Więcej o Cabo Verde

 


 

Wtorek, 28.05.23

Dzisiaj dzień spacerowo plażowy. Pogoda taka sama jak wczoraj, czyli lekkie zachmurzenie i wiatr sięgający 30 km/h. Temperatura w dzień w granicach 26 stopni C. Wystarczająca by szybko przyrumienić niezabezpieczone kremem z filtrem części ciała. Akurat dzisiaj spotkało to moje łydki, które teraz pieką niemiłosiernie.

O hotelu już tu nadmieniałem wczoraj, ale warto wspomnieć jeszcze o tym, z czym nie spotkałem się dotychczas w innych tego typu miejscach. Otóż w Oasis Atlantico Salinas Sea  podczas obiadów i kolacji można napić się piwa i wina z tzw. kija. Obowiązuje przy tym samoobsługa. O ile w przypadku piwa to nic nadzwyczajnego, to wina prosto z beczki jeszcze nie piłem.

Podobno w Santa Maria są jedne z najpiękniejszych zachodów słońca. Niestety, póki co nie miałem okazji przekonać się o tym osobiście, bo złośliwe chmury zasłaniały słoneczną tarczę już na kwadrans przed jej zetknięciem się z wodami Atlantyku.

Dzisiaj, podobnie jak wczoraj, zrobiłem ponad 24 tysiące kroków, pokonując blisko 18 kilometrów. 

Poniedziałek, 29.05.23

Sal nie jest ani najładniejszą, ani największą wyspą Republiki Zielonego Przylądka. Jednak to ona jest najbardziej eksplorowana pod względem turystycznym. Praktycznie rzecz biorąc, można ją objechać w jeden dzień. Sal ma  bowiem 30 kilometrów długości i dwanaście kilometrów w najszerszym miejscu. Dzisiaj właśnie mieliśmy okazję poznać najciekawsze zakątki tej wyspy. Oczywiście nie na piechotę, lecz  w ramach zorganizowanej wycieczki pod nazwą „Sal na maxa”. Z Santa Maria wyruszyliśmy  dwoma busami o 8.30. Towarzyszyła nam rezydentka Itaki oraz miejscowy przewodnik.

Zwiedzanie zaczęliśmy od niewielkiej rybackiej wioski Palmeira (jednej z sześciu miejscowości na wyspie). Oprócz niewielkiego portu i  takiegoż kościółka niewiele jest tu do oglądania. Może poza wyjątkiem murali, których większość powstała podczas pandemii. Jeden z nich jest szczególnie praktyczny i przydatny dla turystów, gdyż zawiera kontury dziesięciu największych wysp (z czego dziewięć jest zamieszkanych) wchodzących w skład Cabo Verde. Sal, chociaż jest najstarsza, to została zamieszkana na końcu. Trudno się temu dziwić, bo warunki do życia nie są tu zbyt sprzyjające. Przede wszystkim ze względu na brak wody. Nie ma tu jezior ani rzek, a deszcz pada niezmiernie rzadko. Stąd trudno tu o uprawę ziemi czy hodowlę zwierząt. Pozostaje więc rybołówstwo, w mniejszym stopniu produkcja soli, a od niedawna szybko rozwijający się sektor turystyczny. Według szacunków wyspę zamieszkuje około 35 tysięcy mieszkańców, a tygodniowo przybywa tu dziewięć tysięcy turystów. Na ulicach wszystkich miejscowości na Sal spotkać można wiele bezdomnych psów. Wyglądają dość apatycznie.

 Z Palmeiry pojechaliśmy na północnozachodnie wybrzeże Atlantyku, ale nie  to z piaszczystą plażą, lecz to z poszarpanymi skałami bazaltowymi. Miejsce to nazywa się Buracona, a znane jest jako Blue Eye, czyli błękitne oko. Wskutek padających pod odpowiednim kątem promieni słonecznych, w określonych godzinach dnia można zobaczyć na dnie niewielkiej sadzawki owalny niebieski lub turkusowy kształt otoczony ciemną wodą. Wchodzi się tutaj gęsiego, a obsługa pilnuje, aby przy robieniu zdjęć ktoś nie wychylił się zanadto i nie wpadł do najeżonej czarnym skałami jaskini. Za wstęp do tej niewątpliwie ciekawej atrakcji turystycznej płaci się 3 euro.

