Biała kiełbasa po domowemu


Domowa biała kiełbasa

Co pewien czas opinia społeczna informowana jest o nowych aferach związanych z produkcją mięsa i wędlin. A to ktoś  dodaje soli przemysłowej do artykułów spożywczych, a to ktoś inny (Viola) powtórnie przerabia przeterminowane wyroby. Jeszcze inny myje stare kiełbasy w oleju, żeby ładnie błyszczały i sprawiały wrażenie świeżych. Nic dziwnego więc, że od dłuższego czasu podejrzliwie  przyglądam się wyrobom wędliniarskim i coraz częściej rezygnuję  z zakupów, zwłaszcza w hipermarketach. Uważam, że o wiele bezpieczniej i zdrowiej  (często też taniej) jest nabyć surowy schab, łopatkę czy szynkę w jakimś niewielkim zaufanym sklepie lub na rynkowym straganie, a następnie przyrządzić według własnego gustu.
Podobnie rzecz ma się z białą kiełbasą, potrawą tradycyjnie kojarzoną z Wielkanocą. Im bliżej świąt, tym więcej reklam różnych super i hipermarketów, które prześcigają się  w promocjach tego przysmaku. Wiadomo jednak nie od dziś, że w handlu  (i nie tylko)  nie ma nic za darmo.  Jeżeli cena białej kiełbasy spada np. do 12 zł za kilogram, to można mieć pewność, że jest ona nafaszerowana wszystkim co tylko można sobie wyobrazić, ale na pewno nie pełnowartościowym mięsem. Możemy więc znaleźć tam mięso drobiowe, skóry, ścięgna, tłuszcz, sporo chemicznych dodatków, no i przede wszystkim ponadnormatywną ilość wody.
Dlatego też polecam każdemu, kto lubi dobrze i smacznie, a przy tym zdrowo zjeść  - własnoręczny wyrób kiełbas. Nie trzeba do tego żadnego specjalistycznego sprzętu. W zupełności wystarczy maszynka do mielenia mięsa, odrobina chęci i trochę wolnego czasu. Co do przepisów, to w sieci można znaleźć ich mnóstwo.

Gdańska batalia o śmieci



Na początku lutego pisałem już  o bezsensownej, moim zdaniem, metodzie naliczania opłat za wywóz śmieci w Gdańsku, jaką zaproponował magistrat.  Chodzi o uzależnienie wysokości kosztów opróżniania pojemników na śmieci od metrażu mieszkania.  Radni (głównie z PO) uchwalili jednak, że taka metoda, choć nie najbardziej sprawiedliwa, jest najlepsza. Trudno, stało się…
W tej chwili chciałbym jednak zwrócić uwagę na inny aspekt śmieciowej historii. Otóż   wiceprezydent  Gdańska Maciej Lisicki i jego ludzie założyli, że koszt wywozu śmieci będzie wynosił 0,66 zł od metra powierzchni mieszkaniowej w przypadku odpadów posortowanych i 0,88 zł  w przypadku braku segregacji. Skąd wzięli te liczby? Teraz, po otwarciu ofert od firm chcących wywozić śmieci z Gdańska, wygląda na to, że urzędnicy wpisali w projekt kwoty wzięte z sufitu. Sam Maciej Lisicki przyznaje bowiem, że miasto przeszacowało koszty wywozu śmieci o dwadzieścia milionów zł, co stanowi jedną trzecią całości wydatków na ten cel.
Ok, każdy może się pomylić. Dlaczego jednak ewentualna korekta opłat zapowiadana jest dopiero na przełom roku?  Co stanie się z nadwyżkami wpłaconymi przez mieszkańców? Wszak samorządy nie mogą zarabiać na reformie śmieciowej…
Jest jeszcze jeden problem. Przy ustalaniu wysokości opłat miasto, jak już wspominałem, kierowało się metrażem mieszkań. Natomiast w warunkach przetargu dla firm chcących wywozić śmieci podzielono miasto na sześć sektorów, z których każdy liczy podobną ilość mieszkańców. Coś tu nie gra. Skoro  lokatorzy mają płacić od metra kwadratowego powierzchni swoich mieszkań, to dlaczego firmy startujące w przetargu musiały zgłaszać oferty oparte na liczbie mieszkańców?
W przypadku mojego sektora opłata za wywóz śmieci, wg oferty zaproponowanej przez PRSP, wyniesie 9,45 zł miesięcznie od osoby. Jeżeli pomnożymy  to przez dwa (ilość osób w lokalu), to wyjdzie 18,90. Według metrażu natomiast opłata za wywóz śmieci wyniesie w tym przypadku  29,70 lub 39,60. No comment…

