środa, 11 października 2017

55 lat po tragediach...



Dwa dni temu minęło 55 lat od dwóch dużych tragedii. Dziewiątego października 1962 r. w Szczecinie podczas defilady z okazji zakończenia manewrów wojsk Układu Warszawskiego czołg T-54 wjechał w tłum, zabijając i raniąc wiele osób, głównie uczniów szkół podstawowych. W tym samym dniu w okolicy Moszczenicy pod Piotrkowem Trybunalskim wydarzyła się katastrofa kolejowa, w której zginęło 34 osoby, a ponad 140 zostało rannych.

Miałem nadzieję, że media wspomną coś o tych  dramatycznych wydarzeniach z okazji 55 rocznicy. Nie zauważyłem jednak żadnej wzmianki. Możliwe, że słabo szukałem. Jeżeli więc ktoś natknął się na jakiś materiał poświęcony temu tematowi, to  proszę o informacje.

Przypomnę jeszcze, że przed rokiem wraz z prof. Pawłem Soroką (pomysłodawcą i redaktorem), Kazimierzem Rafalikiem i Michałem Ostafijczukiem napisaliśmy i wydaliśmy książkę poświęconą w dużej mierze wymienionym wyżej wydarzeniom. Jej tytuł brzmi: Dwie ukryte tragedie w cieniu atomowej apokalipsy
Pamiętając o innych, budujemy pamięć o sobie... 
Książkę można nabyć między innymi tutaj

poniedziałek, 2 października 2017

Napijmy się węgrzyna...




O tokaju każdy pewnie słyszał, a wielu miało okazję skosztować tego trunku. Jednak nie każdy był w Tokaju. Pod tą nazwą kryje się zarówno góra, rejon, jak i miasto, a właściwie małe miasteczko. W tym ostatnim nie ma zbyt wielu atrakcji turystycznych. My zatrzymaliśmy się tam wczoraj na 45 minut. Jak samo nazwa wskazuje, Tokaj jest ośrodkiem winiarskim. Tutejsze tokaje określane są  mianem "króla win, wina królów". Trafiały bowiem  i nadal trafiają na stoły królów, a nawet papieży. Mowa oczywiście o tych najszlachetniejszych gatunkach. Jednym z nich jest aszu - węgrzyn wykonywany z najbardziej dojrzałych, słodkich, wysuszonych i pokrytych naturalną pleśnią winogron.
Tokaj - fontanna Bachusa
Na tokajskim rynku stoi kolumna z postacią św. Stefana. Nieopodal znajduje się kościół katolicki pod wezwaniem Serca Pana Jezusa. Po lewej stronie  zaraz po wejściu widzimy znajomy obraz Matki Boskiej Częstochowskiej. Jest to kopia słynnego obrazu podarowana przez jasnogórskich paulinów. Przy pobliskim placu Kossutha stoi fontanna Bachusa. A skoro Bachus to i piwnica z winami. Dodajmy, nie byle jaka! Piwnica Rákóczi ma bowiem półtora kilometra długości i 24 korytarze. Niestety, nie  możemy jej zwiedzić, gdyż w niedzielę jest zamknięta.
Z centrum Tokaju udajemy się spacerkiem na punkt widokowy z widocznym z daleka drewnianym krzyżem. Z góry rozciąga się widok na Tokaj i okolice. Widać też miejsce, w którym rzeka Bodrog wpada do Cisy.
Groty termalne w Miszkolcu
Kolejnym, a w zasadzie głównym punktem naszego wyjazdu na Węgry jest Miszkolc- Tapolca. Byłem tam już co prawda przed pięcioma laty, ale skoro znowu nadarzyła się okazja do wymoczenia się w wodach termalnych, to warto było skorzystać. Ktoś może tu powiedzieć: a cóż niezwykłego jest w tych wodach, żeby tłuc się aż na Węgry? Wszak w Polsce nie brakuje term. Zgadza się, ale woda w Miszkolcu ma także właściwości lecznicze. Zawiera bowiem związki magnezu, wapnia, pewne ilości kwasu metaborowego i metakrzemowego, a poza tym jod i brom. Ponadto kompleks termalny w Miszkolcu wyróżnia się tym, że większość basenów z wodą umieszczono w naturalnych skalnych grotach. Przyjeżdżają tu nie tylko Węgrzy i Polacy. Widziałem bowiem także sporo Rosjan.
Po prawie trzygodzinnym moczeniu się i poddawaniu ciała masażowi przy pomocy biczy wodnych byliśmy dość wygłodniali. Szykowaliśmy się więc na zapowiedzianą wcześniej golonkę zapiekaną w chlebie oraz degustację win w piwnicy Richarda Horscika w Herceghut. Wioska leży u podnóża Gór Zempleńskich. W ich stokach wykuto w wulkanicznym tufie dziesiątki piwnic. Rząd nad rzędem, piwnica obok piwnicy. Nigdy czegoś takiego nie widziałem, chociaż bywałem już w różnych winnych rejonach Europy. Richard zbudował swoją piwnicę w 2006 roku. Z drogi wygląda niepozornie, jak wszystkie inne. W środku mieści się jednak swobodnie 50 osób, sklepik z winem i cała linia technologiczna do produkcji wina. Ale wracajmy do naszej golonki...
Herceghut - golonka w chlebie
Przed wejściem do piwnicy Richarda stał samochód z kateringiem. Kucharz demonstrował dwa ogromne bochny chleba z zapiekaną w środku golonką. Odkrawał następnie górną część chleba, podnosił ją i pokazywał, że w środku istotnie jest golonka. Potem kroił ten chleb na kawałki i ponownie przykrywał. W takiej postaci danie trafiało na stół. Teraz wystarczyło tylko wziąć sobie kawałek chleba, nabrać odpowiednią ilość golonki na talerz, posmarować musztardą i konsumować. Niestety, tym razem kucharz (ponoć jakiś zastępca właściwego szefa kuchni) przesolił. Dosłownie! Nie było to tylko moje wrażenie. Przyznał to także kierowca, który często bywał w tym miejscu.
W środku Richard Horscik
Konsumpcji golonki z chlebem towarzyszyła degustacja wina. Richard polewał kolejno wytrawne Sauvignon Blanc, półwytrawne Furmint, półsłodki Muscat Blanc i słodkie Szamorodni.  Atmosferę biesiady wspomagał występ miejscowego muzyka imieniem Atilla. Potem nadszedł czas zakupów. Wina Richarda nie należą do najtańszych, ale też nie są to trunki produkowane masowo w dużych przetwórniach dla Lidla czy Biedronki. Winiarnia Portius (Richard nazwał ją tak na cześć  kupca winnego z Krosna, który sprowadzał węgierskie wino do Polski) produkuje rocznie 30 tysięcy butelek, które w większości sprzedawane są bezpośrednio w piwnicy. Na pewno nie znajdzie się ich w sklepach sieciowych. W Polsce można ich skosztować w Krośnie, gdzie jest restauracja "Portius" oraz podczas dorocznego Festiwalu Win Węgierskich im. Portiusa.
Tokaj - kopia obrazu MBC w kościele pw. Serca Pana Jezusa


