RPA - nie tylko safari

 


Do Warszawy wyjechaliśmy  pociągiem  "Lubomirski" o 10.12 z dwudziestominutowym  opóźnieniem. Mieliśmy jednak spory zapas czasu. Na lotnisku byliśmy ponad trzy godziny przed odlotem do Dohy. Wylecieliśmy o 17.40 dreamlinerem  Qatar Airways. Linie te uznawane są za jedne z najlepszych. Otrzymaliśmy koce, poduszki, dobre słuchawki oraz praktyczny zestaw składający się z przepaski na oczy, pasty i szczoteczki do zębów oraz – co szczególnie mnie zaskoczyło – pary skarpetek. Poza tym oczywiście ciepły posiłek i trzykrotnie różne napoje, w tym alkoholowe. Lot trwał pięć godzin. Po około dwugodzinnej przerwie, którą spędziliśmy na jednym z największych lotnisk świata, wsiedliśmy do kolejnego samolotu tych samych linii i ponownie wystartowaliśmy. Lot do Johannesburga trwał nieco ponad osiem godzin. Zleciał jednak dość szybko, bo ze względu na nocną porę przeważnie spaliśmy. Na miejscu byliśmy tuż po dziesiątej. Do kontroli paszportowej ustawiła się bardzo długa kolejka. Pewnie posuwałaby się szybciej, gdyby nie fakt, że połowa okienek pozostawała bez obsady. Funkcjonariusze działali jednak sprawnie, więc nie czekaliśmy zbyt długo.  

Republika Południowej Afryki  kojarzy się nam zwykle z Nelsonem Mandelą i biskupem Desmondem  Tutu. Obaj byli bowiem najbardziej znanymi przeciwnikami apartheidu. Nie bez znaczenia dla ich popularności był też fakt, że obaj zostali laureatami Pokojowej Nagrody Nobla (N. Mandela wraz z z Frederic’em de Clerk’iem). Tymczasem na lotnisku  w Johannesburgu  przybywających wita   uniesioną w górę dłonią mniej znany u nas  aktywista  walki z segregacją rasową Oliver  Reginald Tambo. Co prawda nieosobiście, lecz z imitującego samolotowe schodki cokołu pomnika, ale jednak. Realnie natomiast witamy się z naszym pilotem Marcinem Pełczakiem i miejscową przewodniczką Deborą (jest ona co prawda Argentynką, ale w RPA mieszka już ponad 20 lat). Przed opuszczeniem lotniska zaopatrujemy się w miejscowe randy (100 euro = 1 730 randów).  W kantorze skanują nasze paszporty oraz spisują dane kontaktowe. Na zewnątrz jest 17 stopni C. Nieźle, jak na początek zimy. Warto też pamiętać, że Johannesburg jest położony 1 753 m n.p.m., a więc nawet latem jest tu nieco chłodniej niż na nizinach.

W dzielnicy Sandton, tuż przed centrum handlowym Sandton City, znajduje się plac imienia Nelsona Mandeli. A skoro plac, to i pomnik. Pierwszy czarnoskóry prezydent RPA przedstawiony jest na nim w wyluzowanej pozie, z ciepłym uśmiechem na twarzy. Jego ważącą  dwie i pół tony postać wykonano z brązu. Nie jest to co prawda tak wielki monument, jak ten w Pretorii,  który ma 9 metrów wysokości i waży 4,5 ton, ale i tak robi wrażenie. Fotografują się przy nim zarówno turyści zagraniczni, jak i miejscowi. Tych ostatnich jest zresztą znacznie więcej. Nieopodal  posągu Mandeli stoi jego miniaturka. Ta również jest oblegana przez amatorów zdjęć.

W drodze do Soweto przejeżdżamy przez bogate dzielnice Johannesburga.  Mijamy położone wśród drzew okazałe wille, otoczone wysokimi murami zwieńczonymi drutem kolczastym. Przypomina nam to, że mimo pozorów spokoju, nadal jest tu niebezpiecznie. W dawnej rezydencji prezydenta Mandeli znajduje się obecnie hotel. Zatrzymujemy się przed nią na chwilę, żeby zrobić zdjęcia. Kolejny dom bohatera narodowego RPA oglądamy już tylko z okien busa. Wkrótce za jego oknami  pojawiają się slumsy Soweto. Z daleka wyglądają jak budki ogromnego bazaru. Aż trudno uwierzyć, że w tych blaszanych i kartonowych budach bez prądu i wody,  mogą mieszkać ludzie. W całym mieście, czwartym co do wielkości w tym kraju, oficjalnie żyje około dwóch milionów ludzi, a faktycznie znacznie więcej. Na szczęście większość w bardziej cywilizowanych warunkach, bo mimo wszystko slumsy przecież nie dominują. Jednak  są i zapewne jeszcze długo będą symbolizować biedę ich czarnoskórych mieszkańców.  A skoro bieda, to i przestępczość. Do niedawna ginęło tu tysiące ludzi, zwłaszcza w trakcie bratobójczych walk między plemionami Zulu i Khoza. Obecnie sami mieszkańcy pilnują porządku i często rozprawiają się z  przestępcami, zanim zrobi to policja. Spadł zarówno odsetek zabójstw, jak i ilość nielegalnie posiadanej broni.

W Soweto znajduje się jeden z największych w Afryce kościołów katolickich. Mowa o  Regina Mundi (Kościół Królowej Świata). W świątyni jest dwa tysiące miejsc siedzących, ale zmieści się tu nawet sześć tysięcy osób. Kamień węgielny pod jej budowę poświęcił kardynał Montini, późniejszy papież Paweł VI. W kościele spotykali się działacze opozycji. Nie zawsze jednak było tu bezpiecznie, gdyż policja nie wahała się używać broni palnej nawet w takim miejscu. Mamy też polski akcent związany z tym miejscem. Otóż w 1998 roku ówczesna prezydentowa Jolanta Kwaśniewska  ufundowała  witraż  ze sceną Zwiastowania. Miało to być coś w rodzaju zadośćuczynienia i podreperowania opinii o Polsce po tym, jak Janusz Waluś zamordował w 1993 roku komunistycznego przywódcę Chrisa Haniego. Nie dane nam było jednak  obejrzenie wnętrza kościoła, gdyż była niedziela i właśnie trwało nabożeństwo.

Zwiedziliśmy natomiast pobliskie Muzeum Hectora  Pietersona. Kim był Hector? Dwunastoletnim uczniem jednej ze szkół w Soweto, który został śmiertelnie postrzelony podczas manifestacji przeciwko uznaniu języka afrikaans jako wykładowego. Można powiedzieć, że stał się on symbolem walki z apartheidem, podobnie jak u nas słynny Janek Wiśniewski (faktycznie Zbyszek Godlewski), który symbolizuje tragiczne wydarzenia Grudnia’70. Protest, o którym mowa, odbywał się w czerwcu 1976 roku. Wzięło w nim udział około dwudziestu tysięcy protestujących. Podczas jego tłumienia zginęło 176 osób, ale to dane oficjalne. Mówi się, że faktycznie liczba zabitych była znacznie wyższa. Obecnie 16 czerwca, czyli dzień, w którym zginął Hector, obchodzony jest jako Dzień Młodzieży. W muzeum nie wolno robić zdjęć. Zresztą byłyby to zdjęcia zdjęć, bo niewiele tam innych pamiątek. Na niewielkim wewnętrznym dziedzińcu umieszczono małe płytki z nazwiskami ofiar.

Na pograniczu Soweto i Johannesburga oglądamy z zewnątrz FNB Stadium. W promieniach zachodzącego słońca prezentuje się on bardzo efektownie. Jest to największy stadion w Afryce i jeden z największych na świecie. Może pomieścić 95 tysięcy widzów. Rozgrywano tu mecze między innymi podczas Mundialu 2010. Dodać warto, że były to pierwsze mistrzostwa świata odbywające się w Afryce. Kibice zapewne pamiętają też, że Polska nie brała w nich udziału, a  inauguracyjny hymn Mundialu  „Waka Waka” śpiewała Shakira.

Na nocleg jedziemy do hotelu Apollo. Całkiem przyjemny obiekt z przyzwoitym wyposażeniem. O 18.30 kolacja: szwedzki stół ze sporym wyborem dań,  kawa i herbata w cenie.

