Majówka w Pribałtyce

 


Z Gdańska wyjechałem 29 kwietnia o 15.55. Zbiórka w  Warszawie przewidziana była na godzinę dziewiętnastą. Pilotem wycieczki z ramienia Wytwórni Wypraw jest Joanna Bronka. Na miejscu okazało się, że jedna osoba zrezygnowała z wycieczki.  Była to akurat ta kobieta, z którą miałem dzielić pokój. A zatem poszczęściło mi się już na starcie, gdyż zostałem jedynym singlem, co oznacza jednoosobowy pokój w hotelu. Jedziemy autokarem firmy Bagiński. Nasza 38.osobowa  grupa składa się przeważnie z ludzi w średnim wieku. Zaraz na początku podpadł mi łysy jegomość, który głośno narzekał, że niektórzy zarezerwowali po dwa miejsca. „Tak nie powinno być” – mruczał niby to do żony. Już chciałem zapytać, czy to za jego pieniądze, ale powstrzymałem się. Po co psuć atmosferę?

Po trzech godzinach jazdy, gdzieś przed Suwałkami, nastąpiła zmiana autokaru i kierowcy. Od tej pory  niemal do końca wycieczki woził nas będzie pan Marcin. Do Tallina docieramy po 14 godzinach jazdy. Jest pochmurno, chłodno i siąpi deszcz. Temperatura odczuwalna wynosi zaledwie 3 stopnie C. Poznajemy naszego przewodnika, którym jest mieszkający tu od dwudziestu lat Zbigniew Jobczyński, z zawodu informatyk, pochodzący z Torunia.

Estonia jest 77. odwiedzonym przeze mnie państwem, a zarazem ostatnim w basenie Morza Bałtyckiego. Dotychczas niewiele wiedziałem o tym niespełna półtoramilionowym kraju. Teraz dowiaduję się między innymi,  że jest to najbardziej  zdigitalizowany kraj w Europie, gdzie nawet wybory do parlamentu przeprowadza się elektronicznie (prezydenta wybierają posłowie dwoma trzecimi głosów).

Zwiedzanie zaczynamy od placu, przy którym znajduje się monumentalny sobór św. Aleksandra Newskiego, będący katedrą autonomicznego Estońskiego Kościoła Prawosławnego. Naprzeciwko tej świątyni znajduje się gmach parlamentu estońskiego. Widać sporo turystów z Polski, no i oczywiście, jakżeby inaczej – z Japonii. Z górnego miasta przechodzimy w dolne części starówki. Przy murach obronnych spotykamy miejscowego grajka, który akompaniując sobie na gitarze, śpiewa różne popularne melodie. Na nasz widok intonuje  „Balladę o pancernych”, znaną nam z popularnego serialu z sierżantem Jankiem Kosem i psem Szarikiem. Daleko mu co prawda do głosu Edmunda Fettinga, ale i tak miło posłuchać.

W Tallinie widać sporo kościołów różnych wyznań, ale generalnie kraj ten jest jednym z najbardziej ateistycznych w Europie. Wokół placu ratuszowego, którego środek jest akurat remontowany, rozlokowane są liczne restauracje z ogródkami na zewnątrz. Koło południa pogoda znacznie się poprawia, więc i konsumentów przybywa, zwłaszcza amatorów pienistego napoju. Ja sam nabyłem w czasie wolnym (na tej wycieczce było go zdecydowanie za dużo) piwo Saku i A.LeCog (1,25 euro za puszkę), ale w pośpiechu nie zauważyłem, że jest ono bezalkoholowe. Może to nawet lepiej…

Na nocleg przyjechaliśmy do hotelu Dzingel dość wcześnie, bo już przed siedemnastą.  Hotel położony jest wśród sosnowych drzew na obrzeżach Tallina. Numery pięter liczone są rosyjskim zwyczajem, czyli bez parteru.