Tokaj - zbieg rzek Bodrum i Cisy

Tokaj - Cisa

Miszkolc-Tapolca


Miszkolc - Tapolca

Miszkolc - Tapolca

Miszkolc - Tapolca

Miszkolc - Tapolca

Miszkolc - Tapolca

Herceghut - piwnice winne



Wina w piwnicy Portius

Wnętrze piwnicy Richarda


Miszkolc - Tapolca

Portius - degustacja

sobota, 30 września 2017

Bieszczadzkie migawki

Dzisiaj minimum słów i maksimum obrazu.  Kto nie lubi dużo czytać, może teraz obejrzeć filmowy skrót tego wszystkiego, o czym pisałem przez dwa ostatnie tygodnie.
P.S. Mój blog obchodzi dzisiaj skromny jubileusz: dwieście tysięcy odsłon, z czego sto tysięcy w ciągu ostatnich 21 miesięcy. Przy okazji dziękuję wszystkim, którzy tutaj zaglądają.
Link do filmu poniżej:

Bieszczady i Pogórze Przemyskie

piątek, 29 września 2017

Piechotą do Wołkowyi





Dzisiaj spacer do Wołkowyi. Dosyć długi i intensywny - 19 kilometrów w 3 godziny. Po drodze zajrzałem na przeprawę promową na największą wyspę Jeziora Solińskiego, czyli Energetyk. Później był już tylko marsz wśród drzew nabierających jesiennych kolorów. Droga z Polańczyka jest dość kręta i pełna ostrych podjazdów i zjazdów. W przypadku chodzenia nie ma to większego znaczenia. Gorzej byłoby przy jeździe rowerem.