Metropolita z mocną głową


Leszek Sławoj Głódź

Opublikowany we „Wprost” i skopiowany w innych mediach artykuł dotyczący różnych przywar arcybiskupa Leszka Sławoja Głódzia nie wzbudził we mnie ani zgorszenia, ani szczególnego zdziwienia. Od wielu już lat wiedziałem bowiem, że ten hierarcha kościoła katolickiego nie ma nic wspólnego z ascezą.  Wprost przeciwnie – dochodziły mnie wieści, podobnie jak i innych zainteresowanych tematem, że uwielbia on wystawny tryb życia i nie ma nic przeciwko dobrze zakrapianym biesiadom. Już w latach dziewięćdziesiątych sygnalizował to tygodnik „Nie”, nadając ówczesnemu biskupowi polowemu ksywkę „Flaszka”.  Potem była słynna sprawa z golenią Aleksandra Kwaśniewskiego. Jak już dziś wiadomo, w drodze do Charkowa  prezydent z biskupem łyknęli nieco whisky. Pech chciał, że zaszkodziło to tylko temu pierwszemu.  Podobnego pecha miała też delegacja prezydenta Komorowskiego na pogrzeb Anny Walentynowicz. Panowie (oszczędźmy nazwiska) dotarli na cmentarz Srebrzysko we Wrzeszczu w dwie godziny  po zakończeniu ceremonii pogrzebowej, gdyż – jak sami przyznali – uczestniczyli wcześniej w zakrapianym obiedzie u metropolity gdańskiego. I tak dalej, i tak dalej…
Jedyne co mnie dziwi, to twierdzenia obrońców arcybiskupa Głódzia, że publikacja „Wprost” jest atakiem na kościół. Obszernie pisze o tym m.in. Konrad Rękas na portalu Konserwatyzm.pl. Cytuję znamienny fragment: Zatem nawet przyjmując do wiadomości, że abp Leszek Sławoj Głódź hołduje staropolskiej skłonności do biesiad – nie możemy publikacji we „Wprost” oceniać w oderwaniu od trwającej od dłuższego czasu kampanii zohydzania i poniżania Kościoła i jego hierarchów prowadzonej przez mainstreamowe media.
Po części rozumiem motywy oświadczenia dziekanów archidiecezji gdańskiej. Im bowiem wypada, we własnym zresztą interesie, bronić swojego przełożonego (niedyspozycje Kwaśniewskiego też niegdyś usprawiedliwiali współpracownicy). Dlaczego jednak metropolitę gdańskiego broni np. posłanka Dorota Arciszewska-Mielewczyk, nie jestem w stanie pojąć. Tym bardziej, że jej oburzenie nie jest poparte żadnymi argumentami.

Chińska kurtyzana




Jakiś czas temu trafiła w moje ręce książka o długim tytule „W ŚWIECIE WIATRU I WIERZB Wyznania chińskiej kurtyzany”. Pozycja ta wydana została w ubiegłym roku przez Świat Książki. Uwagę każdego wyrobionego czytelnika zwraca brak nazwiska autora na okładce i na stronie tytułowej. Z tej ostatniej dowiadujemy się jedynie, że książkę opracował i podał do druku  Jerzy Chociłowski.  Druga część tytułu była mi dziwnie znajoma. Przebiegłem więc wzrokiem po półkach mojej biblioteczki i szybko znalazłem „Wyznania chińskiej kurtyzany”, wydane przez Dom Książki w 1989 r.  w nakładzie stu tysięcy egzemplarzy (a tak na marginesie to szkoda, że obecnie wydawnictwa nie podają nakładu w  metryczkach książek). W tym przypadku jednak jako autorka podana była Miao Sing, a Jerzy Chociłowski jako ten, który książkę przetłumaczył i opracował. 

„Co tu jest grane?” – pomyślałem sobie.  Przecież we wszystkich wydawnictwach dobrym zwyczajem jest podawanie nazwiska autora i tytułu oryginału. Dopiero przeczytanie notki na skrzydełku tylnej okładki omawianej książki  wyjaśniło moje wątpliwości: „W świecie wierzb i wiatru to przetworzona i rozszerzona wersja Wyznań chińskiej kurtyzany, które w 1987 r. opublikowało Wydawnictwo  Łódzkie  w tłumaczeniu i opracowaniu Jerzego Chociłowskiego na podstawie apokryfu wydanego anonimowo po angielsku ponad pół wieku temu w Honkkongu.”

Dodać warto, że tematyka  erotycznych zwierzeń chińskiej kurtyzany okazała się być bardzo poczytna, gdyż zainspirowała także Macieja Świerkockiego i Witolda Jabłońskiego, którzy pod pseudonimem wspomnianej Miao Sing wydali w 1991 r. książkę „Chińska kurtyzana – tortury miłości”, a rok później powieść pt. „Uczennica chińskiej kurtyzany". Tym razem użyli jednak pseudonimu Liu Sing”.

Też jadałem szczaw



Stefan Niesiołowski po raz kolejny wywołał medialną burzę. Zakładam,  że wcale tego nie planował ani też nie spodziewał się aż takich reperkusji swoich słów. Wypowiedział je bowiem w ferworze dyskusji z dziennikarką, a że, (jak już kiedyś wspomniałem) szybciej mówi niż myśli - no to znowu stał się obiektem ataków i drwin.

Osobiście nie zamierzam tym razem atakować posła Niesiołowskiego. Powiem więcej – w pewnym sensie chcę go bronić. Przede wszystkim dlatego, że podobnie jak on, nie wierzę w to, że w Polsce głoduje 800 tysięcy dzieci. Te dane są wzięte z sufitu, gdyż tak naprawdę badania objęły losową próbę na ośmiuset osobach. Potem ktoś zastosował jakiś dziwny przelicznik, no i wyszła ogromna liczba.

Co do szczawiu i ulęgałek to mam podobne wspomnienia jak poseł Niesiołowski, choć jestem od niego sporo młodszy. Faktycznie, w latach szczenięcych podjadało się wszystko to, co było w zasięgu ręki. Nie wynikało to jednak wyłącznie z powodu braku jedzenia w domu, choć i takie przypadki się zdarzały. Częściej jednak było tak, że nikomu nie chciało się przerywać zabawy czy gry w piłkę. A że młody organizm potrzebuje sporo składników odżywczych, więc jadło się to, co rosło w najbliższej okolicy. Czasami były to czereśnie czy jabłka sąsiada, a czasami wspomniane przez posła PO ulęgałki lub dziko rosnący szczaw.

Wiadomo, że w wielu rodzinach nie przelewa się. Jednak niedostatek a głód to dwie różne sprawy. Współcześnie występuje bowiem problem marnotrawstwa żywności a nie jej braku. To właśnie  podkreślał Stefan Niesiołowski w rozmowie z Moniką Olejnik. Oczywiście media wychwyciły z całego wywodu tylko ten nieszczęsny szczaw, no i jest jak jest…

Wylot do Argentyny

Argentyna - planowana trasa objazdu Za chwilę wyruszam w jedną z najdłuższych podróży. Jej pierwszy   etap    to nie tylko   pokonan...

Posty