Poniedziałek 01.07.24

Chłodny poranek, bo zaledwie 8 stopni C (w ciągu dnia temperatura podniesie się do 20 stopni). O dziewiątej wyjeżdżamy do Pretorii, jednej z trzech stolic RPA (pozostałe to: Kapsztad i Bloemfontein). Na obrzeżach Johannesburga autostrada ma pięć pasów, ale i tak wszystkie są zakorkowane. Później  sznury pojazdów nieco się przerzedzają.

Na południe od Pretorii, na jednym ze wzgórz,  z daleka widoczny jest duży monument. Jest to Voortrekker Monument, czyli pomnik upamiętniający uczestników Wielkiego Treku. Zbudowany jest z granitu, ma kształt sześcianu o bokach 40 metrów. Jego wnętrze jest praktycznie puste. W centralnym miejscu znajduje się sarkofag z napisem „Dla Ciebie, Południowa Afryko” (ONS VIR JOU SUID-AFRIKA). Na ścianach widoczne są obrazy ukazujące wędrówkę Burów, ale największe wrażenie robią marmurowe płaskorzeźby (podobno największe na świecie), na których przedstawiona jest historia Burów od wyruszenia z południowego krańca obecnego RPA w 1935 roku, aż po podpisanie Konwencji Rzeki Sand w 1852 r.  Może warto tu przypomnieć o przyczynach, które skłoniły holenderskich osadników do wyruszenia na północ w poszukiwaniu nowych terenów do zamieszkania. Ogólnie rzecz biorąc, chodziło o to, że Anglicy, którzy kupili od Holandii Kolonię Przylądkową, zaczęli wprowadzać swoje prawa. Najpierw znieśli religię państwową (kalwinizm) i wprowadzili język angielski jako obowiązkowy. Jednak  czarę goryczy Burów przelało zniesienie w 1833 roku niewolnictwa. To właśnie wtedy zdecydowali się wyruszyć na nieznaną i niebezpieczną północ. Spakowali dobytek na wozy, zaprzęgli do nich woły i ruszyli w nieznane. Pokonanie ponad 1300 kilometrów zajęło im aż trzy lata. Zmagali się nie tylko z dziką przyrodą, brakiem szlaków, ale też musieli stawiać czoła wojowniczym Zulusom.

Spod pomnika Wielkiego Treku jedziemy do centrum Pretorii, a formalnie rzecz biorąc – Tshwane, bo tak, zgodnie z uchwałą rady miejskiej z 2005 r., brzmi nowa nazwa. Pretorię założył  w 1855 r. Marthinus Pretorius.  Jednak  swoją nazwę miasto zawdzięcza nie jemu, lecz jego ojcu Andriesowi, który jako dowódca Burów wsławił się rozgromieniem Zulusów w bitwie nad Blood River w 1838 r. Przypomnijmy, że dzięki posiadaniu broni palnej,  zaledwie pół tysiąca jego żołnierzy pokonało dziesięciotysięczną armię Zulusów. To była wręcz masakra, bo po stronie afrykańskiego plemienia było ponad trzy tysiące zabitych, podczas gdy wśród Burów zaledwie trzech żołnierzy odniosło rany.

Na szczycie wzgórza Meintjeskop znajduje się rozległy kompleks Union Buildings. Mieści się tu siedziba rządu  oraz biura prezydenta RPA. Do środka oczywiście nie wchodzimy, ale możemy z zewnątrz popatrzeć na zbudowany 111 lat temu okazały gmach, którego długość wynosi 285 metrów, a szerokość 100 m. Ze wzgórza doskonale widoczny jest wspomniany pomnik Wielkiego Treku. Tuż przed Union Building stoi  pomnik upamiętniający Afrykanów poległych podczas Wojny Burskiej, a nieco niżej rozciągają się ogólnie dostępne ogrody. U podnóża wzgórza  stoi  monument z uśmiechniętym Mandelą.  Madiba (klanowe imię Mandeli  z szeroko rozłożonymi rękami  zwrócony  jest  twarzą w stronę centrum Pretorii.

Po krótkiej przerwie na zakupy w supermarkecie sieci Pick n Pay Group  jedziemy do pobliskiego Safari&Lion Park. Mieści się on u podnóża wspaniałych Gór Magaliesberg, Miejsce to wpisane jest na listę UNESCO, gdyż uznawane jest za Kolebkę Ludzkości. Na terenie obejmującym 600 ha powierzchni przebywają likaony, lwy, antylopy, gepardy, hieny, zebry, żyrafy, gnu oraz impale.  Nie jest to zoo ani rezerwat, a raczej coś w rodzaju sierocińca dla zwierząt. Zwierzęta roślinożerne są odgrodzone od tych mięsożernych. Te ostatnie są co prawda sukcesywnie dokarmiane, ale mimo to nadal drzemie w nich instynkt drapieżców. Dlatego, aby uniknąć potencjalnego ataku,  turyści poruszają się wśród nich w szczelnie zakratowanych ciężarówkach. Ponoć zdarzyło się kiedyś, że komuś z ekipy „Gry o Tron” lew pogryzł rękę. Na ogół lwy wylegują się leniwie w trawie, jednak niektóre z nich podchodzą pod samą burtę samochodu i zadzierają głowy do góry, jakby chciały pozować do zdjęć. Podziwiać tutaj można też rzadko występujące w przyrodzie białe lwy.  Hien co prawda nie widzieliśmy, ale za to doskonale widoczne były podobne nieco  do nich likaony, zwane też dzikimi psami.

W pobliżu Parku Lwów znajduje się wioska Lesedi. Właściwie jest to skansen, w którym poznać można tradycje plemion  Zulu, Basotho, Pedi, Xhosa i Ndebele.  Już przed bramą witani jesteśmy wiązanką lokalnych pieśni. Ale to dopiero preludium do późniejszego koncertu, podczas którego posłuchamy chóralnych śpiewów i obejrzymy plemienne tańce. Wcześniej jednak mamy możliwość zaopatrzenia się w rozłożone na licznych straganach pamiątki. Znajdują się tu nieśmiertelne magnesy, ale jest też sporo wyrobów rękodzielniczych. W okrągłych chatach  na terenie Lesedi (miejsce światła) można też wykupić nocleg. Poza tym jest tu restauracja, w której można popróbować lokalnych potraw. W ofercie naszego biura zapewniano  nas o możliwości skosztowania mięsa z krokodyla, antylop i strusia. Skończyło się jednak tylko na wołowinie i jagnięcinie. Też zresztą bardzo smacznych.

Wtorek,  02.07.24

Śniadanie zjadamy już o szóstej, gdyż godzinę później wyruszamy w dość długą trasę. Naszym celem jest Panoramic Route, słynna droga widokowa w Górach Smoczych. Z początku za oknami autokaru widać tylko rozległe równiny, ciągnące się z obu stron autostrady.  Pożółkłe trawy często są wypalane, więc krajobraz urozmaicają czarne połacie. Później pojawiają się stada owiec  i krów, a po zjeździe na drogę N4 naszym oczom ukazują się  wzgórza pokryte gęstym lasem. Nie jest on jednak wytworem przyrody, lecz  dziełem rąk ludzkich. Posadzone w równych rzędach sosny na obszarze wielu kilometrów kwadratowych robią duże wrażenie. Podobnie jak liczne plantacje cytrusów. Ale to tylko przedsmak dla prawdziwej uczty dla oczu. Ta zaś zaczyna się już na kilkanaście kilometrów przed pierwszym postojem z punktem widokowym, kiedy to pojawiają się skalne formacje o fantastycznych kształtach. Zatrzymujemy się przy Three Rondavels (Trzy Chaty). Nazwa jest adekwatna do rzeczywistości, bo trzy sąsiadujące ze sobą wierzchołki gór przypominają do złudzenia oglądane dzień wcześniej chaty tubylców. W dole natomiast błyszczy w słońcu rzeka Blyde.  Parę kilometrów dalej, nad tą samą rzeką, odwiedzamy trzeci co do wielkości kanion na świecie (Blyde River Canyon). Nie schodzimy co prawda na jego dno, ale i z górnych zboczy doskonale widać jego urodę. Fantazyjnie poszarpane czerwone skały, strome klify połączone metalowymi mostkami i szum płynącej leniwie wody nie pozostawiają nikogo obojętnym. Chciałoby się ten widok na zawsze zachować przed oczami. Trzeba jednak ruszać dalej. Tym razem do wodospadu Lisbon (jest jeszcze Berlin). Lisbon Falls to właściwie dwa niezależne strumienie wody spadające z wysokości ponad 90 m. Można je obejrzeć tylko z góry, choć zapewne z poziomu rzeki widok byłby jeszcze bardziej atrakcyjny. Kolejnym godnym uwagi miejscem przy Panoramic Route jest bez wątpienia Okno Boga (God's Window). Znajduje się tam kilka punktów widokowych. Na niektóre z nich trzeba wspiąć się po dość stromych schodkach. Jednak z każdego widać  doskonale rozległą równinę, która rozciąga się pod siedmiuset metrowym klifem. Przy dobrej pogodzie zobaczyć można nawet Góry Lebombo przy granicy z Mozambikiem.