Wołkowyja to stara wieś pochodząca z piętnastego wieku. Po 1939 roku napłynęło tu sporo Ukraińców. Niemcy obsadzali nimi stanowiska nauczycielskie w szkołach. Nie podobało się to Polakom, gdyż nowi nauczyciele często nie mieli odpowiednich kwalifikacji. Przede wszystkim jednak chodziło o to, że lekcje miały odbywać się w języku ukraińskim. Po długich przepychankach i prześladowaniu ludności polskiej Niemcy zgodzili się ostatecznie na zatrudnienie polskiej nauczycielki. Do końca wojny trwał względny spokój. Po wojnie jednak wieś podzieliła los innych bieszczadzkich miejscowości. W lipcu 1946 roku bandy UPA zaatakowały Wołkowyję, paląc wieś i bestialsko mordując 32 Polaków. Niektórych wrzucano żywcem do ognia, innym wcześniej podrzynano gardła. Spłonęło wtedy 27 polskich domów.

Obecnie Wołkowyja jest atrakcyjną miejscowością turystyczną. Pełno tu pensjonatów i miejsc noclegowych w prywatnych kwaterach. Blisko stąd do Soliny oraz na połoniny. Na miejscu zresztą też można nieźle wypocząć, choćby na Zielonej Plaży nad Jeziorem Solińskim.
P.S. Pochwalę się małym rekordem: 10 kilometrów w godzinę i 29 minut. Tak przynajmniej wyliczyło Endomondo :)
Przeprawa na wyspę Energetyk




Jezioro Solińskie
Wołkowyja
Zielona Plaża w Wołkowyi


Wołkowyja





Polańczyk


Prymas, karmelici i świńskie koryta



Pomnik kard. S. Wyszyńskiego
Odwiedziliśmy wczoraj trzy interesujące miejscowości: Komańczę, Zagórz i Hoczew. Każda z nich ma swoją bogatą historię, ale ja nie piszę przewodnika, więc skupię się tylko na wybranych tematach.

Komańcza znana jest przede wszystkim jako miejsce internowania prymasa Stefana Wyszyńskiego (29.10.1955 - 28.10.1956). Było to czwarte i ostatnie miejsce odosobnienia głowy polskiego kościoła. Wcześniej przebywał w Rywałdzie, Stoczku (najtrudniejsze warunki) i w Prudniku. Do klasztoru sióstr Nazaretanek przywieziono go w celu poratowania zdrowia. Prymas zmagał się bowiem z chorobą płuc, a komuniści obawiali się odpowiedzialności za jego ewentualną śmierć. Klasztor został zbudowany w roku 1931 i początkowo miał być domem wypoczynkowym dla sióstr. Nazaretanki miały tu przyjeżdżać dla podratowania zdrowia. Potem jednak sprowadziły się tu na stałe.

Do klasztoru idzie się wąską dróżką pod górę. Kiedyś nie było tu asfaltu, ale położono go w związku z planowaną wizytą papieża Jana Pawła II (znał to miejsce z wędrówek po Bieszczadach w 1953 r.). Ostatecznie jednak papież przeleciał tylko śmigłowcem nad tym terenem, a asfalt pozostał. Wikipedia podaje, że można zwiedzać pokój, w którym przebywał kardynał Wyszyński. Kiedyś rzeczywiście tak było, ale teraz nieliczne pamiątki po prymasie tysiąclecia zgromadzone są w innym pomieszczeniu. Najlepiej oddał atmosferę tego miejsca ks. Jan Twardowski w wierszu "Księdzu Prymasowi":

Kocham deszcz,

który pada czasami

w Komańczy

nawet taki szorstki i chłodny

gwiazdkę śniegu

co nieraz mu w oknach

zatańczy

żeby był tak jak zawsze

pogodny...

Prostą lampę na stole,

wszystkie jego książki,

brewiarz, zegar,

wieczorną ciszę...

Nawet taki najmniejszy

z Matką Boską obrazek,

który komuś z wygnania

podpisze.

Krzyże żadne nie krwawią

gdzie jest świętość i spokój,

gdy z WYGNAŃCEM po cichu

drży  POLSKA...

Wszystko proste jak w wierze

brewiarz, lampa i pokój.

Matka Boska Leśna
Niedaleko od klasztoru na leśnym zboczu stoi figurka Matki Boskiej Leśnej. Dlaczego tu? Podobno w latach trzydziestych jakiegoś kuracjusza ugryzła w nogę żmija. Noga spuchła, a do najbliższego ośrodka zdrowia w Sanoku było około 30 kilometrów. Nagle zobaczył przed sobą kobietę w bieli. Słyszał już wcześniej opowieści, że pojawiała się tutaj dawniej. Krzyknął więc "Matko Boska, ratuj!" Wkrótce opuchlizna zeszła mu z nogi, a po ukąszeniu został tylko malutki ślad. W podzięce za ocalenie postawił więc figurkę Matki Boskiej na małym cokole. Inne cudowne wydarzenie dotyczy żołnierza AK, który uciekł Niemcom tuż przed rozstrzelaniem. Ślady jego stóp na śniegu zniknęły nagle przy figurce i prześladowcy stracili trop. Po wojnie żołnierz ten powrócił i w ramach wdzięczności odnowił figurę i postawił ją na wyższym cokole.

