czwartek, 31 lipca 2014

XII Gdańska Pielgrzymka Rowerowa



Ks. Tomasz Koszałka

XII Gdańska Pielgrzymka Rowerowa do Częstochowy rozpoczęła się w piątek 25 lipca od mszy świętej w bazylice św. Brygidy. Wzięli w niej udział  uczestnicy pielgrzymki w ilości ponad 160 osób, w tym dwóch księży i jedna siostra zakonna. Mszę koncelebrował także ksiądz Tomasz Koszałka, który w tym roku nie mógł prowadzić pielgrzymki (towarzyszył nam do Rusocina). Po mszy Roman Łuczak (cywilny kierownik wyprawy) rozdał nam kamizelki odblaskowe, pozyskane od dyrekcji Pomorskiego Ośrodka Ruchu Drogowego. Przed wyruszeniem w trasę organizatorzy i kilku z uczestników pielgrzymki wzięło udział w prowadzonej na żywo przez Krzysztofa Skowrońskiego audycji Radia Wnet.

Red. Krzysztof Skowroński
Z zainteresowaniem obserwowałem współuczestników tej rowerowej eskapady. Brałem w niej udział po raz pierwszy, więc nie wiedziałem, że jest ona aż tak egalitarna. Przede wszystkim zwróciłem uwagę na ogromną rozpiętość wieku poszczególnych pielgrzymów. Przeważały osoby w wieku średnim, ale nie brakowało też ludzi starszych, jak np. Stanisław Rynkiewicz, dziarski siedemdziesięcioośmiolatek. Na drugim biegunie było kilku nastolatków, z których najmłodszy miał bodajże 10 lat. Jeżeli chodzi  o podział na płeć, to pań było sporo, ale generalnie stanowiły mniejszość. Mój głęboki podziw i szacunek wzbudziły osoby niepełnosprawne, które mimo defektów ciała wykazały hart ducha i dotrwały do końca. Można byłoby jeszcze analizować inne cechy, jak wykonywany zawód czy poziom wykształcenia, ale nie ma to większego sensu. Wszystkich uczestników tej pielgrzymki połączyły bowiem dwie zasadnicze sprawy: zamiłowanie do jazdy na rowerach i wiara w Boga. Dlaczego w tej kolejności? Ano z prozaicznego powodu - najsilniejsza nawet wiara nie sprawi, że ktoś nie mający do czynienia z dwoma kółkami na co dzień, pokona w ciągu niespełna sześciu dni dystans liczący 540 km.

Przez Gdańsk i Pruszcz Gdański, aż do Rusocina, eskortowali nas policjanci na motocyklach. Na tym odcinku jechaliśmy w jednej kolumnie, dość wolno zresztą. Dopiero tu nastąpił podział na grupy. Do pierwszej (prowadzonej przez Jarka) zgłosili się najszybsi bikerzy, zwani przez innych nieco złośliwie „harpagonami” lub „dzikimi”. Osobiście wybrałem grupę drugą, kierowaną przez Romana Łuczaka, w której jechałem do samego końca. Za nami było jeszcze sześć innych grup. Ostatnia z nich zyskała miano „żółwików”, czego bliżej nie trzeba chyba tłumaczyć...


Kierownictwo i serwis


Oficjalnym kierownikiem pielgrzymki był ks. Wojciech Lange. Faktycznie zarządzał i dyscyplinował nas jednak ks. Sylwester Malikowski. Ten ostatni miał na to więcej czasu i sił, gdyż
Ks. Sylwester (po prawej)
poruszał się nie rowerem, lecz volkswagenem. Delikatnie mówiąc, nie wszystkie jego uwagi i pouczenia były przychylnie odbierane przez rowerzystów. On sam powtarzał co prawda, że  nie należy ludzi oceniać i obdarzać ich epitetami, lecz starać się ubierać ewentualną krytykę w słowa typu: „Przykro mi, że postępujesz w ten sposób”. W praktyce nie zawsze mu to wychodziło. Podobnie jak wspomnianemu już Romanowi, który też podnosił nieraz głos. Kiedy ktoś zwrócił mu na to uwagę, odparł: „Ja już mam taki dominujący ton głosu”...

Nasze bagaże, a w drodze powrotnej z Częstochowy rowery, przewoził w swojej ciężarówce pan Mikołaj - człowiek uprzejmy i grzeczny. W zasadzie mógłbym o nim mówić w samych superlatywach, gdyby nie drobiazg na samym końcu. Otóż nasz autokar przyjechał do Gdańska o godzinie 5.20, a pan Mikołaj dostarczył rowery trzy kwadranse później. Niby niewiele, ale ludzie zmęczeni podróżą bywają nadwrażliwi...

Kierowcą busa z przyczepą rowerową był pan Jurek. Na trasie zdarzały się czasem awarie lub komuś brakowało po prostu sił. Wtedy można było liczyć na podwiezienie. Mnie również przytrafiła się usterka koła na 71 kilometrze piątego etapu i do miejsca najbliższego postoju (przez 8 km) zmuszony byłem jechać w busie.

 


Zakwaterowanie i wyżywienie


Noclegi mieliśmy zarezerwowane w gimnazjach i szkołach podstawowych. Spaliśmy na korytarzach i w salach gimnastycznych (raz zdarzyło mi się przenocować w zakratowanym boksie szatni). W niektórych placówkach oświatowych dyrekcja wyraźnie chciała na nas zaoszczędzić, czego dowodem była znikoma ilość udostępnionych kabin prysznicowych i toalet. W tych ostatnich często brakowało nie tylko papieru, ale nawet szczotek klozetowych... Żeby była jasność - nie chodziło o bezinteresowną gościnę. Za noclegi płaciliśmy (koszt pielgrzymki - 410 zł).
Ostatnie śniadanie

Jeśli chodzi o wyżywienie, to śniadania przygotowywaliśmy sobie sami z zakupionych przez organizatorów wiktuałów. Codziennie dwie grupy wstawały wcześniej i robiły kanapki dla pozostałych. Wyjątkiem była szkoła w Ślesinie, gdzie zarówno kolację jak i śniadanie serwował miejscowy personel. Obiady zazwyczaj dostarczane były w formie cateringu, zwykle jednodaniowe (dwa razy otrzymaliśmy zupę). W Brzozie obiadokolację przygotował personel miejscowej szkoły przy aktywnym udziale p. Mikołaja (pieczone ziemniaki i kiełbaski z grilla).

Kilkakrotnie mieliśmy okazję skorzystać z poczęstunków. Po raz pierwszy w Starogardzie Gdańskim (tylko grupa Romana). W cukierni Jedyna, mieszczącej się w Centrum Handlowym Kupiec, otrzymaliśmy po dwie gałki lodów. Z kolei w pobliskiej Dąbrówce czekały na nas kanapki i gorące napoje. Następnego dnia, na terenie Kujawsko-Pomorskiego Centrum Edukacji Ekologicznej, dzięki Rowerowej Brzozie, otrzymaliśmy napoje, owoce i wafelki. Kilka godzin później domowym ciastem poczęstował nas wójt w Brzozie. Od proboszcza w Turku dostaliśmy piękne albumy Grzegorza Gałązki „Błogosławiony duszpasterz”. W Brudzewie zaś, dzięki uprzejmości wójta i dyrektorki Gminnego Ośrodka Kultury, mogliśmy posilić się ciastem oraz kawą i herbatą.


Życie duchowe


Ks. Wojciech Lange (po prawej)
Każdy dzień naszej pielgrzymki (oprócz ostatniego) rozpoczynał się od mszy świętej o godzinie siódmej. Zazwyczaj odprawiali ją towarzyszący nam księża Wojciech i Sylwester. Czasami msze koncelebrowali miejscowi proboszczowie. W każdy wieczór o godzinie 21 uczestniczyliśmy w apelu jasnogórskim.  Przy akompaniamencie gitar (m.in. siostra Emilia Bojka) śpiewaliśmy pieśni maryjne. Kulminacyjnym punktem pielgrzymki była msza święta w kaplicy Matki Boskiej Częstochowskiej na Jasnej Górze. 

Trasa i pogoda

Trasa z Gdańska do Częstochowy podzielona była na 6 etapów. Najdłuższy ok. 114 km, najkrótszy 70 km. Można rzec, że średnio pokonywaliśmy 90 kilometrów dziennie. Wzniesień było stosunkowo niewiele i o niewielkim stopniu nachylenia. Często towarzyszył nam przeciwny wiatr, co przy dość wysokiej temperaturze potęgowało zmęczenie. Pogoda w zasadzie nam sprzyjała. Tylko w drugim dniu przejazdu na dwóch trzecich trasy towarzyszył nam deszcz. Pomiędzy postojami pokonywaliśmy zazwyczaj 25-30 km. Najdłuższy odcinek wynosił 42 kilometry. Średnia naszej grupy zawsze przekraczała 20 km/h.
Kąpiel w deszczu

Policja towarzyszyła nam podczas przejazdów przez większe miasta. Eskortę policyjną mieliśmy, oprócz wspomnianego już Gdańska, w Bydgoszczy i Częstochowie. Niestety, tuż za Bydgoszczą, kiedy jechaliśmy drogą ekspresową w dużej kolumnie, doszło do kraksy. W jej wyniku jeden z pielgrzymów doznał złamania obojczyka. Poza tym było jeszcze kilka drobniejszych kolizji i upadków. Ja również zaliczyłem „glebę”, ale bez żadnych negatywnych następstw.


Etapy

I   Gdańsk - Osie

II  Osie - Brzoza

III Brzoza - Ślesin

IV Ślesin -Turek

V  Turek - Wieluń

VI Wieluń - Częstochowa
Ireneusz Gębski - Licheń

Tę krótką relację uzupełniają zdjęcia, które można znaleźć .tutaj.

 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz