Znajomości wirtualne i realne

Rewa
Mówi się, że internetowe znajomości są powierzchowne i na ogół nietrwałe. Pewnie w wielu przypadkach tak właśnie jest. Ja jednak mam wiele przykładów na to, że znajomości zadzierzgnięte w sieci mogą przetrwać próbę czasu. W moim przypadku niektóre z nich trwają już ponad dziesięć lat. Z niektórymi osobami spotykałem się także w realu, z innymi zaś do chwili obecnej utrzymuję kontakt za pośrednictwem portali społecznościowych i internetowych komunikatorów.
Nie dalej jak wczoraj spotkałem się po raz pierwszy z Katarzyną z Malborka. Poznaliśmy się wirtualnie przed dekadą, dzieląc się wrażeniami z podróży po ulubionej przez nas Norwegii. Przez kolejne lata pisywaliśmy do siebie z różną częstotliwością, ale jakoś nie mieliśmy okazji do osobistego poznania się.  Takowa nadarzyła się gdy  Katarzyna postanowiła wraz z mężem wybrać się na rowerową wycieczkę z Gdańska do Rewy. Zaproponowała mi, abym do nich dołączył. Z przyjemnością skorzystałem z zaproszenia i w ten sposób upiekłem dwie pieczenie na jednym ogniu, o ile można użyć takiego określenia w tym wypadku:  poznałem osobiście Katarzynę i jej małżonka oraz po raz pierwszy w życiu odwiedziłem Rewę. W obu przypadkach było warto.
Z osobami poznanymi przez internet odbywałem też znacznie dalsze podróże, np. do Tadżykistanu czy na Lofoty i Nordkapp. Z innymi natomiast brałem udział w wyjazdach stricte zarobkowych, np. przy zbiorach runa leśnego. Oczywiście nie zawsze wszystko przebiegało bezproblemowo. Czasami, jak to w życiu, bywały sytuacje stresogenne. Uważam jednak, że nie ma to związku z tym, że jechałem gdzieś z obcymi ludźmi, bo podobne nieporozumienia zdarzają się także wśród dobrych znajomych. Ba, nawet wśród członków rodziny. Najważniejsze jednak, to bycie otwartym na innych.

Widok z Pachołka

Krzyż Morski w Rewie


Pożar w Notre Dame

Katedra Notre Dame - 2001 r.

Ogromny pożar strawił wczoraj znaczną część paryskiej katedry Notre Dame. Nie ulega wątpliwości, że stało się ogromne nieszczęście. Katedra była bowiem zarówno dobrem kultury, jak i ważnym miejscem kultu religijnego.
Wygląda na to, że 18 lat temu byłem po raz pierwszy i zarazem ostatni we wnętrzu tej katedry. Wątpię bowiem, aby jej odbudowa zakończyła się jeszcze za mojego życia.
W obliczu tej tragedii wszelkie komentarze wydają się być zbędne. Tym bardziej, jeżeli stoją za nimi doraźne interesy i gierki polityków i politykierów. Nie przyłączę się więc do tych gdybań o znakach, karach i symbolach tego czy owego. Nie czas  i nie miejsce na to…