W Komańczy znajdują się też dwie cerkwie. Jedna to parafialna świątynia prawosławna. Zbudowana została w latach 2008 - 2010 w miejscu spalonej w 2006 r. Druga z komanieckich cerkwi należy do parafii greckokatolickiej. Wzniesiono ją w 1988 roku. Jest to obiekt drewniano-murowany. Zwiedziliśmy tylko tę ostatnią. Trochę zdziwił mnie zakaz fotografowania wnętrza tej świątyni bo nie jest to przecież żaden zabytek. Na szczęście zakaz ten nie był rygorystycznie egzekwowany.

Z Komańczy udaliśmy się do Zagórza. Popołudniowe słońce piękne oświetlało okoliczne wzgórza i przybierające jesienne kolory lasy. Krajobraz wprost bajeczny! W Zagórzu wysiedliśmy na parkingu przed Sanktuarium Matki Bożej Zagórskiej. Ulicą Klasztorną wspinaliśmy się do góry. Na kilometrowym odcinku znajdują się oryginalne, jeśli chodzi o rzeźby, stacje Drogi Krzyżowej. Ruiny klasztoru Karmelitów Bosych znajdują się na wzgórzu w zakolu rzeki Osławy. Kościół, klasztor i mury obronne wzniesiono w pierwszej połowie XVIII wieku. Jednakże już w 1772 roku obiekty te zostały częściowe zniszczone i spalone przez wojska rosyjskie. Drugi pożar miał miejsce w 1882 roku. Prawdopodobnie spowodowali go Austriacy, choć oni sami twierdzili, że doszło do niego w wyniku sprzeczki przeora z zakonnikiem. Tak czy owak, monumentalne mury klasztoru i kościoła od tej pory ulegały ciągłemu procesowi niszczenia. Podejmowane po wojnie próby odbudowy spaliły na panewce. Niemniej obiekt jest wpisany na listę zabytków. Wyremontowana wieża widokowa stanowi świetny punkt obserwacyjny na Góry Słonne, Zagórz i Beskid Niski.
Ruiny klasztory Karmelitów Bosych w Zagórzu

Do Hoczwi dojeżdżamy o zmroku. Nie jest jeszcze na tyle ciemno, żeby nie zauważyć na podwórku Zdzisława Pękalskiego licznych rzeźb. Jego samego nie możemy poznać, bo przebywa na rehabilitacji po przebytym trzy lata temu udarze. Galerię artysty otwiera nam jego uczennica i przyjaciółka. Wszystkie ściany i sufit pokryte są rzeźbami, obrazami i grafikami Pękalskiego. Na stoliku leżą też jego książki, bo pan Zdzisław jest nie tylko rzeźbiarzem, malarzem i grafikiem, ale też poetą i fraszkopisarzem. Lwią część jego twórczości stanowią jednak rzeźby i obrazy. Najciekawsze jest jednak to, z czego wykonuje swoje dzieła. Otóż wykorzystuje on wszelkie odpady, na które inni ludzie nie zwróciliby nawet uwagi. Doskonałym tworzywem dla Zdzisława Pękalskiego są nadgniłe lub nadpalone deski i gonty, świńskie koryta, niecki, kawałki drewna i korzeni, stare drzwi czy blat warsztatu stolarskiego. Na tym ostatnim umieścił "Ostatnią Wieczerzę". Twarze apostołów i Jezusa okolone są specyficzną aureolą wykonaną z podków.
Jedna z prac Z. Pękalskiego
z Lwowa. W Hoczwi zamieszkał w 1963 roku. Pracował jako nauczyciel w tutejszej szkole.



Klasztor Nazaretanek w Komańczy



Pamiątki po prymasie Wyszyńskim



Komańcza



Wnętrze cerkwi greckokatolickiej w Komańczy


Ruiny klasztoru w Zagórzu



Widok z wieży widokowej w Zagórzu

Z galerii Z. Pękalskiego



W galerii Z. Pękalskiego






Rzeźba na podwórku Z. Pękalskiego
Ostatnia Wieczerza Z. Pękalskiego