poniedziałek, 5 maja 2014

Katalonia - część I



Z Gdańska do Warszawy wyjechaliśmy Polskim Busem o 19.30. Dwadzieścia minut po północy byliśmy już na stacji Młociny. Stąd autobusami nocnymi linii 46 i 32 (przesiadka na Dworcu Centralnym) dotarliśmy na Okęcie. Do odlotu samolotu mieliśmy jeszcze trzy godziny, z których potem zrobiło się cztery, gdyż start samolotu czarterowych linii Travel Service opóźnił się z przyczyn operacyjnych - jak poinformowano nas przez megafony. Lot przebiegał spokojnie i nad Barceloną  opóźnienie zmalało prawie do zera, ale ostatecznie  wylądowaliśmy o godzinie 9.03, gdyż wcześniej przez około 20 minut krążyliśmy w powietrzu, czekając na wolny pas. Samo przyziemienie było dość twarde.
Po odebraniu bagaży podeszliśmy do oczekującej na nas Anny Jesionczak, pilotki z Rainbow Tours, która miała się nami opiekować przez najbliższe osiem dni. W tym miejscu dodam, że ze swojego zadania wywiązała się bez zarzutu, choć zapewne nie wszyscy uczestnicy tej wycieczki podzielą moje zdanie. Weszliśmy do podstawionego autokaru, którego kierowcą był pochodzący z Rumunii Nico. On również doskonale spisał się podczas całego pobytu, obwożąc nas po różnych zakątkach Katalonii, często po ekstremalnie stromych i wąskich drogach. Po niewiele ponad półgodzinnym przejeździe znaleźliśmy się w mieście Sabadell na Costa Maresme, gdzie w Gran Hotel Verdi mieliśmy spędzić pierwszą i ostatnią noc. Hotel ten jest co prawda czterogwiazdkowy, ale niezbyt przyjazny gościom, o czym świadczy choćby zamknięty na klucz barek. Poza tym jednemu z uczestników naszej wycieczki skradziono torbę w holu przed recepcją. Dziwnym trafem nie działał wtedy monitoring. Na plus można policzyć darmowy internet oraz urozmaicone menu w formie bufetu, zarówno na  śniadanie jak i na kolację.


Park w Sabadell
El Corte Ingles
W pobliżu hotelu znajduje się duży dom towarowy sieci El Corte Ingles. Niektórzy z nas spędzili w nim sporo czasu, zostawiając na różnych działach sporo Euro. Generalnie jest tutaj drożej niż w Polsce, ale niektóre artykuły można nabyć taniej i w bardziej urozmaiconym asortymencie, np. wina. Samo miasto liczy około dwustu tysięcy mieszkańców i wchodzi w skład zespołu miejskiego Barcelony. Jego zwiedzanie nie było przewidziane w programie wycieczki, ale ponieważ spędziliśmy w nim  w sumie dwa dni, więc każdy z nas na własną rękę zapoznał się z tutejszymi atrakcjami. Mnie osobiście spodobał się rozległy Parc de Catalunya.