Na Wielkim Murze







Relacja tutaj

Od Xi'an do Szanghaju

Wielka Pagoda Dzikiej Gęsi w Xi'an

O 8.30 przyjeżdżamy do Xi,an. Za nami  1184 km przejechane w 11 godzin  i 43 minuty.  Większość tego czasu przespałem. Xi’an przez 1300 lat było stolicą Chin. Obecnie liczy około 10 milionów mieszkańców, co przy Szanghaju czy Pekinie czyni je niewielkim miastem. Szczyci się najdłuższymi murami miejskimi w Chinach (14 km). Uchodzi za początek  jedwabnego szlaku.  
Zatrzymujemy się w hotelu Tianyou. Pokój  jest duży. Do dyspozycji   osobne łóżka,  4 gniazdka i przeszklone ściany łazienki.
Zanim udamy się do muzeum armii terakotowej, czeka nas najpierw wizyta w zakładzie produkcji terakoty. Oczywiście nie jest to typowy zakład produkcyjny, lecz jego namiastka, skrojona pod turystów.  Ot, garstka gliny w kącie i kilka pracownic markujących wyrabianie. Za to za ścianą obrazy niczym w mitycznym sezamie. Wyroby z terakoty są niewątpliwie ładne, ale niesamowicie drogie, np. replika czterech żołnierzy armii terakotowej kosztuje tutaj 450 juanów.  Ponadto można tu nabyć meble, dywany, biżuterię i masę mniej lub bardziej przydatnych bibelotów. Oczywiście cały czas słyszymy, że tylko tutaj można kupić oryginalne przedmioty, a w innych miejscach na pewno wcisną nam podróbki.
Docieramy wreszcie do mauzoleum wielkiej armii  terakotowej.  Liczy ona około 8 tysięcy figur. Zostały odkryte w 1974 roku podczas kopania studni, po przeszło dwóch tysiącach lat od zakopania. Do zwiedzania udostępniono je już w 5 lat później.  Mamy tu trzy pawilony, muzeum i  sklep z pamiątkami. Tłumy turystów. Bilet kosztuje 120 juanów. Przy wejściu podwójna  kontrola. Pracownicy sami wkładają bilety do automatu. Zwiedzamy przez 2 godziny. Część  terakotowych figur nie jest jeszcze odkopana i spoczywa w ziemi od czasu pogrzebu pierwszego cesarza Qin Shi.
W okolicy piękne ogrody z kwitnącymi różami.
 Z mauzoleum przemieszczamy się na mury miejskie, gdzie spędzamy prawie godzinę. Po drodze widzieliśmy  rowerzystę z rozwaloną głową, leżącego na ulicy w kałuży  krwi. Tu trzeba zaznaczyć, że sporo Chińczyków przemieszcza się na skuterach i rowerach. Generalnie jeżdżą płynnie i bezpiecznie, ale rzadko który ma na głowie kask.
 Na kolację zaserwowano nam 16 rodzajów  pierogów. Wystarczyło zjeść po jednym z każdego talerza, aby poczuć się sytym. Po tej pierogowej uczcie udaliśmy się autokarem na wieczorne zwiedzanie Xi’an (25 USD).  Najpierw pojechaliśmy nad jezioro Południowe, nad którym pięknie odbijały się w wodzie fasady podświetlonych budynków. Następnie bajecznie oświetlonym deptakiem podążyliśmy w stronę Wielkiej Pagody Dzikiej Gęsi. Co kilkadziesiąt metrów spotykaliśmy grające zespoły lub pojedynczych muzyków, śpiewaków i mimów. Wśród przewalających się tłumów nie było widać osób pijanych czy też narkomanów. Za narkotyki zresztą w tym kraju można zarobić czapę.
            Zatrzymaliśmy się przed wspomnianą wyżej pagodą, żeby obejrzeć pokaz tańczących fontann. Podobne show widziałem już w Pradze oraz w Barcelonie. Wszędzie przyciągało tłumy widzów.
 Opuszczamy hotel o dziewiątej i jedziemy do muzeum Xi’an. Przechodzimy przez park obok Małej Pagody Dzikiej Gęsi. Spotykamy tu kilka osób ćwiczących  tai chi przy dźwiękach muzyki.
