Poniedziałek,06.07.26
Do pociągu Intercity „Karpaty” wsiadłem
wczoraj o 19.48. W moim przedziale
sypialnym na zaścielonym łóżku leżał
batonik i dwie butelki: jedna z sokiem
pomarańczowym, druga z wodą. Obok zostawiono mini zestaw higieniczny,
czyli mydełko i ręcznik. Podróż do
Nowego Targu przebiegła bez żadnych
problemów. Konduktor obudził mnie
pół godziny przed
stacją docelową, czyli już o
5.25. Z wagonu sypialnego wysiadłem
jako jedyny pasażer, z pozostałych zaś
wysypał się cały tłum podróżnych. Skorzystałem z przyzwoitej i
bezpłatnej toalety na dworcu, a po kilkunastu minutach siedziałem już w pociągu
jadącym z Zakopanego do Rabki. Dlaczego przesiadłem się w Nowym Targu a nie w
bliżej położonej Chabówce? Po prostu chciałem dłużej pospać, a poza tym nigdzie się nie spieszyłem.
Pokój w pensjonacie „Roztoczanka” miałem
zarezerwowany od czternastej. Przyszedłem tam jednak o 7.30, żeby zostawić
plecak. Tymczasem właściciel stwierdził, że mogę od razu się zakwaterować, gdyż
pokój jest już posprzątany. Dwa razy nie trzeba
mi było tego powtarzać. W ofercie pensjonatu nie było co prawda ręczników, ale na moją prośbę gospodarz dostarczył mi jeden. Podał mi też hasło do
Wi-Fi. Wspominam o tym, bo z hasłem „odkurzacz” jeszcze się nie spotkałem.
W Rabce-Zdroju zdarzyło mi się krótko
przebywać 49 lat temu. Przyjechałem tam do mojej ówczesnej dziewczyny, która
pracowała w sanatoryjnej kuchni. Niestety, nie miała możliwości przenocowania
mnie i jej brata, z którym przyjechaliśmy. Spaliśmy zatem w jakimś stogu siana na jednej z okolicznych łąk. I prawdę
mówiąc, tylko to zapamiętałem sprzed prawie półwiecza. Tymczasem
Rabka-Zdrój to znane uzdrowisko z
jednymi z najsilniejszych solanek jodowo-bromowych w Europie.
Na początek postanowiłem zarezerwować sobie
jakieś wycieczki krajoznawcze. W tym celu wybrałem biuro turystyczne „Tu i Tam”. Ponieważ jednak nikt
nie odbierał telefonu, zdecydowałem się przejść do siedziby firmy w Chabówce.
Tu jednak czekała mnie przykra niespodzianka. Nawigacja Google w żaden sposób
nie chciała mnie doprowadzić do adresu Chabówka 227. Uparcie natomiast prowadziła mnie nad brzeg
Raby, gdzie mieściło się kompletne „nic”.
Po jakimś czasie oddzwonił
jednak ktoś z „Tu i tam”. Okazało się, że
wcześniej nie mógł odebrać, gdyż wraz ze wspólnikiem leciał samolotem. Teraz
też nie mógł zbyt wiele powiedzieć, bo czekał na kolejny lot. Polecił mi, żebym
podszedł do biura „Pole Pole” w Rabce, gdzie znajduje się również jego oferta
wycieczek. Zanim jednak wróciłem do Rabki postanowiłem skorzystać z okazji,
że jestem w Chabówce i odwiedzić
tutejszy Skansen Taboru Kolejowego. Bilet wstępu kosztuje 25 zł (ulgowy tylko
dla uczniów). To muzeum techniki kolejowej funkcjonuje już od 33 lat. Co można
tu zobaczyć? Cytuję za Vikipedią i potwierdzam, że tak jest w istocie:
„Ekspozycja składa się z wycofanych z ruchu parowozów, wagonów osobowych,
towarowych, lokomotyw elektrycznych i spalinowych oraz pługów i żurawi.
Niektóre z nich zostały przywrócone do ruchu. Skansen dysponuje najliczniejszą
kolekcją zabytkowego taboru kolejowego.” Niektóre z eksponatów pamiętam z lat
młodości, gdy jeszcze normalnie funkcjonowały. Nigdy jednak nie wiedziałem
wcześniej wagonu w całości wyłożonego drewnem.
W „Pole Pole” dowiedziałem się nieco więcej o
lokalnych wycieczkach, ale to czy wezmę udział w którejś z nich, będzie
zależało od ilości chętnych. Tych zaś rekrutuje się przede wszystkim wśród
kuracjuszy miejscowych sanatoriów.