Po zachodzie słońca docieramy do hotelu „Pine Lake Inn” nad White River. Spędzimy tu trzy noce. Standard nieco gorszy niż w „Apollo”, ale otoczenie przyjemne.

Środa,  03.07.24

Tym razem pobudka już o czwartej. W pośpiechu wypijamy kawę, pobieramy suchy prowiant na śniadanie i już o piątej wyruszamy do Parku Krugera. Tu przesiadamy się na odkryte jeepy i jeszcze przed wschodem słońca przekraczamy bramę tego największego rezerwatu Południowej Afryki (powierzchnia ponad  2 miliony km kw.). Park założony został w 1898 r. przez Paula Krugera,  prezydenta ówczesnego Transwalu. Na zewnątrz jest 8 stopni C., ale uczucie zimna jest tak dojmujące, jakby był mróz. Spowodowane to jest smagającym twarze wiatrem wytwarzanym przez szybko jadące pojazdy. Dopiero po kilku godzinach temperatura przekracza 20 stopni, dzięki czemu safari staje się o wiele przyjemniejsze.  Jako pierwszego spotykamy geparda, ale dość daleko od drogi. Potem pojawiają się słonie. Te nie mają żadnych problemów z tym, żeby przechodzić tuż przed maskami samochodów. Potem pojawiają się w różnych miejscach i w różnych ilościach  lamparty, żyrafy, gnu, antylopy, guźce, zebry, bawoły, kudu, sępy, bociany afrykańskie, impale, nosorożce, hipopotamy i krokodyle. Do pełnej Afrykańskiej Piątki zabrakło nam tylko lwów. Tych jednak naoglądaliśmy się do woli dwa dni wcześniej w Lion Park.

Teren parku to dość  monotonne równiny  porośnięte  suchą trawą  i rachitycznymi krzewami oraz pojawiającymi  się  z rzadka drzewami. Od czasu do czasu  widać suche koryta rzek i skaliste  pagórki. Droga  jest w większości piaszczysta, ale  nie w kolorze ochry jak w Kenii.  Zwierzęta  są raczej przyzwyczajone do ludzi, nie uciekają przed samochodami, więc nie brakuje okazji do „upolowania” fotograficznych trofeów.

Czwartek, 04.07.24

Chimp Eden Jane Goodall Instytute to pełna nazwa sierocińca dla szympansów. Pochodzą one z wielu krajów afrykańskich (w RPA nie występują  w naturze). Niektóre z nich mają za sobą ciężkie przejścia, np. występy w cyrku, eksperymenty naukowe czy pobyt w ogrodach zoologicznych. Chimp Eden został utworzony w 2006 roku w rezerwacie przyrody Umhloti niedaleko Nelspruit. Przebywają w nim 33 szympansy. Są w różnym wieku. Najmłodsze mają po 17 lat, a najstarsza szympansica imieniem Joao liczy sobie około 80 lat. Przeważają jednak osobniki mające pomiędzy 20 – 40 lat. Podzielono je na trzy grupy, z czego dwie  można oglądać w specjalnych zagrodach, otoczonych dwoma warstwami drutów, w tym jednej pod napięciem. Podobnie jak ludzie (szympansy to przecież najbliżsi krewniacy człowieka) kłócą się i kochają, bawią się ze sobą i walczą o wpływy. Wyraźnie widać hierarchię w grupie, a każda próba jej naruszenia powoduje potężną awanturę. Wtedy szympansy krzyczą przeraźliwie, ganiają się i po prostu gryzą. Nie wszystkie też zadowolone są z obecności turystów. Szczególnie jeden z nich, który był kiedyś rażony prądem  w ramach różnych eksperymentów, okazuje wyraźną wrogość do ludzi. Okazuje to nie tylko gestami, ale też zbiera kamienie i rzuca nimi w odwiedzających. Zdarzyło się już, że jedna turystka została trafiona tak niefortunnie, że miała złamany nos. Od tej pory część platformy widokowej jest zasłonięta drucianą siatką.

Na obrzeżach Nelspruit znajduje się  Lowveld National Botanical  Garden. Można tu pospacerować po  sztucznie utworzonym lesie deszczowym, podziwiać baobaby z Madagaskaru, figowce  i wiele innych drzew i krzewów. Najciekawszy chyba jest jednak wodospad nad rzeką Krokodylą.  Nie jest zbyt wysoki, ale jego dwie kaskady wypływające spośród poszarpanych skał, wyglądają niezwykle malowniczo.

Piątek 05.07.24

Hotel opuszczamy o 9.15. Tym razem po raz ostatni. W drodze na lotnisko zwiedzamy jeszcze jaskinię.

Jaskinie Sudwala powstały  240 mln lat temu i zaliczają się do najstarszych na świecie. Wejście do nich znajduje się na wysokości 1 029 m n.p.m. Wcześniej trzeba tam jednak wjechać wąskimi serpentynami.  W tym momencie z trudem wyobrażam sobie, jak trafili do nich pierwsi ludzie. A wszystko na to wskazuje, że przebywali tam już we wczesnej epoce kamienia, czyli jakieś dwa i pół miliona lat temu. W czasach bardziej współczesnych, bo w XIX wieku, jaskinie używane były w charakterze twierdzy. Konkretnie zaś przez Somqubę, brata następcy tronu Suazi, który stoczył tu wiele bitew. Również podczas drugiej wojny burskiej, w 1900 roku, jaskinie były wykorzystywane przez Burów do przechowywania amunicji do ich 94-funtowych dział Long Tom. Wśród licznych stalaktytów, stalagmitów i stalagnatów wyróżnia się takie, jak: „Rakieta Lowveld”, „Filar Samsona”, „Wrzeszczący Potwór” czy „Płacząca Madonna”. Jest też urwany stalaktyt zwany „Dzwonem”, bo wydaje dźwięk przy uderzeniu w niego młotkiem. W jednej z komór, wyróżniających się doskonałą akustyką, urządzono amfiteatr.  W jaskiniach utrzymuje się temperatura 18 stopni  C., a w jednym wyżej położonym miejscu nawet 24 stopnie.  Ciekawostką jest, w jaki sposób następuje stały dopływ świeżego powietrza. Wiele wskazuje na to, że istnieją tam nieodkryte jeszcze szczeliny.

O 16.30 dotarliśmy na lotnisko w Johannesburgu.  Przy kontroli bezpieczeństwa jakiś nadgorliwy funkcjonariusz przyczepił się do plastikowego dinozaura, którego kupiliśmy dla wnuka. Upierał się, że musi być on zapakowany. W końcu jego koleżanka zlitowała się nad nami i dała nam reklamówkę, w którą mogliśmy zapakować maskotkę.

Wylecieliśmy  z małym opóźnieniem   o  21.00. Nad Mozambikiem było trochę  turbulencji, ale reszta ponad ośmiogodzinnego lotu przebiegła bez zakłóceń. W Dosze  znowu przeszliśmy drobiazgową kontrolę, łącznie z testem na narkotyki. Mimo wczesnej pory na lotnisku było już 36 stopni C. W dzień miało być już 43 stopnie, ale my już o 8.35 wylecieliśmy do Warszawy, gdzie wylądowaliśmy po pięciu godzinach spokojnego lotu.

