niedziela, 20 maja 2018

Rejterada Morawieckiego


A koło się kręci...

Po południu udałem się na spacer Długą, Długim Targiem i innymi ulicami gdańskiego Starego Miasta. W okolicy skrzyżowania Wałów Jagiellońskich i Huciska natknąłem się na zatrzymany przez policję ruch drogowy. Chwilę później zobaczyłem kawalkadę czarnych limuzyn poprzedzanych policyjnymi radiowozami. Po powrocie do domu dowiedziałem się z telewizji, że w Gdańsku gościł premier Mateusz Morawiecki. Spotkał się on z mieszkańcami Gdańska w historycznej sali BHP na terenie stoczni. Premier zapewne nie będzie mile wspominał tego spotkania, bo doszło podczas niego do sporej awantury. Starli się zwolennicy obecnego rządu i jego przeciwnicy. Sytuacja zaogniła się, gdy premier pominął Lecha Wałęsę podczas wymieniania nazwisk osób zasłużonych dla Solidarności. Przeciwnicy PiS pokazywali transparent z napisem Pycha i Szmal. Wykrzykiwali też hasła: Konstytucja, Misiewicze, Hańba, Kłamca i tp. Zwolennicy rządu nie pozostawali im dłużni. Słychać było skandowanie "Bolek". Ktoś wyrwał i wyrzucił wspomniany wyżej transparent. Ktoś inny przepychał się, jakaś kobieta krzyczała, że została pobita. Nad ogólnym rozgardiaszem nikt nie był w stanie zapanować. W efekcie M. Morawiecki musiał wraz z ochroną opuścić salę tylnym wyjściem.

Po raz kolejny potwierdza się, że nie potrafimy rozmawiać. Tym razem nie mam pretensji do władzy. Nie widziałem bowiem agresji ze strony premiera, nie zauważyłem też jakichś prób siłowego opanowania sytuacji przez policję. Emocje targały jedynie uczestnikami spotkania. Z obu stron, żeby było jasne. Nie wnikając w meritum sporu, jedno można powiedzieć na pewno. Takie prowadzenie "dialogu" na pewno nie doprowadzi do niczego dobrego. Dlatego w rejteradzie premiera nie widzę nic złego. Został bowiem postawiony w sytuacji bez wyjścia.

czwartek, 17 maja 2018

Równi i równiejsi?


Tak się jakoś porobiło w ostatnich latach, że jeżeli ktoś wypowiada się niezbyt pochlebnie o poczynaniach władzy, to jej zwolennicy natychmiast nazywają go lewakiem, kodziarzem lub lemingiem. Fakt, że z drugiej strony też padają niewybredne epitety pod adresem stronników rządzącej ekipy, np. pisiory. Nie pochwalam ani jednych, ani drugich. Ciągle mam bowiem nadzieję, że można rozmawiać o sprawach publicznych bez wzajemnego obrażania się i przypinania sobie politycznych łatek. Wszystkim nam powinno przecież chodzić  nie o pognębienie strony przeciwnej, lecz o  szukanie porozumienia.

Ten banalny w gruncie rzeczy wstęp napisałem, żeby pokazać, że ja i wielu mi podobnych wypowiadamy się na różne tematy, nie będąc osobiście zaangażowanymi po żadnej stronie sceny politycznej. Nie jest zresztą tajemnicą, że tylko niewielki odsetek populacji należy do jakichś partii. Inni wyrażają swoje sympatie polityczne w trakcie wyborów, o ile w ogóle na nie idą. Jednak zdecydowana większość społeczeństwa pragnie tylko spokojnego i w miarę dostatniego życia.  Od czasu do czasu jednak jakaś grupa protestuje, bo czuje się pokrzywdzona. Tak jak ma to miejsce w przypadku niepełnosprawnych, którzy od wielu już dni i tygodni spędzają czas na sejmowych korytarzach.

Abstrahując od możliwości spełnienia żądań niepełnosprawnych lub ich braku, jedna rzecz rzuca się w oczy. Jest to jawna niesprawiedliwość w zakresie dostępu do protestujących. Wpuszcza się do Sejmu przewodniczącego Solidarności Piotra Dudę i  kardynała Kazimierza Nycza, a zabrania wstępu Janinie Ochojskiej i Wandzie Traczyk-Stawskiej. Pierwsza to znana działaczka, założycielka Polskiej Akcji Humanitarnej, sama będąca osobą niepełnosprawną. Druga to uczestniczka Powstania Warszawskiego, psycholog i Honorowa Obywatelka Warszawy.

Dlaczego uniemożliwiono im spotkanie z protestującymi? Nie przekonują mnie wyjaśnienia typu "bo nie miały przepustek" lub "bo Sejm jest zamknięty".

Podobny przykład bezzasadnej restrykcyjności władzy miał miejsce w poniedziałek na gdańskim cmentarzu Srebrzysko, kiedy to Bogdana Borusewicza nie dopuszczono do grobu żony. Pretekstem była ekshumacja jednej z ofiar smoleńskich. Tyle, że miała się ona odbyć dopiero za kilka godzin...

poniedziałek, 14 maja 2018

Po co ta ekshumacja?

Jacek Karnowski

Dzisiaj wieczorem odbędzie się ekshumacja Arkadiusza Rybickiego. Z tej okazji zmobilizowano duże siły policji i żandarmerii. Już przed bramą gdańskiego cmentarza Srebrzysko widać mnóstwo policyjnych radiowozów. Im bliżej grobu zmarłego tragicznie działacza społecznego, tym więcej funkcjonariuszy. Odgradzają oni szczelnym kordonem główną aleję cmentarza od kwatery, w której pochowany jest A. Rybicki. Tu rodzi się pytanie: czego lub kogo obawia się władza? Nieboszczyk przecież nikomu nie zagraża. Rodzina i przyjaciele zmarłego, choć są przeciwni ekshumacji, to jednak dalecy od prób siłowego udaremniania wydobycia zwłok. Ten pokaz siły świadczy raczej o tym, że rządzący nie są pewni swoich racji.
Na niezwykle spokojną demonstrację przybyli dzisiaj o dziewiętnastej w okolice grobu A. Rybickiego członkowie jego rodziny, przyjaciele i znajomi. O bezowocnym sprzeciwie wobec zamiaru ekshumacji brata mówił Sławomir Rybicki. Ofiarę smoleńskiej katastrofy wspominali też Aleksander Hall i Jacek Karnowski. Zebrani wysłuchali także utworu K. Pendereckiego Lacrimosa oraz odśpiewali hymn Polski.
Z góry można założyć, że  sekcja zwłok A. Rybickiego wykaże to samo, co w przypadku pozostałych 95 ofiar katastrofy Tupolewa. Po co i dlaczego zatem to grzebanie się w ludzkich szczątkach? Dlaczego nie szanuje się woli rodzin?
Jest jeszcze bardziej prozaiczny aspekt tej sprawy, czyli koszty. Jeżeli przy każdej ekshumacji angażowane były tak duże siły policji i wojska, to łatwo sobie wyobrazić ile to kosztowało. Do tego trzeba doliczyć koszty prac związanych z demontażem i montażem nagrobków, koszty przeprowadzenia sekcji zwłok i tp. Znowu pytanie: czy wniosło to coś w kwestii wyjaśnienia przyczyn tragedii smoleńskiej? Śmiem wątpić.

Aleksander Hall

Biało-czerwona na Srebrzysku

Kordon policji


Sławomir Rybicki

czwartek, 10 maja 2018

Prom przez Martwą Wisłę


Pierwszy kapeć w tym sezonie. Na szczęście tym razem nie w trasie. Tylne koło bez powietrza zobaczyłem, gdy zszedłem do piwnicy po rower. Wymieniłem bez problemu dętkę w przyjemnym chłodzie. Gdybym złapał gumę później, musiałbym męczyć się w upale.