Przeszedłem dzisiaj około 21 kilometrów. Póki
co pogoda znośna, choć chmury deszczowe wiszą nad głową…
Wtorek, 07.07.26
Wczorajsze popołudnie spędziłem na dodatkowym
spacerze po Rabce-Zdroju, bo zapowiadane opady deszczu nie nastąpiły. Udałem
się najpierw na miejscowy cmentarz, gdzie obejrzałem między innymi mogiłę
powstańców styczniowych z 1863 r. Przeszedłem następnie przez obszerny i ładnie
urządzony Park Zdrojowy. Na jego terenie znajduje się tężnia solankowa i
pijalnia wód, wiele obiektów sportowych, fontanna „Trzy Róże”, park linowy,
sadzawka „Nerka”, kawiarnia oraz pomnik Jana Pawła II (gdzie go jeszcze nie
ma?). Przy jednym z krańców deptaku rabczańskiego zatrzymałem się na chwilę
przy fontannie ze słoniami. W jej wnętrzu znajduje się kolorowa mozaika z herbem
Rabki. Wspomniane słonie mają trąby
uniesione do góry, co ma oznaczać szczęście dla odwiedzających.
Dzisiaj zrobiłem ponad 22 kilometry na nogach.
A co zobaczyłem? W planie miałem punkt widokowy na Polczakówce oraz bacówkę
PTTK na Maciejowej. Piesze wędrówki mają jednak to do siebie, że nie zawsze
trafi się od razu tam gdzie się chce. Czasami się trochę pobłądzi, czasami zaś skusi coś obok trasy. Tak też było tym
razem. Idąc ulicą Słoneczną zobaczyłem strzałkę z napisem „Cmentarz Żydowski”.
Skręciłem więc w polną ścieżkę i już po około dwustu metrach byłem przy bramie
cmentarzyka, na którym pochowane są żydowskie ofiary trzech masowych egzekucji
z roku 1942. Przydałoby się, żeby ktoś tam skosił trawę… Idąc dalej natrafiłem
na skrzyżowanie, przy którym stała mała bacówka oraz pasły się dwa konie. Na
białych tabliczkach PTTK nie było żadnych napisów. Drogą w lewo szła jakaś zakonnica (jedna z
dwóch napotkanych dzisiaj na szlaku), drogą w prawo jakaś rodzina z dwójką
dzieci. Poszedłem za tymi ostatnimi, bo myślałem, że idą na Polczakówkę.
Myliłem się jednak. Kiedy ich wyprzedziłem i wdrapałem się na wysokość 679 m
n.p.m. okazało się, że jest to Grzebień. Poza drewnianym krzyżem na kamiennym
postumencie niczego ciekawego tu nie było. Ruszyłem więc dalej, tym razem
wspomagając się nawigacją. Po dwóch kilometrach wyszedłem na dużą łąkę, na której wypasały się owce. Kierdel tych
zwierząt był łagodny, czego nie można powiedzieć o pilnujących ich psach. Jeden
z nich koniecznie chciał posmakować moich nogawek, ale na szczęście odwołał go
czuwający nad całością pasterz. Drewniana wieża widokowa, do której wreszcie
dotarłem, niewiele oferuje poza swoim solidnym wykonaniem. Szczyt Lubonia tak
samo dobrze widoczny jest z innych miejsc. Po paru minutach kontemplacji
krajobrazu ruszyłem więc dalej. Minąłem wyciąg narciarski „Polczakówka” i
natknąłem się na kapliczkę z wizerunkiem Matki Bożej Płaczącej. Zna ktoś taką?
A propos symboli religijnych, to na szlaku spotkałem ich bardzo dużo. Widać, że
nie ma żadnej przesady w twierdzeniu o głębokiej religijności górali. Droga do
bacówki „Na Maciejowej” miejscami jest dość stroma, ale nie sprawia większych
trudności zaprawionemu piechurowi. Widoki stąd są o wiele ciekawsze niż z
„Polczakówki”. Gdyby nie nisko wiszące chmury, doskonale widać byłoby panoramę
Tatr. A co do bacówki, czyli schroniska,
to jego nazwa jest trochę myląca, gdyż znajduje się ono na polanie Przysłop
(852 m n.p.m.), a do szczytu Maciejowej (837 m n.p.m.) jest jeszcze kilometr.
Po pięciu godzinach marszu uznałem, że należy
mi się solidny obiad. Taki też otrzymałem w stołówce przy ul. Roztoki 4a
(polecam). Za jedyne 26 zł podano mi
kompot, ziemniaki, mizerię i przykrywający niemal cały talerz kotlet
schabowy. Czas oczekiwania tylko 20
minut.