Do Gdańska mieliśmy dojechać o 18.50. Jednak pociąg ekspresowy z Krakowa do Kołobrzegu, którym podróżowaliśmy, zatrzymał  się zaraz po wyjeździe z Warszawy Wschodniej. Poinformowano nas, że na Pradze doszło do wypadku z udziałem człowieka, w związku z czym będzie 40 minut opóźnienia. Ostatecznie opóźnienie wyniosło półtorej godziny. W ramach pocieszenia i wątpliwej rekompensaty obsługa pociągu dała nam po dodatkowej butelce wody i po jednym batoniku.

Ireneusz Gębski

























 


 

Esencja Cejlonu

 



Poniedziałek, 05.02.24

W niedzielę czwartego lutego wylatujemy z Okęcia zgodnie z planem, czyli o 15.05.  Boeing 347,  należący do linii Enter Air, po nieco ponad pięciu godzinach lotu ląduje na lotnisku  Ras Al Khaimah  w ZEA, żeby zatankować paliwo.  Po 45 minutach ponownie startujemy  i w niespełna  cztery godziny dolatujemy do Kolombo, gdzie przybywamy o 5.40 w poniedziałek piątego lutego (godzinę przed planowanym czasem przylotu). Jak to zwykle bywa w lotach czarterowych, na pokładzie serwowano katering tylko odpłatnie. Za darmo nie było nawet wody, co uważam za zbyt daleko idącą oszczędność ze strony Enter Air. Sam komfort lotu też pozostawia nieco do życzenia, bo na pokładzie brak monitorków, a tym samym oglądanie czy słuchanie czegokolwiek możliwe jest tylko na własnych smartfonach czy tabletach.

Odprawa paszportowa przebiega szybko i bezproblemowo. Przed terminalem lotniska  w Katunayake (CMB) oczekują na nas piloci z Rainbow oraz autokary lokalnego partnera turystycznego Green Holiday. Zanim jednak poznaliśmy naszą pilotkę Agnieszkę Płachtę, czekała mnie prawdziwa niespodzianka. Otóż w autokarze spotkałem Tyberiusza i Barbarę, z którymi prawie trzy lata temu zwiedzałem Dubaj i inne emiraty. Do tej pory tylko raz spotkałem te same osoby na dwóch różnych wycieczkach (Uzbekistan i Iran).

Po drodze do hotelu wymieniamy dolary na rupie lankijskie. Funkcję kantoru pełni przewodnik ze wspomnianego Green Holiday.  Płaci 300 rupii za jednego dolara. To nieco gorszy kurs niż na lotnisku, ale za to bardzo wygodny, bo nie trzeba wypełniać żadnych dokumentów ani pokazywać paszportu.

Kwaterujemy się w hotelu  Pegasus Reef w Wattala, jakieś 10 kilometrów od centrum Kolombo. Hotel jest niby czterogwiazdkowy, ale trochę na wyrost. W pokoju nie ma lodówki, a poza tym skrzywiony klucz uniemożliwia otwarcie drzwi. Recepcja nie posiada zapasowego, więc ostatecznie otrzymujemy inny pokój. To jednak nie koniec przygód! Po otwarciu walizki okazało się bowiem, że moje ubrania zażyły nieplanowanej kąpieli z powodu pęknięcia puszki z Colą, ale to już nie wina hotelu…

Po śniadaniu i parogodzinnym odpoczynku wyjeżdżamy do Kolombo. Jest pochmurno i trochę kropi deszcz. Pilotka mówi, że zmiany klimatyczne powodują, iż pora deszczowa staje się coraz bardziej nieprzewidywalna.

W siódmej dzielnicy Kolombo na Placu Niepodległości oglądamy salę audiencyjną, wzorowaną na tej z Kandy. Upamiętnia ona odzyskanie niepodległości Sri Lanki w 1948 roku spod panowania Brytyjczyków.  Przed tą kamienną budowlą, składającą się z licznych kolumn, stoi pomnik pierwszego premiera Sri Lanki, którym był Don Stephen Senanayake. W oddali widać wieżę telewizyjną (Lotus Tower), o wysokości  356 metrów. Jest to najwyższy tego typu obiekt w Azji południowej i 19. na świecie. Wewnątrz  znajduje się muzeum telekomunikacji, restauracje i taras widokowy.

Następnie przejeżdżamy obok gmachu ratusza i zatrzymujemy się przy posągu Złotego Buddy w parku  Viharamahadevi. Pilnuje go strażnik, który nie pozwala fotografować się na jego tle. Podobno Budda spędził kilka lat na Sri Lance, więc być może z tego powodu otaczany jest powszechnym szacunkiem. Nieopodal posągu uliczny sprzedawca oferuje świeże kokosy po 200 rupii, czyli za 2,60 zł (w lokalnym sklepiku są po 150) za sztukę. Sok tego owocu zawiera  wiele składników mineralnych.

Świątynia Gangaramaya  na wyspie to obiekt z XIX wieku. Architektura świątyni jest fascynującym połączeniem różnych stylów artystycznych, w tym lankijskiego, chińskiego, tajskiego, birmańskiego i innych. Mile widziani są tu przedstawiciele wszystkich wyznań, gdyż jest to miejsce mające służyć integracji. Urokliwe położenie świątyni, w otoczeniu wody i widocznych w oddali wieżowców, przyciąga wielu turystów, a także miejscowych. Podobno jest to jedyne miejsce, gdzie zakochani mogą się publicznie przytulać i całować. Normalnie bowiem na Sri Lance takie zachowania nie są akceptowane. Jednocześnie trzeba zachować szacunek do tego miejsca poprzez stosowny ubiór (zakryte ramiona i kolana) i zdjęcie obuwia przed wejściem.

Przed powrotem do hotelu zaglądamy do marketu Cargils Food  City. Ceny porównywalne są z polskimi, a niektóre produkty są nawet tańsze. Przykładowo za  200 gram herbaty Melsna Rich płacimy 610 rupii (dwa dolary). Natomiast za piwo Lion Strong 0,5 l 670. Tu istotna informacja: wszystkie alkohole są sprzedawane na oddzielnych stoiskach, bądź też na zapleczu marketów. Nie można też wejść na dział monopolowy, żeby sobie wybrać jakiś trunek z półki. Klienci oddzieleni są bowiem metalową kratą od sprzedawcy, który podaje im zamówione  butelki czy puszki przez niewielkie okienko. A skoro mowa o piwie, to w hotelowej restauracji za butelkę Carlsberga  do kolacji trzeba wybulić  już 1478 rupii, z czego 1100 to cena piwa, a reszta to różnego rodzaju narzuty.

 

Wtorek,  06.02.24

O wpół do ósmej wyjeżdżamy przez zakorkowane licznymi tuktukami, samochodami i autobusami Kolombo do Pinnawali. Jest to wioska oddalona około 90 kilometrów od dawnej stolicy, znana głównie z sierocińca dla słoni. Zanim tam jednak dojedziemy, mijamy po drodze duże plantacje kauczuku. Wspominam o tym, bo tak się złożyło, że po raz pierwszy miałem okazję obejrzeć z bliska drzewa kauczukowe.

Do Pinnawali docieramy tuż przed dziesiątą. Akurat trwa wyprowadzanie słoni do pobliskiej rzeki. W tym celu wstrzymuje się ruch drogowy, gdyż te ogromne zwierzęta muszą przejść przez ulicę. Część z nich zostaje jednak w zagrodzie. Możemy do nich podejść i je pokarmić (zestaw owoców kosztuje 590 rupii). W sierocińcu przebywają nie tylko  młode słoniątka, ale też te starsze, często okaleczone (jeden ma odgryzione przez lamparta ucho). Poza tym nawet całkiem zdrowe słonie muszą tu przebywać do końca swoich dni. Nie dałyby sobie bowiem rady w naturalnym środowisku po latach uzależnienia od pomocy człowieka. Za możliwość umycia słonia trzeba zapłacić 790 rupii. Słonie bardzo chętnie poddają się masażowi skorupą kokosa, leżąc cierpliwie w wodzie. Kilkusetmetrowy odcinek drogi pomiędzy rzeką a sierocińcem zapchany jest mnóstwem straganów z pamiątkami. Ciekawie prezentuje się manufaktura, w której wyrabia się papier z odchodów słoni. Główna produkcja notatników, obrazków i innej galanterii papierowej odbywa się prawdopodobnie gdzie indziej, ale czymś przecież trzeba zachęcić turystów do robienia zakupów. Nie bez kozery przed sklepem stoi figurka słonia będącego w trakcie defekacji.