Po krótkiej wizycie w muzeum  Xi’an zostajemy zaproszeni na lekcję  kaligrafii.  Siadamy w ławkach. Na pulpitach przed nami leży papier ryżowy, obok stoi kałamarz z tuszem i pędzelkiem. Przy tablicy zaś oczekuje nas nauczycielka. Wprowadza nas pokrótce w tajniki języka i znaków. Jest to oczywiście bardzo skomplikowane, bo w Chinach obok urzędowego mandaryńskiego jest wiele innych języków, które nazywa się dialektami. Tak czy owak, zanim zacznie się poważną naukę, trzeba opanować 201 podstawowych znaków. My mamy za zadanie wykaligrafować tylko jeden. Bo też nie chodzi o to, żeby nas czegoś nauczyć, ale -  o czym przekonujemy się za chwilę – pokazać ornamenty wychodzące spod pędzelka kolejnego profesora. Podobno tworzy je za darmo, ale należy zapłacić za materiały. Jakby nie patrzeć, za kartkę z kwiatuszkami i znakami symbolizującymi szczęście lub miłość trzeba wybulić 100 juanów.
W samo południe docieramy do dzielnicy ludu Hui. Ta mniejszość  muzułmańska wywodzi się prawdopodobnie z Persów i Arabów przybyłych tu przed wiekami jedwabnym szlakiem. Oglądamy z zewnątrz drewniany meczet, bo do środka nie wolno wchodzić, po czym udajemy się na muzułmański bazar. Robimy tu trochę mniej lub bardziej potrzebne zakupy, np. herbatę, figi czy przyprawy.
Tuż przed siedemnastą wyjeżdżamy  szybkim pociągiem  do Luoyang. Bilety oczywiście z imieniem i numerem  paszportu. Ogromna hala dworcowa. W pociągu wagony z dwoma rzędami  siedzeń, po 3 z jednej i po 2 z drugiej strony  przejścia.  Prędkość  300 km/h osiągamy w  7 minucie jazdy. Pociąg jest prawie bezszelestny. Stewardessy niemal bez przerwy chodzą  z napojami i jedzeniem. Mijamy jakieś góry,  kilka tuneli. Na polach widzimy gęsto rozsiane kopczyki grobów. W chińskim miastach ciała zmarłych obowiązkowo poddaje się kremacji, a urnę z prochami można zabrać do domu. Natomiast na wsiach tradycyjnie chowa się bliskich na własnych poletkach. 333 km pokonujemy w półtorej godziny.
 Luoyang  był stolicą jeszcze  przed Xi,an. Obecnie liczy  6,4 mln mieszkańców. Symbolem miasta są peonie. Niż zatem dziwnego, że nasz hotel nazywa się Peony Plaza. Otrzymujemy pokój na 20 piętrze.
  Śniadanie  podawane jest na 25 piętrze. Restauracja przypomina te znajdujące się w wieżach telewizyjnych – z panoramicznym widokiem.
O dziewiątej wyruszamy w kierunku Grot Longmen, zwanych inaczej Grotami Smoczych Wrót lub Grotami Dziesięciu Tysięcy Buddów. Po raz pierwszy podczas naszego pobytu w Chinach dzień jest raczej chłodny i pochmurny.
  Pierwsze posągi w Grotach Smoczych Wrót pojawiły się już w V wieku, gdy cesarz  Xiaowen przeniósł stolicę do Luoyang.  W klifie  nad rzeką  Yi He wykuto 1300 jaskiń, w których mieściło się  prawie 10 tyś.  posągów. Z parkingu jedziemy meleksem. Potem wędrujemy schodami od jednej jaskini do drugiej. W każdej znajdują się małe figurki Buddy wykonane z wapienia.  Najlepiej widać panoramę grot z drugiej strony rzeki.
Na obrzeżach Luoyang znajduje się najstarsza buddyjska świątynia Białego Konia. Docieramy do niej wczesnym popołudniem. Obok niej ustawiono repliki świątyń z Tajlandii, Birmy i Indii. Wygląda to trochę kiczowato.