Po drodze do Espargos, stolicy  Sal, jadąc kompletnymi bezdrożami, zatrzymaliśmy się na pustyni Terra Boa, żeby obejrzeć fatamorganę. Zjawisko to jest dość częste na terenach pustynnych, ale nieodmiennie wzbudza duże zainteresowanie turystów.

Z Espargos zapamiętam zapewne tylko fistaszki po dwa euro za półlitrowy kubek, sprzedawane z mobilnego straganu, czyli zwykłej taczki. Podczas krótkiego spaceru zwróciłem jeszcze uwagę na dużą ilość dzieci w wieku szkolnym. Wszystkie schludnie ubrane w jednakowe uniformy. Przewodnik uprzedził nas, żeby nie robić im zdjęć, gdyż na Cabo Verde jest to prawnie zakazane ze względu na potencjalne ryzyko wykorzystywana zdjęć do celów pedofilskich. Poza tym w tym dwudziestotysięcznym mieście nie ma zbyt wiele do oglądania. Może za wyjątkiem samych mieszkańców. Kabowerdeńczycy  wyróżniają się bowiem niepospolitą urodą. W większości są to Mulaci, potomkowie portugalskich kolonizatorów i niewolników z głębi Afryki.

Obiad zjedliśmy na obrzeżach  miasta w usytuowanej na skraju pustyni restauracji Alto Solarino. Cały lokal to właściwie wiata z drewnianym dachem i ścianami z siatki przypominającej moskitierę. Dzięki temu w środku jest przewiewnie i panuje  przyjemny chłód, bez konieczności używania klimatyzacji. Lokalne dania są dostępne w formie bufetu, a kelnerzy serwują tylko napoje, w tym wino i piwo, wliczone w cenę obiadu.

Po obiedzie przenosimy się na wschodnią część wyspy, a konkretnie do Pedra de Lume.  Tu, w kraterze starego wulkanu, mieści się ogromna salina. Woda przedostaje się tutaj z oceanu, a następnie paruje, w wyniku czego pozyskuje się sól, która następnie jest przetwarzana w pobliskim zakładzie. Poza tym znajduje się tu niewielkie jeziorko, udostępnione dla turystów. Aby do niego dojść, trzeba przejść przez tunel wydrążony w zboczu krateru. Za możliwość poleżenia na silnie zasolonej wodzie płaci się pięć euro. Nie jest to co prawda Morze Martwe, ale myślę, że i tak warto skorzystać ze zdrowotnych walorów takiej kąpieli.

W drodze powrotnej zatrzymujemy się w Murdeira, Miejsce to znane jest z tego, że żółwie Karetta składają na tutejszej plaży swoje jaja. Nie dane nam było jednak  zobaczyć tego niewątpliwie ciekawego zjawiska, gdyż przybyliśmy tu o miesiąc za wcześnie. Za to mieliśmy okazję skosztować miejscowych wyrobów alkoholowych, czyli grogu i ponczu. No i oczywiście dokonać zakupu tych trunków, o ile komuś przypadły do gustu. Osobiście zaopatrzyłem się tylko w trzy miniaturki do mojej kolekcji alkoholi  świata. 

Wieczorem znowu poszedłem na zachód wyspy, ale i tym razem zasnuty chmurami horyzont nie pozwolił mi cieszyć się w pełni widokiem zachodzącego słońca.




















 

Cabo Verde, czyli "no stress"

 

Odprawa na Okęciu przebiegła szybko i bezproblemowo. Otrzymaliśmy miejsca w trzecim,  a de facto  drugim, bo pierwszego rzędu po prawej stronie Boeinga 737 – 8 Max po prostu nie ma. Dzięki temu mieliśmy o wiele więcej przestrzeni na nogi niż sąsiedzi po lewej stronie. Ponadto miejsce obok nas nie było zajęte. Żeby jednak nie było zbyt cukierkowo, to samolot linii Enter Air wystartował z czterdziestominutowym opóźnieniem.  Miał je nadrobić w trasie, ale nad Wyspami Kanaryjskimi natknął się na wiatr wiejący prosto w dziób, więc to się nie udało. W efekcie wylądowaliśmy na lotnisku w Espargos o godzinie 20.20 czasu lokalnego (w Polsce była wówczas 23.20.) po siedmiu godzinach i czterdziestu minutach lotu.  Tu również odprawa nastąpiła szybko i sprawnie. Wystarczyło tylko przyłożyć paszport do szybki skanera i  dać się sfotografować automatycznej kamerze. Lotnisko na wyspie Sal jest niewielkie, więc obsługa nie ma zbyt wiele pracy. Dlatego też równie szybko otrzymaliśmy nasze bagaże.