Po lunchu w formie bufetu, w cenie dziesięciu dolarów od osoby, jedziemy do Dambulli. Znajduje się tutaj Złota Świątynia Dambulla składająca się z pięciu świątyń jaskiniowych. Obiekt jest wpisany na listę UNESCO i stanowi jedno z najważniejszych na Sri Lance miejsc kultu buddyjskiego. Powstawał na przestrzeni wielu wieków, bo od I p.n.e do XVIII  naszej ery.  Nie liczyłem co prawda, ale według zapewnień przewodniczki znajduje się tutaj 155 posągów Buddy. Żeby dostać się do wykutych w skale grot, trzeba wspiąć się  po schodach lub wejść biegnącą obok nich nieco stromą  ścieżką.  Przed wejściem trzeba oczywiście zdjąć buty oraz zakryć ramiona i kolana. Właściwie to standard we wszystkich tutejszych świątyniach. Podobnie jak kręcące się wokół makaki, które tylko czyhają na okazję, żeby coś skubnąć nieostrożnemu turyście. O Dambulli było głośno na całym świecie, gdy w wyniku zamachu terrorystycznego  dokonanego w 2006 roku przez samobójcę z Tamilskich Tygrysów, zginęły tu 92 osoby. Schodząc ze wzgórza świątynnego zatrzymujemy się na chwilę przy ogromnym posągu złotego Buddy,  u podnóża którego znajduje się muzeum buddyjskie. Swoją drogą niezbyt gustowna budowla.

O 16.30 kwaterujemy się w hotelu Nice Place. Jest to kompleks kilku bungalowów, zlokalizowany wśród bujnej zieleni, z daleka od głównej drogi. Za oknami słychać odgłosy ptaków, po ścianach śmigają gekony, notabene bardzo pożyteczne stworzenia, bo zjadają komary. Jest lodówka, taras oraz balkon, ale za to Wi-fi jest bardzo słabe. W tym miejscu spędzimy dwie noce.

Przed kolacją jedziemy na masaż ayurwedyjski. Co to takiego? Cytuję za Internetem: Abhyanga to klasyczny masaż ajurwedyjski, który polega na masowaniu ciała ciepłymi olejami roślinnymi oraz esencjonalnymi ziołami. Wykonywany jest na całym ciele, z wyjątkiem strefy intymnej, a jego głównym celem jest usunięcie toksyn, odżywienie skóry oraz wzmocnienie mięśni. Dodam, że masaż olejkiem kokosowym trwał przez godzinę i rzeczywiście był bardzo dokładny. Po jego zakończeniu czekał nas jeszcze piętnastominutowy pobyt w saunie. Koszt tej usługi wraz z transportem w obie strony wyniósł 50 dolarów. Czy warto było? Nie jestem pewien, bo na drugi dzień kręgosłup bolał mnie bardziej niż zazwyczaj…

 

Środa,  07.02.24

Po śniadaniu jedziemy do Polonnaruwy. Jest to jedna z dawnych stolic Sri Lanki, z której do czasów obecnych niewiele przetrwało. Niemniej jednak obiekt jest wpisany na listę dziedzictwa kulturowego UNESCO. Bilet wstępu kosztuje  30 dolarów. Podziwiać możemy ruiny pałacu królewskiego, w tym salę audiencyjną i basen. Ponoć budowla miała kiedyś siedem pięter. Trzeba więc mocno wysilić wyobraźnię, żeby sobie uzmysłowić ogrom tego pałacu. Wokół pałacu oraz przy pobliskich świątyniach kręci się mnóstwo handlarzy pamiątek, w tym jeden z protezami nóg. Nabywamy u niego zestaw dziesięciu magnesów za dwa tysiące rupii. Za litrową Colę trzeba tu zapłacić 600 rupii (w małym sklepiku na prowincji tylko 300).

Kompleks  świątyń  buddyjskich w Polonnaruwie do złudzenia przypomina kambodżański Angkor Wat. Tak samo był zapomniany i porośnięty dżunglą, czego ślady widać do dzisiaj.  Ruiny ruinami, ale wymagają takiego samego szacunku jak współczesne świątynie, Przed wejściem do środka należy więc zdjąć buty oraz zakryć ramiona i kolana.  Co ciekawe, goły brzuch w przypadku kobiet ubranych w sari nikomu nie przeszkadza. Nie będę tu wymieniał wszystkich świątyń wchodzących w skład  tzw. czworokąta świątynnego, bo jest ich bodajże dziewięć, z czego najlepiej zachowana jest Thuparama. Mnie osobiście najbardziej podobała się Vatadage, czyli „Okrągła Świątynia”. Stałymi bywalcami Polonnaruwy, obok turystów i handlarzy, są małpy a także warany, choć tych ostatnich jest znacznie mniej.

W ramach wycieczki fakultatywnej (50 USD od osoby) odwiedzamy wioskę lankijską Hiriwadunna, zlokalizowaną w pobliżu drogi A6. Na skraju tej właśnie drogi czekają na nas dwukołowe traktorki z niewielkimi przyczepkami. Zanim jednak na nie wsiądziemy, po 6 osób na każdą, otrzymujemy do wpicia powitalnego kokosa. Potem jedziemy wąską dróżką, częściowo utwardzoną, a częściowo pełną błotnistych kolein w kolorze ochry. Mijamy ukryte wśród bujnej zieleni mniej lub bardziej okazałe domy, stadka krów, suszący się gdzieniegdzie na płachtach ryż oraz zaprzęgi ciągnione przez bawoły. Po dotarciu nad niewielki zbiornik wodny przesiadamy się na mini katamarany. Są to dwie wąskie łódki połączone pomostem, na którym siadamy w szóstkę, spuszczając nogi do łódek. Nasz przewoźnik, sprawnie operując jednym wiosłem, kieruje swoją jednostkę na środek akwenu. Prosto na duże kępy lotosów, z których zrywa kwiaty i wręcza naszym paniom.. Pokazuje nam też pelikany i czaple złociste, wystające na liściach lotosu.

Wioska Hiriwadunna nie jest pokazówką dla turystów, jak podobne  tego rodzaju miejsca, np. w Kenii. Tu ludzie na co dzień mieszkają i pracują. Owszem, jest jedna lepianka, przypominająca dawne czasy, ale nikt w niej nie mieszka. Mamy natomiast możliwość obejrzenia wnętrza współczesnego domu lankijskiego. W sumie niewiele różniącego się od naszych. Ale oczywiście pokazy i prezentacje też były. Mogliśmy spróbować placków roti, herbaty z kolendry, zapalić miejscowego papierosa i pożuć betel. Ponadto gospodynie pokazywały nam  produkty  z kokosa (nawet nie wiedziałem, że może ich być tak dużo) oraz demonstrowały wyrób mat z liści drzewa kokosowego. Obejrzeliśmy też domek rolnika na palach.  Są one używane na polach ryżowych, kiedy trzeba je chronić przed zadeptaniem przez słonie.

Na lunch, będący w cenie wycieczki, pojechaliśmy tuktukami. Nie jestem w stanie wymienić nazw dań wystawionych w bufecie, ale było ich chyba z dziesięć. Mniej lub bardziej pikantne, ale wszystkie smaczne. Do tego małe banany i woda.

Po obiedzie wsiedliśmy do samochodów terenowych i pojechaliśmy do Parku Narodowego Hurulu Eco, gdzie właśnie przywędrowało stado słoni. W sumie były one jedną z niewielu atrakcji tego parku. Poza nimi widzieliśmy tylko jednego orła, jakiegoś węża, dwa pawie i trochę innych ptaków. Jak na safari to niewiele. Po prostu mieliśmy pecha, bo w parku Minneriya, do którego pierwotnie mieliśmy jechać, można spotkać niedźwiedzie, krokodyle, dziki, bawoły, a nawet lamparty. Niestety, po niedawnych ulewach drogi są tam nieprzejezdne. W „naszym” parku też na wielu odcinkach było głębokie błoto oraz spore kałuże, z którymi nasze jeepy ledwo sobie radziły.