W piątek 1 maja, po obfitym i urozmaiconym śniadaniu, wyjeżdżamy z hotelu o 8.30. Jest piękna słoneczna pogoda, jak przystało na estońskie Święto Wiosny. Z okien autokaru spoglądamy na Stare Miasto, które poprzedniego zwiedzaliśmy przez 3 godziny z przewodnikiem a przez kolejne dwie i pół flanerowaliśmy na własną rękę.

Zatrzymaliśmy się na parkingu tuż nad  Zatoką  Tallińską. Obok portu, do którego  przypływają promy m.in. Viking Line, znajduje się  nieco zaniedbana plaża  i ładny  bulwar ze ścieżką  rowerową  oraz urządzeniami do ćwiczeń. Odnotować  warto też  bezpłatną toaletę. Na bulwarze stoi pomnik w formie skrzydlatego anioła, upamiętniający 177 marynarzy z rosyjskiego okrętu "Rusałka", który  zatonął  podczas sztormu w 1893 roku. Po drugiej stronie ulicy widać 70. hektarowy Park Kadriorg (Dolina Katarzyny). Jest to barokowy zespół pałacowo-parkowy założony w 1718 r. przez Piotra I dla żony Katarzyny I. Znajduje się  w nim m.in. barokowy pałac oraz kancelaria prezydenta. Jest tu też  Ogród  Japoński i Łabędzi Staw. Poza tym dużo  zieleni  i kwiatów, choć drzewa jeszcze nie pokryły się w pełni liśćmi.

Po opuszczeniu Tallina pojechaliśmy  do odległego o godzinę  jazdy miasteczka Paldiski na półwyspie Pakri. Tu przez półtorej  godziny spacerowaliśmy,  podziwiając  urokliwe klify. Można  było też  wejść  na latarnię  morską, z której  widoki były  jeszcze lepsze. Stąd wyruszyliśmy w stronę Rygi. Po drodze mijaliśmy gęste lasy, wśród których skrywały się  liczne domy.

Do stolicy Łotwy dotarliśmy wcześnie, bo już o 18.30. Zakwaterowaliśmy się w hotelu Tomo. O dziewiętnastej zjedliśmy zamówioną wcześniej kolację. Serowano zupę soliankę  i gulasz z ryżem i warzywami. Koszt – 10 euro. Po kolacji kupiłem w sklepie Maxima piwo Amber City i Aldaris po 0,85 euro. Dość tanio, bo wcześniej na stacji paliw w Estonii płaciłem po 2,75 euro za puszkę.

W sobotę pospaliśmy nieco dłużej, bo wyjazd z hotelu był wyznaczony na godzinę dziewiątą.   Nadal   towarzyszyła nam piękna pogoda.  Z miejscowym przewodnikiem (dobrze mówiącym po polsku) spotkaliśmy się nieopodal Placu Ratuszowego, który mgliście pamiętam z wizyty sprzed pięciu lat.  Poprzednio w stolicy Łotwy byłem  tylko przejazdem (również  z Wytwórnią Wypraw) w drodze do Uzbekistanu. Teraz było  znacznie więcej czasu na zwiedzanie tutejszych atrakcji, jak np. Dom Braci Czarnogłowych, Dom Kota czy kościół św. Piotra, będący  największą  świątynią gotycką w krajach bałtyckich. Wieża  tego kościoła  ma ponad 120 metrów  wysokości.  Punkt widokowy, na który  wjeżdża  się  windą,  jest trochę  niżej.  Niemniej jednak wystarczająco  wysoko, by umożliwić  podziwianie  panoramy miasta nad Dźwiną. A jest na co popatrzeć, bo przecież Ryga nie bez kozery nazywana jest „Paryżem Północy”, głównie ze względu na secesyjną architekturę. Kwitnie tu  też życie  kulturalne. Charakterystyczną dla tego miasta atrakcją są  tzw. rowery piwne. Umożliwiają one zwiedzanie połączone z jednoczesnym piciem piwa i aktywnością fizyczną dla grup turystów bądź uczestników wieczorów kawalerskich czy panieńskich. Przed katedrą św. Jakuba dwóch muzyków grało jakieś melodie na saksofonach. Na nasz widok odegrali hymn Polski. A propos katedry, to jej charakterystycznym elementem jest dzwon na zewnątrz wieży, tuż nad dużym zegarem. Innych kościołów,  na które  patrzyliśmy  z zewnątrz  lub do nich wchodziliśmy, nie będę  wymieniał  w tej relacji, żeby  nikogo nie zanudzić. Wspomnę  natomiast  o tutejszym balsamie, którego degustacja jednych stawia na nogi, a drugich wprost  przeciwnie  😀. Poza tym podobał  mi się  tutejszy bazar, który  mieści  się  w pięciu połączonych  ze sobą  hangarach, w których niegdyś przechowywano sterowce (Zeppeliny). Godny uwagi jest także  urokliwy park nad kanałem. W jego pobliżu stoi Pomnik Wolności oraz gmach opery z oryginalną fontanną.