Jadąc przez Nowy Port zobaczyłem w okolicy dawnej przeprawy promowej baner o treści: "O promie wróć!". Też uważam, że przydałby się, skoro rowerami nie wolno przejeżdżać przez tunel pod Martwą Wisłą. Istnieje co prawda możliwość przeprawienia się z rowerem przy pomocy autobusu linii 658. Jednak częstotliwość kursów: w szczycie co 20 minut (godz. 6-9 i 14-17), poza szczytem co 40 minut - nie jest imponująca. Zdarza się więc, że nie wszyscy chętni zabiorą się ze swoimi rowerami.

W sondzie portalu Trojmiasto.pl aż 32 procent respondentów wypowiedziało się za przywróceniem promu, 9 procent optowało za całorocznym autobusem i promem jednocześnie, 8 procent chciałoby mieć możliwość skorzystania z promu z możliwością przejazdu przez tunel. Sumując zatem - zwolenników promu było 49 procent. Za opcją autobusu sezonowego wypowiedziało się 19 procent, a za autobusem całorocznym 12 procent. Pozostałe 20 procent chciałoby tylko możliwości przejazdu przez podwodny tunel.

Wszystkich na pewno nigdy się nie zadowoli. Skoro jednak nie uwzględniono technicznych możliwości przejazdu rowerem przez tunel, to ten temat jest już zamknięty. Nic nie stoi jednak na przeszkodzie, żeby przywrócić przeprawę promową. Byłoby to korzystne nie tylko dla rowerzystów, ale także dla pieszych. Przy okazji otworzyłaby się możliwość zarobku dla operatora promu (kimkolwiek by nie był). 

poniedziałek, 7 maja 2018

Po zebraniu...


Doroczne zebranie wspólnoty mieszkaniowej w jednej z dzielnic Gdańska.  Pierwsza godzina schodzi na jałowej dyskusji, czy ocieplanie budynku jest w ogóle opłacalne. Ktoś mówi, że daje to tylko 5 procent oszczędności energii, ktoś inny, że 30. Zarządca przedstawia rzeczowe argumenty, posiłkując się między innymi informacjami ze stron internetowych, a nawet inicjując rozmowę telefoniczną z ekspertem. Kiedy już wszyscy są mniej lub bardziej przekonani  do przeprowadzenia prac termoizolacyjnych, dochodzi do sytuacji patowej. Sąsiadka spod jedynki zgodzi się na remont tylko wtedy, gdy najpierw wymieni się piony kanalizacyjne. Z kolei sąsiadka spod trójki nie wyrazi zgody  na wymianę rur, jeśli równocześnie nie będą przeprowadzone pozostałe prace remontowe. Sęk w tym, że obie panie mają zadawniony konflikt i po prostu robią sobie na złość. Ostatecznie pani "jedynka"  demonstracyjnie opuszcza zebranie. Wtedy pozostali naciskają na panią "trójkę" dotąd, aż ta wreszcie podpisuje uchwałę o wymianie pionów, która podjęta została jeszcze w ubiegłym roku (!). Nie mogła jednak być zrealizowana, bo w małych wspólnotach wymagana jest zgoda wszystkich właścicieli. Być może teraz ruszy coś z miejsca i po wymianie tych felernych rur uda się wykonać audyt, sporządzić projekt i zabrać się za kompleksowy remont naszej klatki. Dość zapuszczonej zresztą (budynkowi brakuje już tylko siedmiu lat do setki).
Tak na marginesie, przepis o wymogu stuprocentowej akceptacji uchwał  w małych wspólnotach, jest moim zdaniem błędny. Czy nie lepiej byłoby, gdyby decydowała większość, tak jak ma to miejsce we wspólnotach liczących minimum osiem mieszkań? Ułatwiłoby to sprawniejsze zarządzanie i pozwoliło uniknąć problemów z właścicielami, którzy lubią mówić "nie, bo nie". Oczywiście, w małej wspólnocie też można poradzić sobie z opornymi, ale trzeba skorzystać z drogi sądowej. Ta  zaś jest dość uciążliwa i na pewno nie poprawi sąsiedzkich relacji.