 

 Czwartek, 08.02.24

Z samego rana wyjechaliśmy w kierunki Sigiriyi. Pośpiech był wskazany z dwóch powodów: zdążyć przed upałem i wyprzedzić inne grupy, chętne do zdobycia  „Lwiej Skały”.  Za możliwość wspięcia się na 180-metrową skałę (jej szczyt znajduje się na wysokości 335 m.n.p..) trzeba zapłacić 36 dolarów. Co ciekawego jest na tej ogromnej bryle magmy? W tej chwili niewiele, ale w piątym wieku znajdowała się tu forteca oraz pałac króla Kassapy. Schronił się on tutaj w obawie przed zemstą przyrodniego brata, którego pozbawił tronu. Do tej pory zachowały się fundamenty pałacu oraz skalne malowidła. Te ostatnie przedstawiają kobiety z bujnymi piersiami, być może damy dworu lub królewskie nałożnice. Niestety, pod żadnym pozorem nie wolno ich fotografować. Do skalnej galerii wchodzi się kręconymi schodami, które przywieziono z londyńskiego metra.  Na szczyt zaś  wiodą częściowo zrekonstruowane, a częściowo doczepione metalowe schodki. Podobno jest ich łącznie 1 232. Miejscami są dość strome, ale wejście na szczyt dla w miarę sprawnego człowieka nie powinno być problemem (z naszej grupy tylko 3 osoby zrezygnowały). Byłem świadkiem, gdy pewien starszy i tęgi pan z wysiłkiem pokonywał ostatnie stopnie, sapiąc i wzdychając przy każdym kroku „O Jezu”. Brawo za ambicję i samozaparcie, ale czy warto tak ryzykować, jeżeli nie ma się dobrej kondycji?  Z drugiej jednak strony patrząc, widoki z wierzchołka wynagradzają wysiłek i można nawet powiedzieć, że kto Sigriyi nie zobaczy, ten Sri Lanki nie odhaczy. A swoją drogą, ciekawe jak przed  z górą piętnastoma wiekami wnoszono tu materiały budowlane i zaopatrzenie?

Przy okazji prezentacji wyrobów z jedwabiu dowiedziałem się, że paszminę wykonuje się z puchu porastającego podbródek kozy himalajskiej, a kaszmir z wełny pokrywającej resztę jej ciała. Poza tym pokazano nam, jak ubiera się sari. Oczywiście, długi na 6 metrów pas materiału, drapowano na  naszych towarzyszkach. Generalnie był to wstęp i zachęta do robienia zakupów w ogromnym sklepie. Można było nawet zamówić sobie jedwabny garnitur na miarę. Byłby on uszyty w ciągu jednego dnia i dostarczony do hotelu w cenie około półtora tysiąca zł. Póki co ograniczyliśmy się do nabycia T-shirtów po tysiąc rupii za sztukę.

Lunch tym razem kosztował tylko 2 500 rupii. Na deser otrzymaliśmy owoc  jackfruita (chlebowiec różnolistny). Ciekawostką w tym lokalu była toaleta bez tylnej ściany, czyli bardzo przewiewna. W odległości około metra wznosił się wysoki mur, więc nie było obawy o możliwość podglądania.

W przylegającym do restauracji ogrodzie przypraw obejrzeliśmy drzewa i krzewy, na których rosną: pieprz, aloes, kawa, wanilia, citrinella, gałka  muszkatołowa,  kardamon, alpinia, cynamon, ananas, kokos, goździki, kurkuma i kakaowiec. Zobaczyliśmy też drzewo sandałowe oraz wspomniany wyżej jackfruit. Potem była degustacja herbaty, masaże różnymi kremami i olejkami, a na końcu tradycyjnie już wizyta w sklepie z tymi wszystkimi – ponoć bardzo zdrowymi – specyfikami. Cóż, ceny na pewno były zdrowo wywindowane…

Przed szesnastą wyruszyliśmy w drogę do Kandy. Po przyjeździe zakwaterowaliśmy się w pochodzącym z XIX wieku hotelu Queens, po czym spacerkiem udaliśmy się do pobliskiej Świątyni Zęba. Świątynia ta, zlokalizowana nad brzegiem jeziora, jest jednym z najbardziej znanych miejsc na Sri Lance. Jest to zarazem najważniejszy obiekt kultu dla buddystów. Znajduje się tu bowiem, jeśli wierzyć przekazom, relikwia Zęba Buddy. Nie można go co prawda obejrzeć, ale można za to podziwiać ząb słonia Radży, który przez 18 lat nosił na swoim grzbiecie w procesjach szkatułę z relikwią. Gdy w końcu odszedł z tego świata ze starości, w ramach wdzięczności został wypchany i jest eksponowany w specjalnej gablocie. Dla niektórych turystów ten widok jest nieco makabryczny, ale większość nie ma nic przeciwko takiemu upamiętnieniu zasłużonego zwierzęcia. O 18.30 mogliśmy obejrzeć ceremonię pudży. Mnisi wyszli ze swoich cel i przy akompaniamencie bębnów i innych instrumentów przedefilowali przed główny ołtarz. Ceremonii przyglądało się wielu turystów, ale przede wszystkim jej aktywni uczestnicy, czyli buddyści. Przynieśli wiele kwiatów, zapalili świeczki i w skupieniu oddawali się modłom.

Ciekawostka z hotelu Queens, ale nie tylko: wszelkie rury kanalizacyjne i wodociągowe poprowadzone są na zewnątrz ścian budynku. Nie wygląda to zbyt estetycznie, ale jest dość praktyczne. W tym klimacie nie grozi przecież zamarznięcie rur…

 

Piątek,  09.02.24

Dzień zaczynamy od odwiedzenia Muzeum Szafirów. Na początek oglądamy dziesięciominutowy film, w którym przedstawiony jest żmudny proces kopania kamieni szlachetnych. Z grubsza rzecz biorąc, polega to na wyznaczeniu miejsca, wykopaniu kilkunastometrowego szybu, jego oszalowaniu, a potem wydobywaniu szlamu, z którego – jak się uda – odsiewa się cenne minerały. A jeżeli nie, to kopie się w innym miejscu. Szczęście musi przecież kiedyś dopisać. Następnie zostajemy oprowadzeni po pokazowej manufakturze, w której szlifuje się i obrabia kamienie. No i na końcu nieuchronna w takich przypadkach wizyta w sklepie z biżuterią. Tu otacza nas chmara sprzedawców, którzy usiłują zachęcić nas do robienia zakupów. Na mój gust jest za drogo, ale parę osób z naszej grupy skusiło się na jakieś kolczyki i pierścionki. Gdyby ktoś był zainteresowany, to firma nazywa się Handuni’s Gems&Jewellery.

Z Kandy kierujemy się trasą A5 w kierunku Rambody. Krajobraz robi się coraz bardziej górzysty, a droga kręta. Wokół pełno zieleni i niewielkich wodospadów. Przy jednym z nich (Ramboda), spływającym dwoma strugami z wysokości stu metrów, zatrzymujemy się na zrobienie zdjęć. Można je wykonać bezpośrednio z pobocza drogi, ale lepiej z punktu widokowego na dachu pobliskiego budynku. Sęk w tym, że aby wejść na dach, trzeba przejść przez sklep z wyrobami z drewna. Kuszą tu różne maski, bibeloty i różnorakie figurki.

Potem mijamy coraz liczniejsze tarasowe pola porośnięte krzewami herbaty. Wreszcie zatrzymujemy się przy Bluefield Tea Factory. Na spotkanie wychodzi  nam grupa zbieraczek herbaty z charakterystycznie zamocowanymi na czołach uchwytami zawieszonych na plecach worków. My dostajemy o wiele praktyczniejsze koszyki na szelkach. Wchodzimy z paniami na herbaciane pola i robimy sobie z nimi zdjęcia.  Dla nas to atrakcja, a dla nich możliwość dorobienia do skromniutkiego wynagrodzenia, a przy okazji chwila odpoczynku od żmudnego zrywania herbacianych listków.