Na niewielkim bazarze w pobliżu parkingu próbuję wina z peonii. Smakuje mi, więc kupuję półlitrową porcję za 18 juanów.
Przez kolejną godzinę spacerujemy po starówce w Luoyangu. Tutaj nie widać jeszcze zbyt wielu turystów. Nie ma więc jeszcze wszechobecnej komercji. W małych sklepikach można nabyć wyroby z peonii.
   Zwracamy uwagę na charakterystyczne ubranka małych dzieci. Otóż dwu-trzylatki chodzą w spodniach ze specjalnie wyciętą dziurą w kroczu. Niektóre mają pod spodniami pampersa, inne zaś beztrosko świecą gołą pupą. Trzeba przyznać, że ten sposób ma swoje dobre strony, jeśli chodzi o szybkie załatwianie się.
Przewodnik proponuje skorzystanie z godzinnego masażu. Masażysta za usługę wraz z dojazdem do hotelu liczy sobie 150 juanów. Niektórzy z naszej grupy korzystają z tej oferty. Ja nie odczuwam takiej potrzeby.
    Wieczorem odbywamy spacer  do domu towarowego. Jest dość drogo. W małym spożywczaku nabywam piwo Laoshan (3,1%- 3 juany) i Tsingtao (4% - 6 juanów).
  Rano wyjeżdżamy  do klasztoru Shaolin (wybudowany w 495 r.). Droga wiedzie przez  zaniedbane wioski, pod koniec staje się wąska  i dziurawa. Pojawiają się też serpentyny.   Popularność klasztoru Shaolin związana jest ze sztukami walk wschodnich. Obecnie w jego okolicach działa mnóstwo szkół z internatami, w których ćwiczą adepci tychże sztuk.  Dzięki nabytym tu umiejętnościom łatwiej będzie im o pracę w wojsku czy policji.
Ogólnie rzecz ujmując, współczesny Shaolin to typowa maszynka do zarabiania pieniędzy. Podobno jest tutaj tylko 50 prawdziwych mnichów, a pozostałych 350 stanowią mężczyźni zatrudnieni na etacie. Dla turystów (przybywa ich tu około miliona rocznie) organizuje się pokazy akrobacji i współczesnego wushu. Pokazy te niewiele mają wspólnego z prawdziwymi walkami. Ot, taka teatralna akrobatyka. Po obejrzeniu „Legendy Kung fu” w Pekinie można powiedzieć, że to tylko popłuczyny po tamtym przedstawieniu.
  Po pokazie turyści zachęcani są do kupna pamiątek  na kilkudziesięciu straganach.
  Zwiedzanie klasztoru. Długi  szereg pawilonów  z posagami  Buddy. W pobliżu znajduje się  Las Pagód. Jest ich 248. Wąskie i  wysokie stoją wśród  drzew. Na okolicznych boiskach i drogach tysiące  adeptów  sztuk walki w czerwonych  bluzach i czarnych spodniach z białymi lampasami. Jedni ćwiczą, inni maszerują i biegną  ze śpiewem na ustach..
  Kolację zjadamy w przydrożnej restauracji, po czym jedziemy do hotelu Shanshui w Zhengzhou. Nie będziemy zwiedzać tego miasta, ale wjeżdżamy do niego z racji tego, że stanowi ono ważny węzeł komunikacyjny. My zaś następnego dnia mamy jechać kolejnym szybkim pociągiem do Nankinu. Póki co oglądamy w drodze film „Zawieście czerwone latarnie”. Łącznie przejeżdżamy tego dnia 173 kilometry, co z powodu licznych korków zajmuje nam prawie 5 godzin.
W hotelu Shanshui jest bardzo mała sala restauracyjna. Brakuje talerzy i chleba. Plastikowe kubki do kawy i herbaty. Zdecydowanie  najgorsze dotychczas śniadanie.