Z Rygi pojechaliśmy  do pobliskiej Jurmały, znanego w tych  stronach kurortu. Jest tu szeroka plaża z białym  piaskiem oraz długa  promenada, pełna sklepów  i punktów  gastronomicznych. Są  też  bezpłatne  i czyste - co istotne dla turystów  - toalety.

Do hotelu Viesbutis  w Wilnie docieramy o 21.30. W telewizji nie znalazłem polskich kanałów, ale natrafiłem na „Lalkę” z 1968 roku z Mariuszem Dmochowskim w roli Wokulskiego i Tadeuszem Fijewskim jako Rzeckim w litewskiej wersji językowej.

W niedzielę było jeszcze cieplej niż w sobotę, więc z entuzjazmem wyruszyliśmy na  podbój Wilna. Zwiedziłem  je co prawda  gruntownie  9 lat temu, ale dobrze było  sobie  przypomnieć znowu klimat tego miasta. Zwłaszcza,  że  ze znawstwem  opowiadał  o nim Rajmund Klonowski, miejscowy dziennikarz  i działacz społeczny, dorabiający także  jako przewodnik. Zwiedzanie zaczęliśmy  oczywiście  od Ostrej Bramy, bo o tym miejscu dzięki  Mickiewiczowi słyszał  przecież  każdy  Polak, który  ukończył  chociaż  podstawówkę. A propos wieszcza, to nie tylko mieszkał w wielu miejscach w Wilnie, ale też  siedział  w więzieniu  zlokalizowanym w klasztorze bazylianów.  Tu też  zresztą  toczy się akcja trzeciej części  "Dziadów", a turyści mogą  oglądać  udostępnioną atrapę celi Konrada. Po pokłonieniu się wizerunkowi "tej, co w Ostrej świeci  Bramie", przeszliśmy  przez szereg  innych świątyń: cerkiew św. Ducha, kościół św. Kazimierza (podobał mi się  kącik zabaw dla dzieci podczas mszy), podominikański kościół św. Ducha (msza w języku polskim), Sanktuarium Bożego  Miłosierdzia, położone  obok siebie kościoły  św.  Franciszka i Bernarda  oraz  św. Anny, a na końcu katedra. Przeszliśmy  też  przez  Zaułek Literatów oraz słynną dzielnicę  Zarzecze, gdzie widać  wiele polskich śladów.  Na koniec wjechaliśmy  na Wzgórze Giedymina, skąd  rozciąga  się  widok na znaczną  cześć  miasta nad Willą, w tym na Górę Trzech Krzyży (na tę ostatnią  wspiąłem się  podczas poprzedniego pobytu). Szkoda, że zabrakło  czasu na cmentarz na Rossie. Jak już wcześniej pisałem, niepotrzebny  był aż tak długi czas wolny. Przez te 2,5 – 3 godzin spokojnie można odwiedzić tę ważną dla Polaków nekropolię.