Po tej mini sesji fotograficznej wchodzimy do zakładu i śledzimy kolejne etapy powstawania herbaty, czyli suszenie, fermentację i konfekcjonowanie. W większości są to procesy zmechanizowane. Wreszcie przychodzi pora na degustację. Próbujemy aż dwunastu gatunków herbaty. Te najlepsze i najdroższe z tipsów, czyli pojedynczych nie rozwiniętych jeszcze listków (golden i silver tips), potem zielone  i te najtańsze z drobno pokruszonych liści, niemalże zmiotków. A co potem? Oczywiście sklep! A w nim tak różnorodny asortyment herbat, że laikowi z wrażenia oczy wychodzą z orbit. Ostatecznie coś tam kupujemy na wyczucie. Trochę dla siebie, trochę na prezenty.

Po lunchu jedziemy do hotelu Pegasus Reef w Wattala, w którym spędziliśmy pierwszą noc na Sri Lance. To już ostatni dzień zwiedzania. Jutro rozjedziemy się do różnych hoteli na wypoczynek. Organizatorzy przygotowali nam miłą niespodziankę na zakończenie wspólnego etapu podróży. Otóż zostaliśmy poczęstowani arakiem oraz czipsami z manioku. Po paru kolejkach w autokarze zrobiło się na tyle wesoło, że rozpoczęły się śpiewy. Miejscowy przewodnik Randżip przybliżał nam lankijskie melodie, a nasze panie z ochotą sięgały do repertuaru polskiej piosenki biesiadnej. Jeszcze tylko zbiórka na napiwek dla obsługi (500 rupii od osoby) i nadszedł czas pożegnania.

W Pegasus  Reff otrzymujemy tym razem pokój nr 205. Nie ma żadnych przykrych niespodzianek. Za to Tyberiusz i Barbara trafiają do naszego poprzedniego pokoju  (216). Okazuje się, że klucz nadal nie jest dorobiony i są problemy z otwarciem drzwi.

 

Sobota, 10.02.24

O dziewiątej wsiadamy do autokaru z grupą Czechów i jedziemy na południe od Kolombo. Nasz hotel Citrus Waskaduwa jest pierwszy na trasie. Dojazd zajmuje nam półtorej godziny. Pozostali muszą jechać jeszcze przez kilka godzin.

Hotel sprawia przyjemne wrażenie. Doba hotelowa zaczyna się od godziny czternastej, ale my otrzymujemy klucz już o jedenastej. Nasz pokój nr 214 znajduje się na drugim piętrze. Z balkonu widzimy zarówno basen, jak i ocean. Oddziela je tylko pas trawnika i plaży. Wyposażenie bez zarzutu: lodówka, sejf, klimatyzacja, czajnik (kawa i herbata sukcesywnie uzupełniane) telewizor, Wi-Fi, szlafroki, kapcie. Jedynie suszarka wymaga naprawy lub wymiany (następnego dnia okazało się, że była to wina zwarcia w gniazdku). Woda w oceanie cieplutka, a piasek wręcz parzy stopy. Temperatura 33 stopnie C. Posiłki w restauracji w formie bufetu. Duży wybór dań, zarówno miejscowych jak i europejskich. No to wypoczywajmy…

 

Niedziela, 11.02.24

Z hotelu Citrus do drogi A2 można dostać się jedną z wąskich uliczek. Obojętnie, którą z nich pójdziemy, czeka nas przejście przez tory kolejowe. Trzeba tu szczególnie uważać, bo pociągi jeżdżą dość często, a szlabany są nie wszędzie. Dalej, idąc już wspomnianą A2 w kierunku Kalutary, również trzeba mieć oczy szeroko otwarte i wyczulony słuch. Nieustannie przemykają tu bowiem autobusy, samochody, tuktuki, skutery i rowery, a pobocza praktycznie nie ma. Dopiero po dojściu do Kalutary, czyli po ponad pięciu kilometrach marszu, zobaczyć można chodniki. Kiedy dochodziłem do mostu nad rzeką Galu-ganga (Czarna Rzeka), zaczepił mnie jakiś miejscowy. Przedstawił się jako Mala. Wypytał mnie o kraj pochodzenia, rodzinę, pracę i tp. Następnie zaś zaczął opowiadać o sobie. Dziwnym trafem okazało się, że pracuje on w hotelu Citrus jako ogrodnik (przypomniał sobie o tym, gdy dowiedział się, że tam mieszkam). Już wtedy wiedziałem, że będzie chciał mnie oprowadzać po mieście. Nie miałem nic przeciwko temu, bo nie bardzo wiedziałem, gdzie szukać sklepu z alkoholem. Nie sądziłem jednak, że ta usługa będzie mnie sporo kosztować. Ale po kolei…

Już z mostu widać było imponującą kopułę pagody Gangatilake Vihara. Wyraziłem chęć jej obejrzenia, bo wiedziałem, że jest to jedyna tego rodzaju stupa na świecie i jedna z największych na Sri Lance, która jest w środku pusta. Jej wnętrze zdobią 74 malowidła, na których przedstawiona jest historia wcieleń Buddy (tzw. Dżataka). Mala ochoczo pokazywał   mi wszystkie elementy, co rusz podchodząc do strażników i mnichów, by zamienić z nimi parę słów. Po chwili zobaczyliśmy procesję z darami. Wtedy Mala zaczął mi zawile wyjaśniać, że  powinienem kupić mleko dla mnichów jako formę donacji, bo tu nie ma opłat za wstęp, a przecież oni muszą coś jeść. Ok, pomyślałem sobie – mleko to niewielki wydatek. Mogę kupić, czemu nie? Najpierw jednak podjechaliśmy tuktukiem do sklepu monopolowego, gdzie zrobiłem zakupy dla siebie. Natomiast w pobliskim markecie Mala wziął z półki jakąś puszkę i podał mi, żebym za nią zapłacił. Przy kasie okazało się, że nie jest to żadne mleko, lecz suplement diety o nazwie Sustagen Vanila i kosztuje 3 900 rupii lankijskich (czyli około 50 zł). Trochę mnie to zirytowało, ale zapłaciłem. Po wyjściu ze sklepu Mala zaczął domagać się zapłaty dla siebie, bo przecież to „mleko” on odda mnichom. Oczywiście nie uwierzyłem mu, ale na odczepnego dałem mu jeszcze 500 rupii. Krzywił się, że za mało, ale tym razem byłem stanowczy.  

Kierowcy tuktuka, który przewiózł mnie spod pagody do sklepu monopolowego, a następnie do hotelu Citrus, zapłaciłem tysiąc rupii. Też nieco przepłaciłem, ale to była przynajmniej rzetelnie wykonana  usługa.

 

Poniedziałek, 12.02.24

Poszedłem rano do recepcji, żeby uregulować należność za piwo, które wypiłem poprzedniego dnia  do kolacji (Lion o pojemności 0,625 l ). Miałem do zapłacenia tysiąc rupii. Takie samo piwo w sklepie kosztowało 570 rupii, ale nie o to mi teraz chodzi. O wiele ciekawszy był bowiem rachunek, który otrzymałem: imienny, wydrukowany na firmowym papierze i zapakowany do eleganckiej koperty z nadrukiem „Citrus”.  Jeszcze ciekawsza była specyfikacja, w której zamiast wspomnianego piwa umieszczono pozycję Lemon Sun (cytrynowe słońce). Nie jest to bynajmniej nazwa jakiegoś drinka, lecz restauracji, w której ostatnio jadamy posiłki. Ot, dyskrecja…

Odbyłem dziesięciokilometrowy spacer po plaży. Na południe od hotelu Citrus nie jest ona zbyt długa, gdyż już po dwóch kilometrach kończy się piasek i rozpoczyna się trudny do przebycia kamienisty brzeg. Natomiast w kierunku północnym można iść o wiele dalej. Jak daleko, tego jeszcze nie sprawdziłem. Po stronie południowej znajduje się kilka hoteli i pensjonatów, więc nie brakuje tu sprzedawców kokosów, koszul, czapek, klapek i tp. Zaczepiają wszystkich, ale nie są zbyt namolni. Od strony północnej nie widać żadnej infrastruktury turystycznej. Spotkać za to można rybaków, kąpiące się dzieci, wałęsające się tu i ówdzie psy oraz nudzących się miejscowych, którzy próbują nawiązać rozmowę.

Woda w Oceanie Indyjskim jest bardzo ciepła. Jednak kąpiel nie zawsze jest bezpieczna. Przez dwa poprzednie dni na wysokości hotelu Citrus wywieszona była czerwona flaga. Ponadto na płocie oddzielającym teren hotelu od plaży widnieje ostrzeżenie o tym, że pływać można tylko na własną odpowiedzialność. W pobliżu brzegu nie jest co prawda głęboko, ale silne fale potrafią zbić z nóg, a wtedy wystarczy się zachłystnąć słoną wodą i nieszczęście gotowe. Warto wiedzieć, że utonięcia są drugą po wypadkach drogowych przyczyną zgonów turystów na Sri Lance.

Wieczorem na terenie hotelu odbyło się lankijskie wesele. Piszę „na terenie”, bo nie  w hotelowych wnętrzach, lecz w specjalnie zmontowanym namiocie. Jego rozkładanie rozpoczęto już poprzedniego dnia. Dzisiaj wstawiono tylko stoły i krzesła oraz przyozdobiono kwiatami  ściany.  Od osiemnastej zaczęli zjeżdżać goście, których na liście było ponad dwustu. Mężczyźni w garniturach, niektóre kobiety w sari, inne w bardziej uniwersalnych strojach. Młoda para wraz z towarzyszącym orszakiem przybyła przed dziewiętnastą. Didżeje serwowali muzykę ogólnoświatową oraz lokalną. Na środku namiotu ustawiono czteropiętrowy tort. Goście bawili się do północy. Potem wystrzelono trochę fajerwerków i impreza dobiegła końca. Rano nie było ani śladu po weselu ani po namiocie. To się nazywa dobra organizacja!

 

Wtorek, 13.02.24

Ponownie przeszedłem się do Kalutary. Znowu trafiłem na procesję przy pagodzie oraz odwiedziłem sklep monopolowy. Nabyłem tam trzy butelki araku (pojemność 0,375 po 1 830 rupii) oraz parę piwo Lion  w takiej samej cenie jak poprzednio. Drogę powrotną odbyłem tuktukiem. Cenę stargowałem co prawda do 800 rupii, ale kierowca był sympatyczny, więc dałem mu tysiąc.

Dzisiaj dzień pod znakiem awarii. Najpierw zepsuł się samozamykacz  przy drzwiach. Zgłosiłem więc usterkę do recepcji. Po paru minutach przyszło dwóch pracowników. Popatrzyli, pokręcili głowami i poszli po „specjalistę” (oni byli w pomarańczowych uniformach, a on w granatowym. Ten przyniósł drabinę, wszedł na nią i zdemontował felerny element. Obiecał, że jutro przyniesie nowy.

Druga awaria była bardziej prozaiczna. Spod sedesu zaczęła wydobywać się woda, która zalewała łazienkę. Był to efekt zapchania się rury odpływowej.

Poza tym czterokrotnie wystąpił krótkotrwały zanik prądu. W ślad za tym szły o wiele dłuższe przerwy w dostępie do łączności internetowej. Na dokładkę  ktoś nas obudził przed północą, chrobocąc kluczem w zamku naszych drzwi. Ewidentnie pomylił pokój, ale skutecznie wybił mnie ze snu. W hotelu nie ma co prawda pokoju z numerem trzynastym, ale widać sama data wystarczy do pecha…

Po południu zachmurzyło się i temperatura spadła do 26 stopni C. Nie było jednak prognozowanych burz ani opadów.

 

Środa, 14.02.24

Publiczna plaża oddzielona jest od terenu naszego hotelu płotem. Pracownicy ochrony pilnują, aby wszelkiej maści handlarze nie przekraczali granicy pomiędzy piaskiem a trawnikiem. Stoją więc od strony oceanu kobiety, zachęcające do zakupu wywieszonych na płocie koszul, sukienek i tp. Cały tej majdan codziennie rano rozwieszają, a wraz z zachodem słońca pakują do toreb i oddalają się do swoich mieszkań. Od czasu do czasu przy furtce pojawia się sprzedawca kokosów lub faceci z wężem i małpką. Ci ostatni zachęcają do zdjęć ze swoimi pupilami. Ot, jak wszędzie, każdy chce zarobić…

Czapelki złociste zaanektowały rano nasze leżaki, więc udałem się na spacer po plaży. Oczywiście żartuję, bo już wcześniej miałem plan spenetrowania północnego wybrzeża. Pod drodze zaczepiły mnie dzieciaki proszące o zdjęcie. Pstryknąłem im kilka fotek i dałem  nieco rupii. Trochę dalej zobaczyłem dwie wiosłowe  łodzie rybackie, które były właśnie spychane do wody. Do każdej z  nich weszło po dziesięć osób. Widząc moje zainteresowanie, jeden z miejscowych podszedł do mnie i wyjaśnił,  że to już drugie dzisiaj wypłynięcie na połów. Podobno rano rybacy prawie nic nie złowili.

- Ocean jest pusty – tłumaczył mi przygodny informator.

Pokiwałem głową i poszedłem w swoją stronę, żeby dalej spalać zbędne kalorie (12 km spaceru, a do wieczora łącznie 23 488 kroków).

 

Czwartek, 15.02.24

Ostatni spacer. Tym razem nie po plaży, bo wczoraj porobiły mi się odciski pod palcami, gdy boso przemierzałem brzeg Oceanu Indyjskiego, a konkretniej: Morza Lakkadiwskiego. Przespacerowałem się w stronę Wadduwa. Obejrzałem miejscowy cmentarz (pierwszy na Sri Lance, nie licząc Kolombo). Pogapiłem się na krowy  łażące po torach i pociągi śmigające z otwartymi na oścież drzwiami. Po powrocie stoczyłem małą batalię z pracownikami housekeepingu,  którzy zapomnieli wymienić ręczniki i zostawić w łazience papier toaletowy. Popływałem w basenie, no i nieubłaganie nadszedł czas pakowania się.

 

Piątek, 16.02.24

Pobudka o 3.30 (w Polsce jest 23.00 dnia poprzedniego). Planowany wyjazd na lotnisko o 4.10. W recepcji miały na nas czekać pakiety śniadaniowe. Niestety, nie czekały. Napisałem więc na Whatsappie do naszej pilotki:

- Budzenia nie było. Po bagaże nikt nie przyszedł. Boxy  śniadaniowe nie były przygotowane. Pozdrawiam.

Po chwili pani Agnieszka odpisała:

- Dzień dobry. Dziękuję za informację. Zgłoszę do manegera  hotelu, gdyż wszystko było zgłoszone w recepcji. Z mojej strony mogę przeprosić za zaistniałą sytuację. Pozdrawiam.

- Recepcja twierdzi, że nie.

- To w takim razie kolega Paweł  musiał tego nie przypilnować i nie wpisali do książki pakietów śniadaniowych jak to zgłaszał.

- Pewnie tak, bo osoby z innych grup otrzymały pakiety. Trudno, jakoś przeżyjemy.

P.S. W Itace w podobnym przypadku otrzymałem bon w ramach reklamacji. Tyle, że tam cała grupa nie otrzymała prowiantu.

Póki co na tym się skończyło, ale być może faktycznie zgłoszę reklamację.

Na lotnisku byliśmy już  o 6.30, a odlot planowany był  na 9.45. Niby dużo  czasu,  ale dwukrotne skanowanie bagażu (wodę przepuścili),  odprawa  biletowa i graniczna trochę  trwają. Na domiar złego  wyszło zamieszanie z bramkami. Na karcie pokładowej mieliśmy gate nr 11. Okazało się  jednak, kiedy  chcieliśmy tam wejść, że wyjście do naszego samolotu znajduje się w zupełnie innej części lotniska i na innym poziomie (R1). Zdążyliśmy tam dojść w ostatniej chwili. Boarding  zaczął się bowiem już na godzinę przed odlotem.

Po niespełna pięciu godzinach lotu wylądowaliśmy w Ras Al. Khaimah, gdzie dotankowano samolot (20 ton paliwa)i zmieniono załogę. Wylecieliśmy o 15.50 czasu miejscowego, a w Warszawie byliśmy po sześciu godzinach lotu. Potem krótka jazda pociągiem  (zaledwie dwie i pół godziny) i po prawie dobie w podróży byliśmy już w domu.

Ireneusz Gębski


 

RPA - nie tylko safari

  Do Warszawy wyjechaliśmy   pociągiem   "Lubomirski" o 10.12 z dwudziestominutowym   opóźnieniem. Mieliśmy jednak spory zapas c...

Posty