Środa, 08.07.26
Luboń Wielki już od pierwszych chwil po
przybyciu do „Roztoczanki” oglądałem z okna mojego pokoju. Dzisiaj nadszedł
czas, żeby wdrapać się na ten najwybitniejszy szczyt Beskidu Wyspowego
(1 022 m n.p.m.). Jeszcze rano Luboń był całkowicie zasłonięty chmurami,
ale już około dziewiątej doskonale widać
było usytuowaną na jego wierzchołku radiowo-telewizyjną stację nadawczą. Wybrałem szlak zielony, który jest dosyć
łatwy do pokonania. Dzisiaj jednak, po wczorajszych ulewnych opadach deszczu,
ścieżki były pełne błota i śliskich
kamieni. Nic zatem dziwnego, że zaraz po
wejściu na szlak zaliczyłem poślizg i wywinąłem orła. W efekcie całą dalszą
drogę pokonywałem w zabłoconych spodniach. Trasa wiodła najpierw przez
zarośniętą trawą ścieżkę, a potem, już
po przeprawieniu się przez Potok Luboński z fajnym wodospadem, szutrowym
traktem. Na ostatnich dwóch kilometrach
była większa stromizna i wąska kamienista dróżka. Kilkaset metrów przed
wierzchołkiem szlak zielony spotkał się z niebieskim. Na samym szczycie Lubonia Wielkiego (zwanego
niegdyś Bernatówką) oprócz wspomnianego nadajnika znajduje się schronisko PTTK
oraz drewniana kapliczka z dużym
kamieniem wewnątrz. Na jednym z jego boków wyryto cytat z Jana Pawła II:
„Pilnujcie mi tych szlaków”. Wejście i
zejście zajęło mi prawie cztery godziny
(3:54). Pokonałem w tym czasie 16,80 km, spalając 1 581 kalorii.
Przewyższenie wyniosło 616 metrów.
Po południu zajrzałem na dworzec kolejowy w
Rabce-Zdroju. Ze zdziwieniem stwierdziłem, że znajduje się tam Miejska
Biblioteka Publiczna. A gdzie kupić bilet na pociąg? W Internecie lub u
konduktora, bo tutaj żadnej kasy nie ma.
Ponownie zjadłem obiad w „Stołówce”. Tym razem
zamówiłem panierowaną pierś z kurczaka. Część z niej zabrałem do pokoju, bo
trudno było zjeść wszystko naraz.
Czwartek, 09.07.26
Do południa padało, więc siedziałem w pokoju.
O trzynastej odbyłem spacer po Parku Zdrojowym, a o 13.50 wsiadłem do busa,
którym wraz z 18 innymi osobami pojechałem do Wieliczki. Drogę umilał nam
ciekawymi opowieściami kierowca Michał. Pokazał nam między innymi dom rodzinny
Justyny Kowalczyk w
Kasinie Wielkiej.
Kopalnię
soli w Wieliczce ze
słyszenia zna chyba każdy, a większość
z nas ją zwiedziła. Dzisiaj
udało się tego dokonać również
mnie. Nareszcie! Bo to prawdziwy
wstyd dla gościa w moim wieku nie być w takim
miejscu, gdy tymczasem nosi go po
różnych innych zakątkach świata. Kopalni
nie będę opisywał, bo przecież
jest już o niej mnóstwo
publikacji, w tym chociażby w
Wikipedii. Powiem tylko, że byłem zachwycony jej rozmiarami, a przecież
widziałem tylko fragment podziemi. Konkretnie trzy poziomy od 64 do
135 metrów. W dół schodziliśmy po schodach,
zaś na górę wyjeżdżaliśmy
windą. Aktualne ceny biletów
wynoszą : 125 zł normalny i 93 ulgowy.
Niezły dochód dla
tej nieczynnej już kopalni,
zważywszy na fakt, że
dziennie odwiedza ją nawet 10 tysięcy
turystów. Sporo zabulić trzeba
też za napoje w podziemnych sklepikach,
np. butelka 0,5 litra Kingi
Pienińskiej kosztuje 10 zł, a Sprite
i Coca cola 15 zł. Nie taniej
jest w punkcie gastronomicznym na
powierzchni, gdzie za kiełbaskę z grilla z bułką trzeba
dać 25 zł. No, ale taka już
jest uroda turystycznych miejsc. Najważniejsze, że w
pamięci i na zdjęciach pozostaną
piękne wspomnienia.
Na tę
wycieczkę pojechałem z biura turystycznego Tu i Tam. Cena dla
emeryta 190 zł za przejazd i bilet do
kopalni. Myślę, że niezbyt wygórowana. Na własną rękę
transport z Rabki byłby może
tańszy, ale na pewno
bardziej czasochłonny.
Piątek, 10.07.26
W Zakopanem
byłem na przestrzeni ostatnich czternastu lat trzykrotnie. Dzisiaj
jednak po raz pierwszy przyjechałem do górskiej stolicy Polski pociągiem. Z Rabki-Zdroju jedzie się godzinę
z małym okładem, a bilet
senioralny kosztuje tylko 8,05 zł. Z dworca do Kuźnic jest około trzy i pół
kilometra. Można tam dojechać busem, taksówką albo konną dorożką, ale ja wolałem się przejść na nogach. Na dolnej stacji kolejki
linowej stała długa kolejka po bilety.
Ja jednak przezornie nabyłem bilet
on line już wczoraj (cena 125
zł za ulgowy). O 11.40 wsiadłem wraz z
innymi do wagonika PKL i ruszyliśmy w
stronę Kasprowego Wierchu. Po drodze
była przesiadka na stacji pośredniej Myślenickie Turnie.
Jazdę umilały płynące z głośnika
informacje (głosem Sebastiana Karpiela-Bułecki) o kolejce, górach i słynnym kurierze Józefie Uznańskim, który
uciekając przed Niemcami, wyskoczył z wagonika i zjechał na nartach stromym żlebem. Na górnej stacji
obsługa zaproponowała nam darmowy przejazd wyciągiem krzesełkowym do Doliny Gąsienicowej. W obie
strony jechaliśmy ponad 40 minut. Widoki
były piękne, lecz dokuczał nieco zimny wiatr. W dole
widać było niekończący się sznur turystów wspinających się na lub schodzących ze szczytu. Jeszcze
więcej było ich przy obserwatorium meteorologicznym oraz
na wierzchołku Kasprowego (1987m n.p.m.), do którego ze stacji kolejki jest około dwustu metrów
kamienistego szlaku. Gdybym miał
więcej czasu chętnie przeszedłbym się wąską
granią do Czerwonych Wierchów. Musiałem
jednak wracać na dworzec.
Po drodze zaszedłem pod skocznie, a potem coś mnie podkusiło, żeby
zajrzeć na chwilę na Krupówki. Chwila jednak niepostrzeżenie się przedłużyła i w efekcie dobiegłem do pociągu
minutę przed odjazdem. Tak czy
inaczej dzień uważam za udany, a łączny bilans kroków wyniósł 27 420 (19.69 km).
Sobota, 11.07.26
Mój pobyt w Rabce dobiega końca. W ostatni
dzień przed wyjazdem spotkała mnie miła niespodzianka. Otóż odezwał się do mnie
Artur Chowański, z którym pięć lat temu dzieliłem pokoje
podczas wyprawy do Uzbekistanu. Tak się złożyło, że Artur akurat przebywa
w Śląskim Centrum
Rehabilitacyjno-Uzdrowiskowym, oddalonym od mojego pensjonatu raptem o półtora
kilometra. Nie mogliśmy zatem odpuścić
okazji do spotkania i wspominania tego i owego przy tutejszym piwie
„Zakopiańczyk” (w sanatoryjnej kawiarni serwują je po 10 zł, czyli w bardzo
przystępnej cenie).
Poza tym odwiedziłem dzisiaj Zbójecką Górę. Na
tym niewiele ponad sześćsetmetrowym wzgórzu zbójów żadnych nie było, ale
natrafiłem na urokliwą kapliczkę na skraju lasu poświęconą słynnemu
stygmatykowi Pio z Pietrelciny. Nie za bardzo orientuję się, co św. Pio miał
wspólnego z Rabką, ale faktem jest, że odprawiane są tam msze święte oraz
odbywają się spotkania mieszkańców okolicznych ulic. Zajrzałem także do Muzeum
im. Władysława Orkana. Od dziewięćdziesięciu lat mieści się ono w zabytkowym
modrzewiowym kościele z 1606 roku. Jest tu trochę pamiątek po Orkanie oraz
wystaw prezentujących dawne rzemiosło i
sztukę ludową. Ponadto obejrzeć można wnętrze dawnej Apteki pod Gwiazdą. Ja osobiście z sentymentem oglądałem sierpy i
chomąto, tak dobrze mi znane z dzieciństwa na wsi kieleckiej. Zajrzałem również
do kościoła p.w. św. Magdy Magdaleny. Jego neogotycką bryłę widać z wielu
miejsc w Rabce.
W sumie lajtowy dzień. W nogach tylko 22
tysiące kroków.
Ireneusz Gębski