  Na oddalony o 15 kilometrów od hotelu dworzec kolejowy wyjeżdżamy o godzinie dziewiątej.   Na stacji  bardzo dokładne sprawdzanie  bagażu, czego ofiarą padł mój osiemnastoletni scyzoryk.  Na stacjach w Pekinie i w Xi'an jakoś mi się udało. Tutaj jednak trafiłem na gorliwą funkcjonariuszkę, która bez cienia litości zarekwirowała mojego ulubionego Victorinoxa. Czepiała się też naszej żeńszeniówki, że niby bez banderoli, ale ostatecznie odpuściła. Za to wpuszczono naszą  grupę  do pociągu poza kolejką. Trzeba przyznać, że był to pomocny gest ze względu  na nasze  duże  bagaże i ograniczoną  ilość  miejsca w wagonie. Dodać trzeba, że z półek  nad siedzeniami nie mogą  zwisać  nawet paski od plecaków.  Siedmiuset kilometrową trasę do Nankinu pokonaliśmy w trzy godziny i 17 minut.   Tuż przed miastem przejeżdżaliśmy przez most nad rzeką Jangcy (najdłuższa w Azji i trzecia po Amazonce i Nilu na świecie).
Ciekawostką jest fakt, że Nankin również był stolicą Chin. I to aż trzykrotnie na przestrzeni XIV – XX wieku. Zaraz po przyjeździe udaliśmy się do muzeum pamięci  ofiar masakry nankińskiej. Na przełomie roku 1937 i 1938 Japończycy dokonali tu masakry jeńców wojennych oraz ludności cywilnej. Pamiątkowa tablica mówi o 300 tysiącach ofiar, ale ich dokładna ilość jest trudna do ustalenia. Wikipedia podaje na przykład, że śmierć poniosło od 50 do 400 tysięcy osób. Niewątpliwie jednak zarówno rzeź jak i gwałty oraz grabieże miały tu miejsce. Japończycy oczywiście starają się wybielać. Wycofali nawet ze szkolnych podręczników informacje o tej zbrodni.  
To miejsce pamięci odwiedza wielu Chińczyków. Dopiero tutaj zwróciłem uwagę, że prawie wszyscy chodzą z termosami. Okazuje się, że Chińczycy lubią rozgrzewać się od środka. Niekoniecznie herbatą, często jest to sam wrzątek.
  Z muzeum  masakry jedziemy na starówkę, do  mieszczącej się w odbudowanym w 1984 roku kompleksie Fuzi Mao Świątyni Konfucjusza. Przed wejściem stoją kulisi z ręcznymi rikszami. Na okolicznych uliczkach olbrzymie tłumy ludzi. Jest sobota, więc trudno się dziwić. Wszechobecne korki. Na nasz autokar czekamy przez 40 minut. W mieście niespotykana plątanina  estakad, przypominająca kłębowisko węży.
  Nasz hotel nazywa się Excemon  Jiangsu New  Century. Oprócz  kapci, szlafroków, herbaty, grzebieni, szczoteczek do zębów, pasty  i wody na gości oczekuje także
 Od pilota Tomka dowiadujemy się, że w Chinach publiczne wysmarkiwanie nosa  uchodzi za nietaktowne. Natomiast mlaskanie, dłubanie w nosie, siorbanie i plucie jest jak najbardziej w porządku
  Udajemy się rano nad rzekę Jangcy.  Jest słaba przejrzystość powietrza, ale drugi brzeg dzisiaj widać.
 Jedziemy w stronę gór  Szkarłatnego Złota lub inaczej Purpurowych.  Znajduje się tutaj mauzoleum dr  Sun Jat-sena,  pierwszego prezydenta  Republiki Chińskiej. Do zamkniętych drzwi komory grobowej z trumną  polityka i rewolucjonisty trzeba wspiąć się po 392 schodach. Ogrom  turystów. Na samym szczycie biały  posąg Sun Jat-sena. Czy było warto wspinać się? Owszem, dla pięknych widoków i poprawienia kondycji.
 Przez kolejne trzy godziny jedziemy do Wuxi. Konkretnie nad jezioro Tai (trzecie pod względem wielkości w Chinach), po którym odbywamy 40-minutowy rejs statkiem wycieczkowym. Oglądamy stojące na kotwicach dżonki. Czas umila nam śpiewem i grą na instrumencie z bambusa członkini załogi. Wcześnie poczęstowała nas herbatą.
