Z Gdańska wyjechałem 29 kwietnia o 15.55.
Zbiórka w Warszawie przewidziana była na
godzinę dziewiętnastą. Pilotem wycieczki z ramienia Wytwórni Wypraw jest Joanna
Bronka. Na miejscu okazało się, że jedna osoba zrezygnowała z wycieczki. Była to akurat ta kobieta, z którą miałem
dzielić pokój. A zatem poszczęściło mi się już na starcie, gdyż zostałem
jedynym singlem, co oznacza jednoosobowy pokój w hotelu. Jedziemy autokarem firmy
Bagiński. Nasza 38.osobowa grupa składa
się przeważnie z ludzi w średnim wieku. Zaraz na początku podpadł mi łysy
jegomość, który głośno narzekał, że niektórzy zarezerwowali po dwa miejsca.
„Tak nie powinno być” – mruczał niby to do żony. Już chciałem zapytać, czy to
za jego pieniądze, ale powstrzymałem się. Po co psuć atmosferę?
Po trzech godzinach jazdy, gdzieś przed
Suwałkami, nastąpiła zmiana autokaru i kierowcy. Od tej pory niemal do końca wycieczki woził nas będzie
pan Marcin. Do Tallina docieramy po 14 godzinach jazdy. Jest pochmurno, chłodno
i siąpi deszcz. Temperatura odczuwalna wynosi zaledwie 3 stopnie C. Poznajemy
naszego przewodnika, którym jest mieszkający tu od dwudziestu lat Zbigniew
Jobczyński, z zawodu informatyk, pochodzący z Torunia.
Estonia jest 77. odwiedzonym przeze mnie
państwem, a zarazem ostatnim w basenie Morza Bałtyckiego. Dotychczas niewiele
wiedziałem o tym niespełna półtoramilionowym kraju. Teraz dowiaduję się między
innymi, że jest to najbardziej zdigitalizowany kraj w Europie, gdzie nawet
wybory do parlamentu przeprowadza się elektronicznie (prezydenta wybierają
posłowie dwoma trzecimi głosów).
Zwiedzanie zaczynamy od placu, przy którym
znajduje się monumentalny sobór św. Aleksandra Newskiego, będący katedrą autonomicznego
Estońskiego Kościoła Prawosławnego. Naprzeciwko tej świątyni znajduje się gmach
parlamentu estońskiego. Widać sporo turystów z Polski, no i oczywiście, jakżeby
inaczej – z Japonii. Z górnego miasta przechodzimy w dolne części starówki.
Przy murach obronnych spotykamy miejscowego grajka, który akompaniując sobie na
gitarze, śpiewa różne popularne melodie. Na nasz widok intonuje „Balladę o pancernych”, znaną nam z
popularnego serialu z sierżantem Jankiem Kosem i psem Szarikiem. Daleko mu co
prawda do głosu Edmunda Fettinga, ale i tak miło posłuchać.
W Tallinie widać sporo kościołów różnych wyznań,
ale generalnie kraj ten jest jednym z najbardziej ateistycznych w Europie.
Wokół placu ratuszowego, którego środek jest akurat remontowany, rozlokowane są
liczne restauracje z ogródkami na zewnątrz. Koło południa pogoda znacznie się
poprawia, więc i konsumentów przybywa, zwłaszcza amatorów pienistego napoju. Ja
sam nabyłem w czasie wolnym (na tej wycieczce było go zdecydowanie za dużo)
piwo Saku i A.LeCog (1,25 euro za puszkę), ale w pośpiechu nie zauważyłem, że
jest ono bezalkoholowe. Może to nawet lepiej…
Na nocleg przyjechaliśmy do hotelu Dzingel dość
wcześnie, bo już przed siedemnastą. Hotel
położony jest wśród sosnowych drzew na obrzeżach Tallina. Numery pięter liczone
są rosyjskim zwyczajem, czyli bez parteru.