 Ireneusz Gębski


























 

 

Singapur i Indonezja

 


Wycieczka „Singapur i Wyspy Indonezji” w największym skrócie to: siedem noclegów w sześciu hotelach (w tym jednym w Warszawie), pięć lotów (4 Qatar Airways i 1 Air Scoot)  trwających łącznie ponad 30 godzin, cztery odwiedzone lotniska i dwie przeprawy promowe.

Z Gdańska wyjechaliśmy czternastego stycznia przed północą. W Warszawie byliśmy o godz. 2.30, a pół godziny później na Okęciu. O  szóstej rozpoczęła się odprawa na pierwszy z naszych lotów – do Dohy. Planowy start lotu QR 264 wyznaczony był na godzinę  9.00. Boarding był jednak ciągle przekładany na kolejne terminy. Potem zaś co pół godziny pojawiały się lakoniczne komunikaty informujące o kolejnej godzinie przekazania informacji. Po ponad trzech godzinach wydano nam kanapki  i wodę.  Ostatecznie  lot odwołano  około czternastej z powodu usterki technicznej samolotu. Odebraliśmy z taśmy nasze bagaże i udaliśmy się do stanowiska Qatar Airways. Tu wydano nam vouchery do hotelu Sound  Garden. Pojechaliśmy tam taksówką, za którą zapłaciliśmy 45 zł, bo taksówkarka niby przypadkiem pojechała okrężną drogą (następnego dnia za kurs na tej samej trasie płaciliśmy tylko 14.80 zł). Pokoik w hotelu był mikroskopijny, ale na jedną noc nadawał się. Kolacja była w formie bufetu, a na śniadanie przygotowano nam suchy prowiant, gdyż już o czwartej ponownie wyjeżdżaliśmy na lotnisko. Z otrzymanych esemesem informacji wynikało bowiem, że tym razem lot do Dohy będzie o 7.00.  

Piątek,16 stycznia

Do szerokokadłubowego Airbusa A330 weszliśmy o czasie, ale  wystartowaliśmy dopiero o 8.25. W ramach kateringu podano kurczaka z ryżem  i warzywami, kuskus,  deser, bułkę,  wodę i  napoje. Potem było jeszcze ciasteczko, batonik kitkat i znów  napoje. Mieliśmy też do dyspozycji koc, poduszkę, słuchawki, a ponadto zestaw osobisty w postaci szczoteczki i pasty do zębów, skarpetek, zatyczek do uszu i opasek na oczy.

Na ogromnym lotnisku w Dosze wylądowaliśmy o 15.15. Do następnego lotu mieliśmy ponad cztery godziny czasu. Nie było jednak czasu na nudę, bo przede wszystkim musieliśmy zaktualizować deklaracje wjazdowe do Singapuru, gdyż te przygotowane wcześniej straciły ważność. Wi-Fi działało szybko, więc nie było z tym problemu. Poza tym pochodziliśmy po sklepach i odwiedziliśmy tropikalny ogród The Orchard.

Następny lot odbyliśmy jeszcze większym Airbusem A350-1000. Tu po raz pierwszy zetknąłem się z działającym w trybie samolotowym Wi-Fi . Dzięki technologii Starlink  zapewnia je sieć  Oryx Comms. Rzecz jasna, nieodpłatnie. Tym razem serwowano dwa ciepłe posiłki i różnorodne napoje