 Przed kolacją dojeżdżamy do Suzhou -  miasta  ogrodów,   jedwabiu,  haftu  i kanałów.  Suzhou przez kilka lat  było też stolicą państwa Wu (w epoce Trzech Królestw). Dzisiaj przejechaliśmy 280 km, co zajęło nieco ponad 6 godzin. Zostajemy zakwaterowani w hotelu Central. Jest bardzo czysty i dobrze wyposażony.
 „Rano  deszczowo. Śniadanie  bardziej europejskie. Zatkana muszla” – napisałem w swoich notatkach. O co chodzi z tą muszlą? Otóż w chińskich toaletach w większości są rury odpływowe o małych średnicach. Wystarczy więc na chwilę o tym zapomnieć i wrzucić zużyty papier toaletowy do sedesu zamiast do stojącego obok kosza, a nieszczęście gotowe.
 Dzień pod znakiem parków i ogrodów. Najpierw jedziemy do parku centralnego, gdzie oglądamy Chińczyków ćwiczących Tai chi. Niektórzy z nas, z lepszym lub gorszym skutkiem, przyłączają się do poszczególnych grup.
 W Suzhou, podobnie zresztą jak i w innych chińskich miastach, przy ulicach rośnie mnóstwo platanów.
Z parku jedziemy do Ogrodu Lwi Zakątek. Prawda, że te chińskie nazwy są ciekawe? A dlaczego akurat lwi? Ano dlatego, że pośród różnych skalnych figur rozlokowanych w całym ogrodzie jedna do złudzenia przypomina lwa. Znajduje się tu kilka pawilonów ze starymi meblami, obrazami i rzeźbami. Są skalne labirynty, bambusy, kwiaty, a także oczko wodne.
 W Suzhou produkcją jedwabiu zajmowano się już w XIV wieku. Jedziemy zatem do tak zwanej fabryki jedwabiu. Na początku, podobnie jak w innych tego typu miejscach, zapoznajemy się pokrótce z historią jedwabnictwa. W Chinach wytwarzano go podobno już 3600 lat przed naszą erą. Jak powstaje? Najkrócej rzecz ujmując – larwy jedwabnika zjadają liście morwowe lub dębowe. Następnie owijają się w kokon. Ten zaś wrzuca się do wrzątku, po czym wyłuskuje się kolejne nici i nawija na szpule. Cały ten proces obserwujemy w specjalnie zaaranżowanej pracowni. Dowiadujemy się też, że prawdziwy jedwab pali się na popiół, gdy na przykład poliester topi się.
Po tym teoretycznym przygotowaniu wchodzimy do ogromnego sklepu. Czego tu nie ma?! Kołdry, poduszki, apaszki,  koszule, bluzki itp. Są nawet obrazy malowane na jedwabnej tkaninie. Owszem, piękne. Ceny też są ładne, np. 350 tyś. juanów za widoczek z kwitnącymi kwiatami. Kołdra King o wymiarach 240 x 220 cm kosztuje 850 juanów (w sklepie w Luzhi widziałem podobną za 450 juanów).
Kolejnym odwiedzonym przez nas ogrodem jest Ogród Mistrza Sieci. Jest on najmniejszy ze wszystkich 69 ogrodów zachowanych w Suzhou, ale niewątpliwie najbardziej urokliwy. Zajmuje tylko 0,4 ha powierzchni. Kiedyś był to obiekt mieszkalno-wypoczynkowy. Mamy tutaj osobno pawilon męski i kobiecy. Jest też pracownia malarska, w której mistrz z upodobaniem malował tygrysy, a jednego nawet hodował. Poza tym podziwiać można małą sadzawkę i bonzai. Jak w każdej atrakcji turystycznej nie brakuje tu  też sklepu z pamiątkami.