W piątek 1 maja, po obfitym i urozmaiconym
śniadaniu, wyjeżdżamy z hotelu o 8.30. Jest piękna słoneczna pogoda, jak
przystało na estońskie Święto Wiosny. Z okien autokaru spoglądamy na Stare
Miasto, które poprzedniego zwiedzaliśmy przez 3 godziny z przewodnikiem a przez
kolejne dwie i pół flanerowaliśmy na własną rękę.
Zatrzymaliśmy się na parkingu tuż nad Zatoką
Tallińską. Obok portu, do którego
przypływają promy m.in. Viking Line, znajduje się nieco zaniedbana plaża i ładny
bulwar ze ścieżką rowerową oraz urządzeniami do ćwiczeń. Odnotować warto też
bezpłatną toaletę. Na bulwarze stoi pomnik w formie skrzydlatego anioła,
upamiętniający 177 marynarzy z rosyjskiego okrętu "Rusałka",
który zatonął podczas sztormu w 1893 roku. Po drugiej
stronie ulicy widać 70. hektarowy Park Kadriorg (Dolina Katarzyny). Jest to
barokowy zespół pałacowo-parkowy założony w 1718 r. przez Piotra I dla żony
Katarzyny I. Znajduje się w nim m.in.
barokowy pałac oraz kancelaria prezydenta. Jest tu też Ogród
Japoński i Łabędzi Staw. Poza tym dużo
zieleni i kwiatów, choć drzewa
jeszcze nie pokryły się w pełni liśćmi.
Po opuszczeniu Tallina pojechaliśmy do odległego o godzinę jazdy miasteczka Paldiski na półwyspie Pakri.
Tu przez półtorej godziny spacerowaliśmy, podziwiając
urokliwe klify. Można było
też wejść na latarnię
morską, z której widoki były jeszcze lepsze. Stąd wyruszyliśmy w stronę
Rygi. Po drodze mijaliśmy gęste lasy, wśród których skrywały się liczne domy.
Do stolicy Łotwy dotarliśmy wcześnie, bo już o
18.30. Zakwaterowaliśmy się w hotelu Tomo. O dziewiętnastej zjedliśmy zamówioną
wcześniej kolację. Serowano zupę soliankę
i gulasz z ryżem i warzywami. Koszt – 10 euro. Po kolacji kupiłem w
sklepie Maxima piwo Amber City i Aldaris po 0,85 euro. Dość tanio, bo wcześniej
na stacji paliw w Estonii płaciłem po 2,75 euro za puszkę.
W sobotę pospaliśmy nieco dłużej, bo wyjazd z
hotelu był wyznaczony na godzinę dziewiątą.
Nadal towarzyszyła nam piękna pogoda. Z miejscowym przewodnikiem (dobrze mówiącym
po polsku) spotkaliśmy się nieopodal Placu Ratuszowego, który mgliście pamiętam
z wizyty sprzed pięciu lat. Poprzednio w
stolicy Łotwy byłem tylko przejazdem
(również z Wytwórnią Wypraw) w drodze do
Uzbekistanu. Teraz było znacznie więcej
czasu na zwiedzanie tutejszych atrakcji, jak np. Dom Braci Czarnogłowych, Dom
Kota czy kościół św. Piotra, będący
największą świątynią gotycką w
krajach bałtyckich. Wieża tego
kościoła ma ponad 120 metrów wysokości.
Punkt widokowy, na który
wjeżdża się windą,
jest trochę niżej. Niemniej jednak wystarczająco wysoko, by umożliwić podziwianie
panoramy miasta nad Dźwiną. A jest na co popatrzeć, bo przecież Ryga nie
bez kozery nazywana jest „Paryżem Północy”, głównie ze względu na secesyjną
architekturę. Kwitnie tu też życie kulturalne. Charakterystyczną dla tego miasta
atrakcją są tzw. rowery piwne.