W niedzielę po śniadaniu (zimny bekon) wyjechaliśmy do Girony. Towarzyszyła nam przewodniczka Joasia (od dziesięciu lat w Hiszpanii). Po drodze opowiadała nam o historii i kulturze Katalonii. Tak więc dowiedzieliśmy się między innymi, że cava to odpowiednik szampana,  symbol Katalonii to osiołek, a taniec kataloński to sardana w odróżnieniu od hiszpańskiego flamenco.
Zwiedzanie Girony zaczęliśmy od całowania lwicy w... pupę. Legenda mówi, że jeżeli ktoś wejdzie po schodkach i pocałuje znajdującą się na wysokiej kolumnie  rzeźbę, to będzie wielki i wróci kiedyś do Girony. Kto chce, niech wierzy...
Następnie zwiedziliśmy kolegiatę św. Feliksa oraz gotycką katedrę (prowadzi do niej 86 schodów), obejrzeliśmy z daleka łaźnie arabskie, przeszliśmy po dzielnicy żydowskiej i zeszliśmy nad rzekę Onyar. Niektórzy twierdzą, że przypomina ona rzekę Arno we Florencji. Może i tak, ale florenckie mosty są ładniejsze. Dzięki Tour Quide System mogliśmy doskonale słyszeć przewodniczkę również z większej odległości, co jest o tyle wygodne, że nie trzeba się ścieśniać jak stado baranów, żeby wychwycić każde słowo.
W czasie wolnym przeszedłem się po dużym parku. Rosną w nim wyłącznie platany. Sam park jest nieco zaniedbany, ale doskonale sprawdza się w roli zielonych płuc miasta.
Wczesnym popołudniem udaliśmy się do pobliskiego (31 km) Besalu. To małe miasteczko słynie z kamiennego mostu z XII wieku rozciągającego się nad rzeką Fluvia. Zanim jednak zaczęliśmy zwiedzanie, zatrzymaliśmy się na chwilę w sklepie  El Mirador z miejscowymi nalewkami, serami i kiełbasami. Poczęstowano nas ratafią i nalewką figową, po czym wsiedliśmy do kołowej kolejki i przez wąskie uliczki pełne kamiennych domów podjechaliśmy pod kościół Sant Pere. Świątynia  ta konsekrowana była w 1003 roku. Jej wnętrze urządzone jest w surowym stylu. Na wieży nie ma krzyża, tkwi tam tylko niewielka kolumna, zwieńczona kulą. Nad głównym wejściem znajdują się płaskorzeźby przedstawiające dwa lwy.  W środku znajduje się Pieta.
Obok kościoła usytuowane jest muzeum miniatur, które stworzył jubiler Lluís Carreras. Wśród wielu eksponatów uwagę zwracają igły, w uchach których znajdują się wagoniki lub wielbłądy. Oglądanie większości miniaturek możliwe jest tylko dzięki szkłom powiększającym.
O osiemnastej przyjechaliśmy do Lloret de Mare na Costa Brava, gdzie zostaliśmy zakwaterowani w hotelu Hawai należącym do sieci Evenia. Hotel ten ma tylko 3 gwiazdki, lecz od poprzedniego różni się jedynie tym, że do kolacji nie jest podawana woda. Dokładnie wygląda to tak, że przed wejściem na stołówkę uczestników wycieczki z Rainbow Tours obsługa pośpiesznie zabiera ze stołów butelki wody i wina i wynosi je na zaplecze. Inni goście nie doświadczają tego rodzaju nieprzyjemnych atrakcji. Widocznie ich biura podróży nie skąpiły na wykupienie pełnego pakietu usług.
Przed kolacją poszliśmy z żoną na spacer po pobliskiej plaży. Znajduje się ona w ładnie usytuowanej zatoczce, krańce której stanowią urwiste zbocza. Na jednym z nich widoczny jest zamek.  Lloret de Mar jest typowo turystyczną miejscowością. W czasie sezonu liczba turystów dziesięciokrotnie przekracza liczbę mieszkańców. Gros tych pierwszych stanowią Rosjanie, którzy wykupili tu zresztą wiele apartamentów i hoteli. Tutaj między innymi Okił Khamidow nagrywał odcinki "Pamiętników z wakacji".
Całowanie lwicy w d...

Schody przed katedrą w Gironie

Girona - rzeka Onyar

Besalu

Lwy nad wejściem do San Piere

Muzeum Miniatur

Muzeum Miniatur

Most w Besalu

Lloret de Mar

Lloret de Mar

2 komentarze:

  1. Z jednej strony cieszę się, że jechałam na własną rękę (bardzo nie lubię, gdy program zwiedzania jest mi narzucony i nie mogę robić tego co chcę, tam gdzie chcę i ile chcę), a z drugiej - trochę zazdroszczę wyprawy do tych wszystkich zakątków, do których łatwiej dotrzeć zorganizowaną grupą.

    Chciałabym zobaczyć zwłaszcza Besalu i Muzeum miniatur.

    OdpowiedzUsuń
  2. W ubiegłym roku zwiedzałem na własną rękę Lizbonę i okolice. Też ceniłem sobie swobodę dysponowania czasem, ale też sporo go marnowałem na szukanie interesującym mnie obiektów.

    OdpowiedzUsuń