Sobota 17. Stycznia

O 8.30 lądujemy w Singapurze (w Polsce jest 1.30).  Odprawa paszportowa przebiega gładko. Poznajemy resztę naszej dwudziestoosobowej grupy. Pilot Rafał  Kramer przedstawia nam miejscową przewodniczkę Lenę. Wsiadamy do autokaru i jedziemy zwiedzać Singapur (Miasto Lwa). Zaczynamy od najbardziej znanego symbolu tego miasta-państwa, czyli Merliona. Biały ośmiometrowy posąg  z głową lwa  i rybim ogonem stoi  w Merlion Park, tuż przy Zatoce Marina Bay. Z ust  lwa  wypływa fontanna wody. Temperatura przekracza 30 stopni C, a uczucie gorąca wzmaga wysoka wilgotność powietrza. Nieco przewiewu jest tylko w pasażu przy sklepie sieci 7-Eleven. Wokół kłębią się setki turystów.  Każdy szuka dogodnego miejsca do zrobienia zdjęć. A jest co fotografować! To nic, że posąg Merliona, okoliczne drapacze chmur czy słynny hotel Marina Bay Sands były już obfotografowane miliony razy. Ambicją niemal każdego turysty jest bowiem  zrobienie własnych zdjęć. Coś o tym wiem…

Znad Marina Bay przejeżdżamy do  Galerii Miejskiej Singapuru.   Znajdują się tutaj m.in. makiety miasta, w tym uwzględniające przyszłe wysokościowce. Widać rozmach! Spacerujemy następnie po Chinatown, gdzie pełno jest sklepików i jadłodajni. Ale nie tylko, bo znajduje się tu też  okazała Świątynia Relikwii Zęba Buddy. Obiekt stosunkowo nowy, bo ukończony w 2007 roku, a samą relikwię sprowadzono z Birmy.  Wewnątrz obejrzeć można wiele kolorowych posągów i figur bóstw buddyjskich.

O 13.30  idziemy na lunch do  Barbeque  I'm Kim. W bufecie są do dyspozycji gotowe potrawy oraz surowe skrawki mięsa. Te można samodzielnie grillować na wmontowanych w stoliki mini grillach. Można sobie też przyrządzić lody o dowolnym smaku na bazie  pokruszonego lodu i płynnych dodatków.  Jemy oczywiście do woli, a cena za lunch wynosi 18,9 (dla dorosłych) lub 15,9 (dla seniorów i studentów) dolarów singapurskich.

Po lunchu odwiedzamy dzielnicę indyjską (Little India). Natrafiamy tu na ostatni dzień obchodów tamilskiego święta plonów Pongal 2026. Jest to także forma wyrażania wdzięczności Bogu Słońca. Dzielnica i tak kolorowa, jest dodatkowo iluminowana. Trwają warsztaty, pokazy kulinarne i występy kulturalne. Przy Clive Street można nawet zobaczyć żywe krowy. Wyobrażacie sobie to w centrum miasta? W dodatku w mieście tak obsesyjnie dbającym o czystość jak Singapur?

Po tych atrakcjach jedziemy zakwaterować się do hotelu YWCA Fort Canning. Położony jest on naprzeciwko Fort Canning Park, w samym sercu miasta. Z naszego pokoju na dwunastym piętrze widać m.in. wieżowce, jakiś kościół i gmach Singapurskiego Czerwonego Krzyża. Wszędzie widać mnóstwo zieleni. Zresztą nie tylko tutaj, bo cały Singapur jest bardzo zielony. Zapewne znaczenie dla bujności zieleni ma też trwająca właśnie pora deszczowa. Właśnie tuż przed wyjściem na kolację mieliśmy okazję zobaczyć pierwszą ulewę: krótką lecz niezwykle gwałtowną.

Do centrum handlowego, w którym mieści się restauracja Suki-Ya, pojechaliśmy busem. Tu także, podobnie jak w poprzednim lokalu, oferowane są dania typu „wszystko, co możesz zjeść”.  Z tą różnicą, że surowe płaty mięsa umieszcza się w stojącym na stoliku garnku z gotującym się bulionem. Co do lodów, to są gotowe. A swoją drogą po raz pierwszy jadłem je z dodatkiem duriana.

Wieczorem ponownie udajemy się nad Marina Bay, a dokładniej do Marina Gardens, gdzie o dziewiętnastej oglądamy barwny spektakl typu światło i dźwięk. Supertree Grove (18 konstrukcji przypominających drzewa) wygląda bajecznie w zmieniających się w rytm muzyki animacjach świetlnych. Pokaz trwa 15 minut, ale to nie koniec  atrakcji na dzisiejszy wieczór. Przed nami jeszcze pokaz fontann i świateł  o nazwie Spectra. Odbywa się on na wodzie, tuż przed hotelowym kompleksem Marina Bay Sand (ten z imitacją statku na dachu – jakby ktoś nie wiedział). Aby tam dojść, przechodzimy przez jego środek. Przy okazji dowiadujemy się, że do już stojących trzech wież dobudowywana będzie czwarta. Spektakl  łączący efekty świetlne, laserowe i wodne rozpoczyna się o godz. 21. Widziałem już parę tzw. grających fontann (w Pradze, Barcelonie i Dubaju), ale tutejsze dynamiczne widowisko było chyba najlepsze.

Niedziela, 18 stycznia

Po skromnym kontynentalnym śniadaniu opuszczamy hotel i jedziemy na lotnisko Jewel Changi. Do odlotu samolotu mamy sporo czasu, więc po odprawie biletowej zwiedzamy ten nietuzinkowy port lotniczy. Jedną z jego głównych atrakcji, przyciągającą nie tylko pasażerów, jest najwyższy na świecie  kryty wodospad. Jewel Rain Vortex ma 40 metrów wysokości. Otwarto go w 2019 roku. Wodospad został zaprojektowany nie tylko jako atrakcja widokowa, ale też do zbierania wody deszczowej. Otacza go bujna tropikalna roślinność.

Na Bali lecimy Air Scoot. Jest to linia typu low cost, a więc nie ma co liczyć na darmowy posiłek czy napój. Lot trwał tylko dwie i pół godziny, ale zdążyły go urozmaicić turbulencje.  Na lotnisku w Denpasar jest automatyczna odprawa paszportowa, więc szybko przeszliśmy po odbiór bagaży. Pod drodze zdążyłem jeszcze sfotografować  dużą rzeźbę „Drzewa Życia” (Tree of Life), wykonaną z bambusa i rattanu. Ciekawe procedury przeszedłem w sklepie wolnocłowym. Przy zakupie rumu (1 l – 375 tyś. INR) musiałem pokazać nie tylko paszport i kartę pokładową, ale też kilka razy zrobić  odcisk palca. A tak przy okazji ciekawostka: Bali jest ostatnią wyspą azjatycką przed Australią i Oceanią. Jadąc do hotelu zwróciłem uwagę na dużą ilość skuterów, których w Singapurze prawie nie było widać. Na zewnątrz było zielono i pochmurnie, a po paru kilometrach jazdy zaczęło ostro padać.

Po drodze wymieniłem 50 Euro na miejscowe rupie, których otrzymałem aż 953 750.  W lokalnym sklepie nabyłem piwo Bintang. Do Hotelu Ubud Wana Resort dojechaliśmy wieczorem. Jest on położony z dla od miejskiego zgiełku, na skraju Monkey Forest (małpiego lasu), z którego makaki zaglądają także na hotelowe obiekty.

Poniedziałek  19 stycznia

Rano pogodnie.  Po śniadaniu wyruszamy  do jednej najpiękniejszych świątyń balijskich Tanah Lot. Zbudowano ją na skale znajdującej się w wodach Oceanu Indyjskiego. Mogliśmy ją obejrzeć tylko z zewnątrz. Jednak wiele towarzyszących obiektów znajduje się na stałym lądzie. Przede wszystkim są to małe świątynie i figurki bóstw, ale nie brak także sklepów i straganów z pamiątkami (za 5 magnesów zapłaciłem 80 000 INR, czyli około  17 zł).

Przed południem zajechaliśmy do fabryki czekolady Junglebold. Obejrzeliśmy pobieżnie proces produkcji, a następnie – jak zawsze w takich wypadkach – zaprowadzono nas do sklepu, gdzie najpierw degustowaliśmy różne gatunki czekolady, a potem mogliśmy ją kupić. A gdyby komuś było mało czekolady, to następnym punktem programu była farma kawy Tegal Sari Luwak.  Ziarna tej kawy pozyskiwane są  z odchodów łaskuna palmowego. Ten zwierzak zjada owoce kawowca, ale nie trawi nasion, tylko sam miąższ, więc ziarna kawy przechodzą przez jego przewód pokarmowy nienaruszone. Dzięki temu kawa ma mniej goryczy i nabiera łagodnego smaku. Kawa Luwak uważana jest na świecie za najbardziej ekskluzywną, a zatem także drogą.  My za filiżankę płaciliśmy tylko 50 tyś. IDR (10 zł), ale to zapewne w ramach promocji i zachęty do większych zakupów. Co do smaku, to owszem, niezły. Niemniej jednak nie zdecydowałem się na zrobienie zapasów tej kawy. Nie jestem bowiem przekonany, czy  Luwak oferowany w sprzedaży, rzeczywiście jest w stu procentach przerabiany przez łaskuny. Zwierzaki te są bowiem dość leniwe, a przynajmniej tak wyglądały te dwa, które widziałem na farmie.

 Jadąc dalej, mijaliśmy plantacje bananowców, papai i palm kokosowych. Wspinając się serpentynami dotarliśmy do Jatiluwih (prawdziwe piękno) na wysokości 816 m. n.p.m. Jest to największy obszar tarasów ryżowych na Bali. Posiada od wieków dobrze funkcjonujący system irygacyjny zwany subak, a fenomenem tego obszaru  jest fakt, że  w skali świata tylko tu zbiory ryżu odbywają się trzy razy do roku.  Nie bez powodu więc jest to miejsce wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Zjedliśmy tutaj obiad i przez prawie godzinę podziwialiśmy zielone pola ryżowe. Miejsce jak najbardziej godne polecenia.

Po południu dotarliśmy do świątyni Ulun Danu. Ten kompleks świątynny znajduje się nad jeziorem Bratan (1 200 m.n.p.m.) i poświęcony jest bogini Dewi Danu. Teren jest pięknie utrzymany i bardzo malowniczy. Oprócz wielu ozdobnych figur i ołtarzyków można obejrzeć węże, sowy oraz nietoperze.

Na nocleg zajechaliśmy do Aneka Lovina Hotel. Znajdują się tu ładne domki, a nad łóżkami moskitiery.

Wtorek, 20 stycznia

Po śniadaniu pojechaliśmy do Banjar Hot Springs, żeby trochę pomoczyć się w naturalnych gorących źródłach siarkowych. Nie widać tu było zbyt wielu turystów, a zaplecze sanitarne pozostawiało sporo do życzenia. Sama woda była przyjemna, zwłaszcza że wokół było parno, choć pochmurnie.

Przez kolejne dwie godziny jechaliśmy do przeprawy promowej w Glimanuk. Stąd przeprawiliśmy się przez wąską Cieśninę Balijską na Jawę, konkretnie do  Ketapang.  Ciekawostką jest fakt, że pośrodku tej kilkukilometrowej cieśniny znajduje się strefa zmiany czasu. Tak więc opuściliśmy Bali o czternastej i o tej samej godzinie znaleźliśmy się na Jawie. Wyspa ta charakteryzuje się tym, że w przeciwieństwie do Bali zamieszkują ją głównie muzułmanie.

Popołudnie i noc spędziliśmy w  hotelu  Ketapang Indah (ładne domki przy  plaży). Pływanie w basenie.