Umożliwiają one zwiedzanie połączone z jednoczesnym piciem piwa i aktywnością
fizyczną dla grup turystów bądź uczestników wieczorów kawalerskich czy
panieńskich. Przed katedrą św. Jakuba dwóch muzyków grało jakieś melodie na
saksofonach. Na nasz widok odegrali hymn Polski. A propos katedry, to jej
charakterystycznym elementem jest dzwon na zewnątrz wieży, tuż nad dużym
zegarem. Innych kościołów, na które patrzyliśmy
z zewnątrz lub do nich
wchodziliśmy, nie będę wymieniał w tej relacji, żeby nikogo nie zanudzić. Wspomnę natomiast
o tutejszym balsamie, którego degustacja jednych stawia na nogi, a
drugich wprost przeciwnie 😀. Poza tym podobał mi się
tutejszy bazar, który mieści się w pięciu
połączonych ze sobą hangarach, w których niegdyś przechowywano
sterowce (Zeppeliny). Godny uwagi jest także
urokliwy park nad kanałem. W jego pobliżu stoi Pomnik Wolności oraz
gmach opery z oryginalną fontanną.
Z Rygi pojechaliśmy do pobliskiej Jurmały, znanego w tych stronach kurortu. Jest tu szeroka plaża z
białym piaskiem oraz długa promenada, pełna sklepów i punktów
gastronomicznych. Są też bezpłatne
i czyste - co istotne dla turystów
- toalety.
Do hotelu Viesbutis w Wilnie docieramy o 21.30. W telewizji nie
znalazłem polskich kanałów, ale natrafiłem na „Lalkę” z 1968 roku z Mariuszem
Dmochowskim w roli Wokulskiego i Tadeuszem Fijewskim jako Rzeckim w litewskiej wersji językowej.
W niedzielę było jeszcze cieplej niż w sobotę,
więc z entuzjazmem wyruszyliśmy na
podbój Wilna. Zwiedziłem je co
prawda gruntownie 9 lat temu, ale dobrze było sobie
przypomnieć znowu klimat tego miasta. Zwłaszcza, że ze
znawstwem opowiadał o nim Rajmund Klonowski, miejscowy dziennikarz i działacz społeczny, dorabiający także jako przewodnik. Zwiedzanie zaczęliśmy oczywiście
od Ostrej Bramy, bo o tym miejscu dzięki
Mickiewiczowi słyszał
przecież każdy Polak, który
ukończył chociaż podstawówkę. A propos wieszcza, to nie tylko
mieszkał w wielu miejscach w Wilnie, ale też
siedział w więzieniu zlokalizowanym w klasztorze bazylianów. Tu też
zresztą toczy się akcja trzeciej
części "Dziadów", a turyści
mogą oglądać udostępnioną atrapę celi Konrada. Po
pokłonieniu się wizerunkowi "tej, co w Ostrej świeci Bramie", przeszliśmy przez szereg
innych świątyń: cerkiew św. Ducha, kościół św. Kazimierza (podobał mi
się kącik zabaw dla dzieci podczas
mszy), podominikański kościół św. Ducha (msza w języku polskim), Sanktuarium
Bożego Miłosierdzia, położone obok siebie kościoły św.
Franciszka i Bernarda oraz św. Anny, a na końcu katedra. Przeszliśmy też
przez Zaułek Literatów oraz
słynną dzielnicę Zarzecze, gdzie widać wiele polskich śladów. Na koniec wjechaliśmy na Wzgórze Giedymina, skąd rozciąga
się widok na znaczną cześć
miasta nad Willą, w tym na Górę Trzech Krzyży (na tę ostatnią wspiąłem się
podczas poprzedniego pobytu). Szkoda, że zabrakło czasu na cmentarz na Rossie. Jak już
wcześniej pisałem, niepotrzebny był aż
tak długi czas wolny. Przez te 2,5 – 3 godzin spokojnie można odwiedzić tę
ważną dla Polaków nekropolię.
Ireneusz Gębski