środa, 16 sierpnia 2017

GLS, Schenker - historia przesyłki



Paczka wysłana  do Szwecji przez sklep internetowy z Kielc za pośrednictwem firmy kurierskiej GLS "szła" początkowo dobrze. Na stronie internetowej można było swobodnie śledzić jej drogę przez Polskę i Niemcy. Problemy zaczęły się w Szwecji. Jak widać na załączniku jedynym wymienionym miejscem jest Malmoe. Dalej są już tylko enigmatyczne informacje typu "paczka zarejestrowana w filii GLS Szwecja". Ostatni wpis informuje, iż paczka została doręczona do punktu GLS ParcelShop. Adresu tego ostatniego oczywiście nie widać. Kolega, dla którego zleciłem wysłanie owej paczki, odbierał już kiedyś podobną przesyłkę (wysłaną przez UPS) w sklepie Ica w Storuman. Poszedł więc tam z zapytaniem. Powiedziano mu, że paczki nie ma. Zadzwonił więc do mnie z prośbą o sprawdzenie historii przesyłki. Ponieważ na stronie internetowej nie było nic więcej niż w załączniku, wykonałem telefon do GLS. Konsultantka oznajmiła mi, że skoro chodzi o Szwecję, to trzeba tam dzwonić i podała mi jakiś numer, który zresztą okazał się całkiem mylny. We własnym zakresie pogrzebałem w sieci i dowiedziałem się, że w Szwecji partnerem GLS jest firma Schenker. Wykonałem zatem kolejny telefon. Tym razem konsultant stwierdził autorytatywnie, gdy podałem mu numer przesyłki, że znajduje się ona w oddziale Schenkera w mieście Umea. Dla niezorientowanych, odległość ze Storuman do Umea wynosi 305 km. Podał mi też numer telefonu do tego oddziału. Na szczęście mój kolega  porozumiał się z jakąś osobą znającą język szwedzki, która zadzwoniła do Schenkera i dowiedziała się, że paczka jest ... w Storuman. Kolega poszedł tam ponownie i rzeczywiście - była.
Ok, może ktoś powiedzieć, że miał problemy z powodu nieznajomości języka. Ale czy firmy kurierskie nie powinny bardziej przykładać się do swojej pracy? Wystarczyło podać na stronie adres punktu, w którym znajduje się paczka. O telefonie już nie wspominam, bo podobno kurierzy nie mają obowiązku powiadamiać odbiorcy o nadejściu przesyłki.

niedziela, 13 sierpnia 2017

Migawki z 753 Jarmarku św. Dominika



Kolejna wizyta na Jarmarku św. Dominika. Nie miałem takiego "szczęścia" jak wczoraj Lech Wałęsa i nie spotkałem Wojciecha Cejrowskiego. Być może ten ostatni jako prawdziwy katolik dzień święty święci i nie handluje swoimi książkami w niedzielę. Tego nie wiem... Niemniej jednak nie widziałem go, mimo iż dwukrotnie w ciągu półtorej godziny przemierzyłem ulicę Długą.
Co do samego jarmarku, to wspominam lata osiemdziesiąte (pierwszy raz byłem tutaj w 1983 r.), kiedy impreza ta była okazją do zrobienia konkretnych zakupów. Jak wiadomo, w sklepach były najczęściej puste haki i takież półki. Za sprzętem rtv czy agd tworzyły się długie społeczne kolejki. Tymczasem na jarmarku można było często nabyć potrzebne elementy wyposażenia kuchni, łazienki czy salonu. To samo dotyczyło książek. Do dzisiaj mam w swojej biblioteczce trzytomowy Słownik Języka Polskiego nabyty na Jarmarku św. Dominika.
Obecnie jarmark to przede wszystkim atrakcja turystyczna. Zakupy robimy przecież głównie w galeriach i hipermarketach. Tu nabywamy co najwyżej pamiątki i uzupełniamy swoje kolekcje na targu staroci. No i jest jeszcze okazja do najedzenia się. Na terenie jarmarku znajdziemy mnóstwo stoisk z rozmaitymi potrawami, niekoniecznie lokalnymi. Króluje bowiem góralski oscypek, litewski chleb czy węgierski langosz. Można też oczywiście zaspokoić głód pajdą chleba ze smalcem, golonką, pieczoną kiełbasą, pierogami czy bigosem. Trzeba jednak mieć świadomość, że tanio  nie będzie.
Jest też spory wybór piw i win. W tym sezonie widać dużo stoisk z ekologicznym winem owocowym. Rzecz jasna, jest możliwość degustacji. Butelka takiego wina kosztuje od 25 do 28 zł. Ja tradycyjnie zostaję przy piwie, więc na Targu Węglowym zamawiam Specjala z kija za jedyne 6 zł.
A tutaj trochę obrazków z tegorocznego jarmarku: