Fakty i legendy


B. Wieniawa-Długoszowski fot. Wikipedia

W ostatnim numerze "Angory" (nr 5) natrafiłem na parę nieścisłości. W  reportażu Julii Machnowskiej o  domu pracy twórczej w Oborach wypowiada się między innymi kierownik obiektu Tomasz Miler.  Twierdzi on, że w Oborach tworzył "Czterech pancernych i psa" niejaki Szymanowski. Tymczasem, jak powszechnie wiadomo, autorem tej znanej i popularnej, choć mocno podkoloryzowanej opowieści o polskich pancerniakach, był Janusz Przymanowski.
Z kolei w artykule o  balach w międzywojennej Warszawie "Do białego rana", którego autorem jest Jacek Feduszka, znajduje się taki oto passus: Znany z ułańskiej fantazji gen. Bolesław Wieniawa-Długoszowski miał zwyczaj od do czasu wjeżdżać konno do "Adrii". Brzmi to interesująco, ale prawda jest nieco inna. Wieniawa nigdy nie wjechał do wspomnianej restauracji na koniu. Owszem, krążyły takie opowieści po Warszawie, ale zazwyczaj opowiadający dodawali magiczne słówko "podobno".  Tę miejską legendę przekonująco obala między innymi Sławomir Koper w swojej książce "Życie prywatne elit   Drugiej Rzeczpospolitej": Niestety, nie jest prawdziwa opowieść, że Wieniawa wjechał konno do "Adrii". Zapewne gdyby była taka możliwość, uczyniłby to bez wahania, niestety lokal nie był do tego przystosowany. Wejście było tak wąskie i niskie, że nie zmieściłby się tam nawet Pigmej na kucyku.
Niezbyt też pasuje zdjęcie ilustrujące wspomniany artykuł, na którym widać między innymi premiera Cyrankiewicza. Też na balu, tyle że w latach sześćdziesiątych...

Spacer po wzgórzach TPK



Chleb dla zwierząt

Dzisiaj migawki z krótkiego spaceru (12,56 km)  przez Trójmiejski Park Krajobrazowy. Z kolegą Arturem wyruszyliśmy z Kiełpinka Doliną Strzyży przez Matemblewo w kierunku Oliwy. Generalnie trzymaliśmy się zielonego szlaku, ale chwilami z niego zbaczaliśmy. W lesie śnieg nadal się utrzymuje, choć na ulicach jest już prawie niewidoczny. Zaraz po przejściu  przez ulicę Słowackiego natknęliśmy się na stos pieczywa. Chleb był jeszcze miękki. Zastanawiam się, czy nie lepiej było rozdać go ubogim zanim został przeznaczony dla dzikich zwierząt...

Kilkaset metrów dalej zaintrygowało mnie ścięte na wysokości kilku metrów drzewo. Skoro było chore, to chyba trzeba było je ściąć przy ziemi? Nie wiem, nie znam się...

Od Samborowa trasa wiodła raz z górki, raz pod górkę. Wejścia nie były zbyt długie, ale dość strome i śliskie. Trzeba było więc uważać, aby nie wywinąć orła. Podobnie było przy zejściach, np. do Zielonej Doliny.

Po drodze natknęliśmy się na miejsce upamiętniające Radosława Żmudzkiego. Byliśmy tam niegdyś, wkrótce po tragicznej śmierci tego młodego człowieka. Wtedy miejsce to nie było aż tak bardzo wyeksponowane. Teraz jest tam pełno zniczy, kwiatów oraz kopiec ułożony z kamieni.

Miejsce śmierci Radosława Żmudzkiego
Nieopodal znajduje się metalowa wieża (pisałem o niej ponad półtora roku temu). Kiedyś wchodziłem na nią przy letniej pogodzie. Dzisiaj było mokro i ślisko. Na domiar złego podest na szczycie wieży jest coraz bardziej skorodowany. Jest tylko kwestią czasu, kiedy ta metalowa podłoga zarwie się pod czyimś ciężarem...





Wieża widokowa w Oliwie

Z pogranicza polityki


Fot. PAP

Kamil Stoch osiąga coraz lepsze rezultaty. Wczoraj znowu wygrał konkurs skoków w Zakopanem i umocnił się na pierwszej pozycji w klasyfikacji generalnej Pucharu Świata. Jeżeli chodzi o finanse, to zarobił 40 705 zł. Przy okazji w blasku jego sławy ogrzali się nieco prezydent Andrzej Duda i wicepremier Jarosław Gowin, którzy podeszli do podium i wręczyli mistrzowi puchar (Duda) i ciupagę (Gowin).
Znowu robi się głośno o Bartłomieju Misiewiczu. Rzecznik MON  i jeden z najbliższych współpracowników szefa resortu wyraźnie cierpi na objawy sodówki uderzającej do głowy. Protegowany Macierewicza nie tylko wzywa  do siebie generałów i każe się tytułować ministrem. Potrafi też zabawić się. Ostatnio  miał gościć w jednym z klubów w Białymstoku, gdzie stawiał kolejki wszystkim obecnym, obiecywał pracę w MON i podrywał studentki. To ostatnie niezbyt mu wychodziło. Podobno (wg "Faktu") nawet sytuacja była na tyle gorąca, że jego osobisty ochroniarz musiał go wyprowadzić na zewnątrz.
Ciekawostka z objazdu prezesa PiS po kraju. Kamery TVN 24 zarejestrowały w Łodzi krótki dialog między Jarosławem Kaczyńskim a którymś z jego współpracowników:
- Pan minister nie odbiera właśnie...
- To mu powiedz, żeby odebrał - skwitował prezes.
A żeby nie było, że komentuję tylko zachowania polityków strony rządzącej, wrzucę też kamyczek do ogródka znanego "obrońcy demokracji". Otóż lider KOD-u mimo wpływów uzyskiwanych za "usługi informatyczne"  świadczone dla własnego stowarzyszenia, nadal nie reguluje swoich zobowiązań alimentacyjnych. Według "Wprost" sięgają one już kwoty 220 tysięcy złotych, z czego same odsetki wynoszą ponad 50 tys. zł. Są to oczywiście prywatne sprawy Mateusza Kijowskiego, ale jak się człowiek decyduje na działalność publiczną, to musi  mieć świadomość, że jego życie będzie dokładnie prześwietlane.

Samotnie przez Atlantyk


Fot. Romuald Koperski

Znany gdański podróżnik Romuald Koperski przepłynął w łodzi wiosłowej przez Atlantyk. Samotny rejs zajął mu 77 dni, 17 godzin i 50 minut. Pokonał w tym czasie 5876 kilometrów. Zawinął właśnie do Tobago. Tyle w ogromnym skrócie o śmiałku, który już prawie cztery lata temu tą samą łódką ("Pianista") próbował pokonać Ocean Spokojny.
Zadziwia mnie niemal kompletny brak zainteresowania mediów wymienionym wyżej wyczynem. Jedynie portal Trojmiasto.pl zamieścił 14 października artykuł o wypłynięciu R. Koperskiego na ocean. Od tego czasu nigdzie nie widziałem żadnej wzmianki na ten temat. Czyżby tego rodzaju osiągnięcia zdarzały się codziennie? Jedyne informacje o przebiegu rejsu widziałem na Facebooku. Nie mogę też pochwalić Wikipedii. Tam ostatnia wzmianka o bohaterze tego wpisu pochodzi sprzed kilku lat i brzmi tak:
Obecnie przygotowuje się do próby pokonania łodzią wiosłową Oceanu Spokojnego pomiędzy rosyjskim portem Władywostok a leżącym na wybrzeżu Stanów Zjednoczonych San Francisco, w ramach projektu „Trans-Pacyfik Solo 2013”. Dotąd żaden wioślarz samotnie i bez wsparcia nie pokonał Pacyfiku z kontynentu na kontynent. Rozpoczęcie rejsu zaplanował na maj 2013 roku.

Reklamacje i reakcje



Mimo upływu ponad trzydziestu dni od ukazania się grudniowego numeru miesięcznika "Podróże", nadal nie otrzymałem obiecanego w ramach nagrody za wyprawę miesiąca aparatu fotograficznego. Napisałem więc dzisiaj rano do Karoliny Błachnio maila z prośbą o wyjaśnienia. Niestety, mail nie dotarł. Po wejściu na stronę "Podróży" zorientowałem się, że pani Karolina nie jest już sekretarzem redakcji. Wysłałem więc list na ogólny adres miesięcznika. Ponieważ przez kilka godzin nikt nie reagował, odszukałem Karolinę Błachnio na Facebooku i tam wysłałem jej wiadomość: 
Dzień dobry, zauważyłem, że nie pracuje już Pani w miesięczniku "Podróże" (adres mailowy jest nieaktywny). Tymczasem do tej pory nie otrzymałem obiecanej przez Panią nagrody miesiąca. Czy jest Pani w stanie wpłynąć na obecnego sekretarza redakcji, aby wysłał mi aparat? Pozdrawiam i życzę sukcesów w Nowym Roku.
Pani Karolina odpowiedziała prawie natychmiast: Dzień dobry. Przesłałam właśnie Pana wiadomość do redakcji magazynu. Mam nadzieję, że otrzyma Pan nagrodę – nigdy nie było z tym problemów, to musi być zwykłe przeoczenie. Jeśli by były najlepiej kontaktować się z naczelną – Marią Brzezińską lub z nowym sekretarzem. Pozdrawiam, wszystkiego dobrego.
Już po kilku minutach zadzwonił do mnie Przemysław Karolak (nowy sekretarz redakcji) i przeprosił za opóźnienie. Obiecał wysłać przesyłkę jeszcze dzisiaj. To się nazywa szybka i rzeczowa reakcja. To rozumiem i tym samym polecam innym. Na przykład Poczcie Polskiej, której na rozpatrzenie reklamacji potrzeba aż trzech miesięcy!

RPA - nie tylko safari

  Do Warszawy wyjechaliśmy   pociągiem   "Lubomirski" o 10.12 z dwudziestominutowym   opóźnieniem. Mieliśmy jednak spory zapas c...

Posty