czwartek, 21 września 2017

Spotkanie z kapralem Wojtkiem


Wojtek w Szymbarku

Przed wejściem do "Karczmy Bieszczadzkiej" w Polańczyku stoi wyrzeźbiony w drewnie niedźwiedź. W przednich łapach trzyma cebrzyk z białymi i czerwonymi kwiatami. Podejrzewam, że mało kto zwraca na niego uwagę, choćby dlatego, że obok wisi  tablica z kuszącą zachętą: SPRÓBUJ JAK WALI GRZANIEC SZEFOWEJ. Pewnie sam nie zainteresowałbym się sylwetką misia uwiecznionego w drewnie, gdyby nie wyżłobiony w podstawie napis: Kapral Wojtek.  Natychmiast przypomniałem sobie historię o niedźwiedziu z armii Andersa.
Wojtek w Polańczyku
Tak naprawdę po raz pierwszy zetknąłem się kapralem Wojtkiem dwa lata temu w Szymbarku na Kaszubach. W tamtejszym Centrum Edukacji i Promocji Regionu  od czterech lat stoi bowiem pomnik tego słynnego niedźwiedzia. W łapie trzyma on artyleryjski pocisk, a na głowie ma żołnierską czapkę.  Pomników kaprala Wojtka jest znacznie więcej, nie tylko w Polsce.
Czym zasłużył sobie ten akurat niedźwiedź na tak wielką sławę? Krótko mówiąc, został on przygarnięty w Iranie przez żołnierzy armii Andersa jako malutki niedźwiadek. Karmiono go mlekiem  z butelki ze smoczkiem. Kiedy podrósł, lubił podobno piwo. Żołnierze tak się do niego przywiązali, że w pewnym momencie wciągnęli go na ewidencję 22 Kompanii Zaopatrywania Artylerii. Przeszedł z nią cały szlak bojowy, poczynając od Bliskiego Wschodu, przez Afrykę i Włochy, aż do Anglii. Podobno podczas bitwy pod Monte Cassino nosił skrzynie z pociskami.



CEiPR  w Szymbarku
Po wojnie naturalną koleją rzeczy nastąpiła demobilizacja. Cześć żołnierzy wróciła do kraju, część została na emigracji, a niedźwiedź Wojtek trafił do ogrodu zoologicznego. Spędził tam 16 lat. W sumie żył 22 lata. Pamięć o nim nigdy jednak nie zaginęła, o czym świadczą odsłaniane wciąż nowe pomniki, tablice pamiątkowe, filmy, a także piosenki.

środa, 20 września 2017

Nie tylko o pasożytach



Nad Polańczykiem wiszą ciężkie chmury. Widoczność jest kiepska. Nie zachęca to do spacerów. Wybieram się więc po obiedzie na wykład dietetyczki Elżbiety Sobieszczuk. Podczas godzinnego spotkania była mowa o prawidłowym nawadnianiu i oczyszczaniu organizmu. Dowiedziałem się na przykład, w jaki sposób usuwać pasożyty gnieżdżące się w naszym ciele. Otóż trzeba w tym celu wykąpać się w ziołach, następnie posmarować ciało miodem (może być sztuczny) i mąką. Po chwili ze skóry powinny zacząć wychodzić pasożyty o nazwie włosogłówka. Wtedy wystarczy je zebrać tępą stroną noża. Przyznam, że dotąd nie słyszałem o tej metodzie. Zacząłem szperać w internecie. Komentarze pod filmikami o rzekomym usuwaniu pasożytów nie pozostawiają złudzeń. Oto niektóre z nich:
Co za bzdury wpajacie ludziom. To nie są pasożyty, a zatkane pory w skórze, z których wychodzi zawartość, ot wasza włosogłówka z jelita.
Znajomy zrobił tą kąpiel, a to co wyszło oddał do badania i okazało się, że to tylko  łój oraz martwy naskórek. A tak na logikę, to jak pasożyty siedzące głównie w jelitach miałyby wyjść przez skórę na plecach zwabione miodem?
Po wykładzie pani Sobieszczuk proponowała zakup swojej książki Chudnij z miłością do siebie, oferując także dedykację. Nie skorzystałem. Nie mam jakoś przekonania do tych wszystkich mniej lub bardziej cudownych diet. Od lat uważam, że każdy powinien sam wiedzieć, co mu służy, a co szkodzi. Pewnie, że dietetycy i zwolennicy naturalnych metod leczenia mają w wielu przypadkach rację. Jednakże nie można bezkrytycznie podchodzić do każdej nowej receptury na odchudzanie.  Osobiście od sześciu lat utrzymuję swoją wagę na tym samym poziomie, nie stosując żadnych drakońskich diet. Za to sporo się ruszam, zarówno pieszo jak i na rowerze. Do tego staram się jeść jak najwięcej naturalnych produktów, własnoręcznie robiąc przetwory i piekąc swój chleb. 
Niemniej jednak nie krytykuję wymienionej książki, bo jej nie czytałem. Jeżeli ktoś ma chęć, może się z nią zapoznać sam..