W tym samym dniu wizytujemy też  miejsce zwane Instytutem Jedwabnictwa i Haftu. Tu także, jak wszędzie w tego typu miejscach,  czeka nas krótki wykład. Dowiadujemy się, że w Suzhou znajduje się jedna z czterech głównych szkół haftu w Chinach.  Największym jej osiągnięciem jest haft dwustronny, polegający na tym, że z dwóch stron powstają różne obrazy. Sztuka haftowania jedwabną nicią, która jest cieńsza od włosa, wymaga benedyktyńskiej wręcz cierpliwości i dobrego wzroku. Możemy się o tym przekonać obserwując pracę dwóch artystek, które żmudnie przeplatają cieniutką nitkę na satynowej osnowie.
Obrazy przedstawiające zwierzęta, kwiaty, krajobrazy, scenki rodzajowe czy ludzkie twarze są naprawdę piękne. Niestety, nie wolno ich fotografować. Nie mogłem jednak oprzeć się chęci uwiecznienia  wyhaftowanego portretu księżnej Diany. Jest on wręcz zjawiskowy. Takie i podobne arcydzieła powstają podczas tysięcy godzin  wytężonej pracy. Siłą rzeczy nie mogą więc być tanie. Jeden z wystawionych haftów, który powstawał przez 5 lat i wykonywały go dwie hafciarki, wyceniono na 3,5 miliona juanów. Jednakże w sąsiedniej sali, do której nas wkrótce zaprowadzono, były też małe obrazki, haftowane przez adeptów tej trudnej sztuki. Te były już dostępne cenowo dla przeciętnego turysty (300 – 600 juanów).
Po zaliczeniu ogrodów, jedwabiu i haftu przyszedł czas na czwartą atrakcję Suzhou, czyli kanały. Jest ich tutaj 16. Nie bez kozery więc miasto to nazywane jest Wenecją Wschodu. Odbywamy spacer nad jednym z nich zabytkową uliczką Shantang. Jej długość wynosi niecałe 4 kilometry. Nazywana jest jednak siedmiomilową, bo tyle wychodzi według tradycyjnej chińskiej miary li. W okolicy jest mnóstwo sklepików rozmaitych branż. Dominuje niska zabudowa. Jest sporo lampionów i suszącej się przed oknami bielizny. Za fasadami, w głębi podwórek, widać ubogie i zaniedbane domki.
Piwo Tsingtao: 0,33 l - 4 juany;  05 l  - 6 juanów  (w małym  sklepie  właściciel chciał  10).
Kolejnego dnia jedziemy do Szanghaju. Po drodze zatrzymujemy się w  Luzhi,  zabytkowej wiosce (teraz już chyba mieście)  z 1400 letnią  historią. Wcześniej przejeżdżamy przez tunel wybity pod jeziorem. Luzhi ma sporo kanałów, a jeszcze więcej kamiennych mostów. Odbywamy półgodzinny rejs łódkami. Sternikami i jednocześnie wioślarkami (nietypowe obrotowe wiosło z tyłu łodzi) są kobiety. Podczas przepływania wąskim kanałem wzdłuż równie wąskich uliczek, pełnych sklepików i zakładów usługowych, umilają nam czas śpiewem.
Potem mamy godzinny spacer po starówce. Nabywamy  plecak za 60 i torbę za 30 juanów.
Do Szanghaju pozostało nam już tylko 93 kilometry. Pokonujemy je w dwie godziny i 47 minut. Przy wjeździe zadziwia nas widok mnóstwa bielizny suszącej się pod oknami wieżowców.
Zwiedzanie rozpoczynamy od Świątyni  Nefrytowego Buddy pochodzącej z 1882 r. Otacza ją las wieżowców. W bocznych pawilonach świątyni znajdują się dwa posągi Buddy. Tego leżącego można fotografować, natomiast siedzącej postaci nie wolno. Dlaczego? Generalnie Chińczycy niechętnie patrzą na robienie zdjęć posągom. W niektórych przypadkach  zabraniają więc uwieczniania ważnych dla nich postaci.
Tego popołudnia odwiedziliśmy jeszcze  Muzeum Szanghajskie oraz Bund, czyli nabrzeże rzeki Huang Pu. Jest to doskonały punkt widokowy na dwie części miasta. Z jednej strony widać budowle utrzymane w stylu kolonialnym, zaś z drugiej nowoczesne wieżowce z Perłą Orientu na czele. Jest to piąta pod względem wysokości wieża telewizyjna na świecie -  468 m. n.p.m.
Nasz siódmy i ostatni hotel nazywa się Kingtown. Mieszkamy na dwudziestym piętrze z   panoramą na starą  dzielnicę  i nowoczesne wieżowce.  Hotel jest zapyziały i stary. W sąsiedztwie  katolicki kościół, jedyny jaki widzieliśmy podczas pobytu w Chinach. Gdyby nie krzyż na frontowej ścianie, nie można byłoby odróżnić go od buddyjskich świątyń..
 O dziewiętnastej wyruszamy na wieczorny rejs po Huang Pu Bilet kosztuje 120 juanów, ale my płacimy 30 USD. Różnicą dzielą się zapewne lokalni kontrahenci z naszym biurem. Płyniemy przez 40 minut. Ze wszystkich stron zmysł wzroku atakują przepięknie podświetlone budynki. Widoki są naprawdę niesamowite. Na statku tłumy Chińczyków. My jesteśmy chyba jedynymi Europejczykami.
Rano jedziemy na przeciwległy do Bundu brzeg Huang Pu, czyli Pudong. Tutaj właśnie wzniesiono w 1994 roku wspomnianą wieżę telewizyjną. Przechodzimy podwójną kontrolę (nawet zapalniczka się nie prześlizgnie), po czym szybką windą wjeżdżamy na poziom 263 metrów. Z  mieszczącej się tutaj przeszklonej kopuły rozciąga się widok na wszystkie strony Szanghaju. Niestety, smog ogranicza widoczność. Po jakimś czasie schodzimy schodami na poziom 259 m. Tu można pospacerować po szklanej tafli, pod którą jest już tylko powietrze i ziemia. Nie odczuwam jednak żadnego dreszczyku emocji. Wolałbym skywalking z efektem pękającej szyby.
Po zjeździe na dół odwiedzamy Muzeum Szanghaju. Moim zdaniem jest ono znacznie ciekawsze od tego, w którym byliśmy wczoraj. Przeczytałem gdzieś, że wejście do muzeum jest w cenie biletu na wieżę. Może kiedyś tak było. Teraz kosztuje to 25 juanów. 
Po wyjściu z Perły Orientu jedziemy na ogromny podziemny bazar. Spędzamy tu dwie godziny. Wybór towarów jest przebogaty. Ceny oczywiście z sufitu. Trzeba ostro się targować, aby w końcu nabyć dany przedmiot za jedną trzecią lub nawet jedną czwartą ceny wywoławczej. W ten sposób nabywamy walizkę podróżną za 200 juanów, plecak za 225 i parę innych drobiazgów.Po południu spacer po odbudowanej starówce. Po raz pierwszy dopada nas deszcz. Jednak w Szanghaju jest to podobno normą. Zaliczamy jeszcze deptak przy handlowej ulicy Nankińskiej, przy której pełno jest markowych i drogich sklepów. I w zasadzie to już koniec naszej wycieczki…

Pierwsza część relacji:  Pekin i okolice 

 

Muzeum Terakotowej Armii


Mury mieskie w Xi'an

Jedna z kolacji
Xi'an nocą


Xi'an - w tle Wielka Pagoda Dzikiej Gęsi


Mała Pagoda Dziej Gęsi w Xi'an

Tai chi

Kaligrafia

Bazar w Xi'an

Groty Longmen

Groty longmen

Świątynia Białego Konia

Shaolin

Shaolin

Las Pagód

Shaolin

Shaolin
w pociągu do Nankinu

W muzeum masakry nankińskiej


Konfucjusz


Nankin


Schody do mauzoleum  Sun Jat-sena

Sun Jat-sen

Na jeziorze Tai

Dżonka

Lwi Zakątek

Ogród Mistrza Sieci

Wyhaftowany portret księnej Diany


Luzhi

Luzhi

Szanghaj - Pudong

Perła Orientu




Muzeum Szanghaju

Groty longmen
 

Odkrywanie świata

  Ze sporym opóźnieniem, bo kilkanaście lat po jej wydaniu, przeczytałem książkę Ryszarda Badowskiego (czy ktoś go jeszcze pamięta?) „Odkr...

Posty