. Jedynie Kamil pozwolił na siebie czekać niemal do ostatniej chwili. Przeszliśmy więc przez odprawę biletową bez niego (jego bilet zostawiliśmy w okienku) i podjechaliśmy do namiotu AZS (główny organizator imprezy), gdzie po złożeniu podpisanych wcześniej oświadczeń o akceptacji regulaminu pobraliśmy okolicznościowe koszulki, peleryny i mapki z trasami wycieczek.

Kilkanaście minut później wjechaliśmy na pokład "Stena Spirit". Rowery przymocowaliśmy do burt promu i weszliśmy na pokład siódmy, gdzie znajdowała się nasza kabina. Niestety, tutaj musieliśmy trochę poczekać, gdyż personel sprzątający nie zdążył przygotować wszystkich kabin. Trudno się zresztą temu dziwić, gdyż samych tylko uczestników "Rowerowego Potopu" było 515. Do tego były jeszcze wycieczki autokarowe i wielu turystów indywidualnych. Ciekawostką jest fakt, że matką chrzestną tego dużego promu jest Anna Przybylska.

Gimnastyka na pokładzie
Po zaokrętowaniu przyszedł czas na relaks i integrację. Jedni z nas zwiedzali prom i uprawiali gimnastykę na górnym pokładzie, inni buszowali po sklepie, a jeszcze inni bawili się na parkiecie.

Poniedziałkowy poranek rozpoczęliśmy od  śniadania (w cenie biletu). Szwedzki stół był naprawdę obficie i różnorodnie zaopatrzony. Praktycznie nie było fizycznej możliwości, aby spróbować wszystkich potraw.

Na placu manewrowym podzieliliśmy się na sześć grup. Każdy z nas, w zależności od kondycji i chęci, mógł wybrać sobie dowolną trasę z niżej wymienionych:

Biała - 45 km plus spacer po mieście

Żółta - 45 km z rejsem statkiem (płatne dodatkowo 100 zł)
Niebieska -  60 km

Zielona - 75 km
Czerwona - 95 km
Różowa -  100 km.
Osobiście zdecydowałem się na trasę zieloną (potem się okazało, że i tak przejechałem o ponad 20 km więcej), a wraz ze mną Monika i Kamil oraz setka innych osób.
Z początku jechaliśmy w zwartej grupie, podążając za przewodnikiem. Tak było mniej więcej do wyspy Knoso, gdzie zajechaliśmy podziwiać rezerwat dębów (dwa lata temu biwakowałem w tej okolicy). Od tego miejsca grupa zaczęła się dzielić na coraz to mniejsze grupki. Po prostu każdy mógł dostosować tempo jazdy do swoich możliwości i dowolnie dysponować czasem  na zwiedzanie. Taką taktykę umożliwiało bardzo dobre oznakowanie tras (kolorowe strzałki na ścieżkach rowerowych oraz drogach asfaltowych).

Kościół w Losen

Most nad Mocklosund


Wiatrak na wyspie Sturko
Ireneusz Gębski - wyspa Tjurko
Pogoda była wyśmienita: słońce i lekka bryza od morza. Jechało się więc bardzo przyjemnie, a jeżeli coś zapierało dech w piersiach, to tylko widoki. Z Knoso wróciliśmy na główną drogę i wzdłuż trasy E22 pojechaliśmy przez Losen (urokliwy biały kościół), po czym skręciliśmy w boczną drogę wiodącą na wyspy Senoren, Sturko i Tjurko. Przed pierwszą z tych wysp przejeżdżaliśmy przez stromy most nad cieśniną Mocklosund. Na jego szczytowym punkcie zatrzymywaliśmy się (również w drodze powrotnej), żeby nasycić oczy wspaniałymi widokami i uwiecznić te ostatnie na zdjęciach. Kolejny krótki postój na wyspie Senoren, z której w całej okazałości widać most, przez który przejeżdżaliśmy. Tu zgubiłem moją mini grupkę, z którą się poruszałem (dwie Moniki i jedna Ola). Sądziłem, że pojechały one dalej, więc nacisnąłem mocno na pedały, żeby je dogonić. Nie mogłem jednak przejechać bez zatrzymania się obok drewnianego wiatraka na wyspie Sturko.  Obfotografowałem go z każdej strony i ruszyłem dalej. Przez kolejny most, tym razem znacznie mniejszy, przedostałem się na wyspę Tjurko. Zjechałem na kamieniste wybrzeże w okolicy starego kamieniołomu i czekałem na innych. Okazało się bowiem, że przyjechałem tu jako pierwszy. Po kilkunastu minutach pojawiły się następne osoby, w tym wspomniane wyżej współtowarzyszki trasy. Wraz z nimi pojechałem na przylądek Finskan, skąd rozciąga się widok na Karlskronę i twierdzę Kungsholmen.


Od tego punktu zaczęła się droga powrotna. We czwórkę jechaliśmy prawie non stop ostrym tempem, zatrzymując się tylko na krótkie chwile przy wiatraku i na moście. Do miasta wróciliśmy około piętnastej. Było więc jeszcze mnóstwo czasu do powrotu na prom. Wybraliśmy się więc w piątkę (po drodze dołączył do nas Kamil) do centrum Karlskrony. Tutaj zamierzaliśmy spróbować świetnych ponoć lodów przy Stortorget. Niestety, lodziarnia czynna była tylko do 28 września. Udaliśmy się więc do Espresso House, gdzie napiliśmy się pysznej mokki.  Tutaj też dołączył do nas Patryk, który wcześniej jechał na trasie czerwonej.
Dwie Moniki w drodze powrotnej





Na prom wróciliśmy kwadrans po siedemnastej. Zostało więc mnóstwo czasu na toaletę i odpoczynek. Wieczorem spotkaliśmy się całą grupą na krótkim podsumowaniu wycieczki. Obejrzeliśmy też pierwsze zdjęcia.



Karlskrona


Łącznie przejechałem 96 km w czasie 4 godziny 47 minut. Nie o wyniki jednak tu chodzi. "Rowerowy Potop" jest wyśmienitą imprezą rekreacyjną i integracyjną. Świadczy o tym zresztą rosnące z roku na rok zainteresowanie wyjazdami na szwedzkie trasy. Organizatorom należą się słowa uznania, co też niniejszym czynię na zakończenie tej osobistej relacji z mojego dwunastego pobytu za Bałtykiem.

Więcej zdjęć tutaj

 

 
 


 

Park, skansen, wiatrak i wierzby płaczące

Pomnik Tatara Wczoraj się nie udało, ale za to dzisiaj rowerowa wycieczka na gdańskie Żuławy doszła do skutku.  Zanim jednak dojecha...

Posty