wtorek, 19 września 2017

Spacerem dookoła Soliny



W niedzielę było jeżdżenie, wczoraj pływanie, a dzisiaj przyszedł czas na chodzenie. Po Bieszczadach oczywiście. Z Polańczyka wyruszyłem czerwonym szlakiem w kierunku zapory w Solinie. Szlak prowadził początkowo przez strome i błotniste leśne ścieżki. Potem zbliżył się do szosy i praktycznie od trzeciego kilometra biegł obok niej aż do Soliny. Trasa jest bardzo dobrze oznakowana, a na sześciokilometrowym odcinku znajdują się aż trzy miejsca do odpoczynku (stoliki z ławkami).
Dojście do zapory zajęło mi 65 minut. Przeszedłem wzdłuż długiego szpaleru straganów oferujących wszelkiego rodzaju pamiątki, napoje i nieśmiertelne oscypki, po czym wszedłem na koronę tej olbrzymiej tamy (o samej zaporze napiszę innym razem). Przedzierając się powoli przez tłumy turystów przeszedłem na drugą stronę. Postanowiłem nie wracać do Polańczyka tą samą trasą. Wybrałem znacznie dłuższą, ale biegnącą po szosie. Przeszedłem przez całą Solinę. W tej miejscowości praktycznie każdy dom oferuje miejsca noclegowe. Gołym okiem widać, że mieszkańcom dobrze się powodzi. Wspominam o tym, bo pamiętam jeszcze czasy, gdy Bieszczady kojarzyły się z ciężką pracą drwali i smolarzy, a bieda była dość powszechna.
Drogą nr 895 podążyłem do Myczkowa. Trochę dokuczała lekka mżawka. W Myczkowie skręciłem w drogę nr 894 prowadzącą do Polańczyka. W 3 godziny i 7 minut pokonałem 18.31 km. A skoro już mówię o pokonanych na nogach kilometrach, to podczas tegorocznych wypraw turystycznych zaliczyłem ich już 232, z czego 68 w Górach Stołowych, 40 w Reykjaviku, 28 w Kijowie, 52 w Wilnie, 26 w Gdańsku i wspomniane 18 w Polańczyku. Oczywiście nie liczę tutaj wyjść na zakupy czy do pracy.
O Bieszczadach także tutaj:
Szlak czerwony

Kapliczka w Myczkowie


Korona zapory w Solinie

Widok z tamy

Cypel Polańczyk





Elektrownia wodna


Widok na tamę z Soliny



Rejs wśród zielonych wzgórz



Juliusz Wasik

Pogoda wczoraj dopisała, więc wybraliśmy się na godzinny rejs po Zalewie Solińskim. Od razu przypomniała mi się piosenka Wojciecha Gąssowskiego Zielone Wzgórza nad Soliną. Zaśpiewał ją z zespołem Tajfuny w 1967 roku. Wtedy tytułowe wzgórza były równie zielone, ale wyższe niż teraz, gdyż nie było jeszcze zapory i zbiornika retencyjnego. Zostały oddane do użytku rok później. Zresztą podobno słowa tej piosenki Janusz Kondratowicz napisał jeszcze wcześniej.

Co do samego Zalewu Solińskiego to wiele pisać o nim nie trzeba. Zna go przecież każdy choćby ze słyszenia. Wspomnę tylko, że jest to największy w Polsce sztuczny zbiornik wodny pod względem pojemności (472 mln m3). Rekord wysokości dzierży z kolei zapora w Solinie (81,8 m). Lustro wody znajduje się na poziomie 420 m n.p.m. Zalew czy jezioro, jak kto woli, jest rajem dla żeglarzy. Charakterystyczne, że nie widać tu żadnych ptaków kojarzonych z wodą. Za to znaleźć można każdy gatunek ryb słodkowodnych. Woda jest bowiem bardzo czysta.

Z przystani w Polańczyku płynęliśmy statkiem Tramp. Minęliśmy po lewej Wyspę Małą znaną także jako Zajęcza lub Miłości. Potem nieco zaniedbany ośrodek wypoczynkowy Rewita będący w gestii MON i wyspę Skalistą. Przepłynęliśmy też niedaleko domku popularnego w tych stronach Krzysztofa Brossa, który porzucił wygodne życie kierownika w Hucie Katowice i osiedlił się  w Teleśnicy Sannej. O jego pierwszym pobycie w Bieszczadach tak pisze Jagienka Wilczak: Krzysztof Bross pierwszy raz przyjechał w Bieszczady polować na wilki. Ale tak naprawdę w nosie miał wilki, chciał się przespać z cudzą dziewczyną w hotelowym pokoju. Do dziś pamięta, jak przytuleni, urywali się z obławy, szli na flankę. Bieszczady tonęły w śniegu, wyglądały romantycznie, kusząco, niezwykle, pachniały wolnością i przygodą. Bo to się zwykle tak zaczyna. Tu miało nie być układów i kombinacji, miało się toczyć prawdziwe życie, o jakim marzy zmęczony mężczyzna koło czterdziestki. Z dala od cywilizacji. Tylko dziewicza przyroda i kobieta dobra w łóżku. Czy to nie piękne?

Półwysep Brossa
Nie tylko Bross dorobił się miana legendy Bieszczad.  Równie znani są mieszkający także nad Zalewem Solińskim Henryk Victorini i pustelnik Juliusz Wasik. Tego ostatniego nazywa się królem Włóczęgów Bieszczadzkich. Żaden z tej trójki nie jest rdzennym bieszczadnikiem. Trudno dziś zresztą takich znaleźć.

Wieczorem ognisko z kiełbaskami. A jak ognisko, to i góralska muzyka. A jak kiełbaski, to i piwko. Miły wieczór.
O Bieszczadach także tutaj:
Pętla Beszczadzka 
Spacerem dookoła Soliny










Ośrodek Wypoczynkowy Rewita





Wyspa Zajęcza