Środa,  21  stycznia

Intensywny początek  dnia. Pobudka o 1.30 i  wyjazd trzema jeepami na wulkan Ijen. Godzina jazdy przez serpentyny,  chwilami w ulewnym deszczu. O 3.30 rozpoczynamy trekking z poziomu 1860 m n.p.m.  Posługujemy się latarkami czołowymi. Szlak jest  stromy i śliski, bo cały czas  występuje mżawka.  Jak przystało na najstarszego członka dwunastoosobowej grupy, idę  na przedzie.

 Do krawędzi krateru dochodzimy o 5.10. Jesteśmy na wysokości około 2320 m.n.p.m. Rozwidnia się,  ale wschodu słońca  nie widać  spoza  ciężkich chmur. Nie pojawiają się też słynne niebieskie ognie. Na szczęście chmury na  chwilę  przerzedzają się  na tyle, że możemy  zobaczyć  kwaśne  jezioro i opary siarki.  Obok  nas przechodzą górnicy  dźwigający na ramionach po dwa kosze  siarki. Ważą  one zwykle powyżej  60 kg.  Praca nie tylko ciężka, ale też niezdrowa, gdyż opary siarki są bardzo szkodliwe. Niektórzy górnicy dorabiają sobie, wożąc turystów specjalnymi wózkami na dwóch kółkach na krater i z powrotem. Usługa taka kosztuje milion INR, czyli około 50 Euro. Z naszej grupy z podwózki korzysta tylko jedna osoba.

Do hotelu  wracamy o 8.30. Zjadamy śniadanie  i znowu ruszamy w drogę. Przepływamy promem przez  Cieśninę  Balijską, opuszczając na  dobre  Jawę, a potem podążamy zatłoczoną drogą  na południe  Bali.  Charakterystyczne, że prawie nikt nie trąbi, choć wszędobylskie skutery zajeżdżają z prawej i z lewej strony. Do naszego hotelu The Yayakarta Legian   w okolicach  Kuty docieramy  o dziewiętnastej. Akurat na początek  krótkiej  lecz  gwałtownej ulewy...

Czwartek,  22 stycznia

Pokój  duży,  ale bez suszarki. Duża  wilgotność  powietrza  utrudnia suszenie. Jak wiadomo, na Bali jest teraz pora deszczowa. Nie znaczy to jednak, że  cały  czas pada. Ulewy    intensywne, lecz krótkie.  Dzisiaj zmokłem po raz pierwszy, a i to przez własną  nieroztropność, bo idąc  na zakupy  nie zabrałem  parasola. Poza tym dzień  udany: kąpiel  w basenie, spacer  po plaży (niestety, brudnej) i relaks przy piwie  Singaraja 😀 A propos  zakupów, to mimo wielu podobnych doświadczeń, dałem  się  nieco oszukać. Chodzi o otwieracze w kształcie  penisa. Na ulicy chcieli 200 tys. za jeden.  Kupiłem dwa za tę  sumę  i myślałem,  ze zrobiłem  dobry interes.

Piątek, 23 stycznia

Wspominałem wczoraj, że plaża  w Legian  nie jest zbyt czysta. Sądziłem, ze to efekt niezbyt  starannego sprzątania  wyrzuconych przez  ocean  śmieci.  O tym, że jest inaczej, przekonałem się  podczas  dzisiejszego spaceru  do Kuty. Zobaczyłem bowiem jeszcze  więcej  drewna, porwanych sieci i różnego  plastiku.  Ba, widziałem też zniszczone  fragmenty  promenady i rozwalone stragany. Był  to rezultat tornada,  które nawiedziło  ten rejon Bali dwa dni temu.

Ostatnie pływanie w basenie i pakowanie się do wyjazdu. Hotel opuszczamy o 19.30. Powrotne loty, poza przelotnymi turbulencjami, przebiegają bez przeszkód.

Ireneusz Gębski








 




















 

Majówka w Pribałtyce

  Z Gdańska wyjechałem 29 kwietnia o 15.55. Zbiórka w   Warszawie przewidziana była na godzinę dziewiętnastą. Pilotem wycieczki z ramienia...

Posty