Przed terminalem czekały na nas busy, które miały rozwieźć nas do poszczególnych hoteli w Santa Maria.  Od lotniska w stolicy Sal jest to odległość około 17 kilometrów. W  naszym hotelu Oasis Atlantica Salinas Sea byliśmy więc już po niespełna dwudziestu minutach jazdy. Jeszcze przed formalnym zameldowaniem się udaliśmy się na kolację. Dopiero potem dopełniliśmy formalności meldunkowych, z których najważniejszą była opłata turystyczna w wysokości 2,5 euro od osoby za każdą dobę. Tu chciałbym wyrazić swoje może nie tyle zdumienie, co niezadowolenie z faktu, że Itaka jako organizator nie uiściła tej skromnej opłaty z pobranych od nas wcześniej środków. A skoro mowa o hotelu, to moim skromnym zdaniem, popartym pobytem w kilkuset hotelach na pięciu kontynentach, nie zasługuje on na swoje pięć gwiazdek. W przypływie dobrego humoru dałbym mu cztery, ale bardziej pasują tu trzy gwiazdki.

W sobotę trochę pospacerowaliśmy, żeby poznać najbliższe okolice hotelu. Santa Maria nie jest dużym miastem. To raczej miasteczko z liczbą mieszkańców w granicach siedmiu tysięcy. Już na pierwszy rzut oka widać, że nastawione jest na turystów. Świadczy o tym zarówno duża ilość hoteli, jak i sklepów z pamiątkami oraz obnośnych sprzedawców. Ci ostatni pochodzą zwykle z Senegalu i są bardzo operatywni. Najpierw miło zagadują delikwenta, pytają o samopoczucie i kraj pochodzenia, a potem oferują pokazanie bazaru lub innego atrakcyjnego miejsca. Przy okazji wręczają w dowód przyjaźni bransoletkę lub inny drobiazg. Jeżeli się już z nimi pójdzie na wspomniany bazar czy do jakiegoś domu, to trudno potem czegoś nie kupić.

W kilku miejscach zauważyłem portrety, na których przedstawiona była Cesaria Evora. Ta światowej sławy piosenkarka, znana między innymi z tego, że występowała boso, pochodzi co prawda z Republiki Zielonego Przylądka, ale urodziła się nie na Sal, lecz na Sao Vicente w mieście Mindelo. Oczywiście w niczym to nie przeszkadza mieszkańcom pozostałych wysp, żeby być dumnymi z rodaczki.

Idąc przez Santa Maria trudno nie natknąć się na  niewielki kościół katolicki, znany jako Kościół Nazarejczyka. Jest to dość skromna  świątynia z minimalistycznym wystrojem. Kiedy zaglądamy tam przed południem, we wnętrzu spotykamy tylko sprzątaczkę.

Wyspy Zielonego Przylądka nazywane są często ostatnim rajem na Atlantyku bądź też zaginionymi ogrodami Atlantydy. Hasłem przewodnim tego kraju jest zaś slogan „no stress”. Widać to głównie w sklepach z konfekcją, gdzie aż roi się od koszulek z nadrukiem „Cabo Verde no stress”. Co sprawia, że  jest to takie rajskie miejsce? Przede wszystkim warunki pogodowe. Notuje się tu 350 pogodnych dni w roku. Nie występują tutaj choroby tropikalne, stąd też nie ma konieczności szczepień.  Dodać do tego można przyjaznych mieszkańców, niezłą kuchnię i świetne warunki do uprawiania sportów wodnych.






















 



 

RPA - nie tylko safari

  Do Warszawy wyjechaliśmy   pociągiem   "Lubomirski" o 10.12 z dwudziestominutowym   opóźnieniem. Mieliśmy jednak spory zapas c...

Posty