poniedziałek, 5 maja 2014

Katalonia - część 2



W poniedziałek rano wyruszamy drogą C-63, a następnie autostradą AP-7 w kierunku Francji, a dokładniej do Carcassonne w Langwedocji. Tym razem naszym przewodnikiem jest Kamil, prywatnie mąż wczorajszej przewodniczki. Zwraca naszą uwagę na całkowity brak reklam przy drogach oraz informuje nas o drakońskich karach za wyrzucanie petów z okien samochodów. Dwa lata temu w tych okolicach wybuchł bowiem wielki pożar, którego przyczyną był właśnie  niedopałek papierosa.

Carcassonne
Po drodze do Carcassonne oglądamy film "Duchy Goi" oraz widoczne z okien autokaru ośnieżone szczyty Pirenejów.

Przed wejściem do twierdzy korzystamy z toalety. Wspominam o tym prozaicznym fakcie dlatego, że tutejsze WC drastycznie różni się od tych spotykanych wcześniej po stronie hiszpańskiej. Przede wszystkim brak desek na sedesach i papieru toaletowego.

Trafiliśmy na dość chłodny i wietrzny dzień, toteż o wiele chętniej zwiedzaliśmy obiekty wewnętrzne niż zewnętrzne. Mimo to najpierw przeszliśmy się wzdłuż warownych murów, by potem wejść do kościoła St. Nazaire. Tu mieliśmy okazję podziwiać występ chóru męskiego.

Carcassonne
Co do samej twierdzy, to jej wygląd w znacznej mierze jest wynikiem rekonstrukcji z XIX wieku. Elementów średniowiecznych praktycznie już nie widać. Ciekawostką jest fakt, że do Carcassonne można dopłynąć wodami śródlądowymi z Polski. Tak przynajmniej twierdzi pan Kamil.

Obok murów obronnych znajduje się cmentarz. Praktycznie w całości zajmują go okazałe grobowce z charakterystycznymi ozdobami na płytach.

Carcassonne
O 14.30 wyjeżdżamy do odległego o 115 kilometrów Perpignan. Przed stolicą dawnego Królestwa Majorki trafiamy na korek, w efekcie do miasta wjeżdżamy dopiero o 16.30. Fakt ten ma swoje przykre konsekwencje: służbista i rygorystycznie przestrzegająca regulaminu obsługa nie wpuszcza nas do wnętrza Pałacu Królów Majorki (zwiedzanie można zacząć najpóźniej na 40 minut przed zamknięciem). Idziemy więc na punkt widokowy, a potem na stare miasto. Tu zwiedzamy bogato zdobioną gotycką katedrę św. Jana Chrzciciela.

W drodze powrotnej zatrzymujemy się w Wine Palace - dużym sklepie z alkoholami, wędlinami i serami. Znajduje się tutaj kilkadziesiąt beczek z winem. Każda z nich wyposażona jest w kranik i z każdej można degustować do woli. Pod sufitem wiszą suszone szynki z kością (cena 115 Euro za kg). Jeśli chodzi o wino, to butelka Sangrii (z czerwonym kapeluszem na korku i kastanietami)  o pojemności 0,75 l kosztuje tutaj 4,49 Euro (na lotnisku w Barcelonie za taką samą trzeba zapłacić 12 Euro).

Czwarty dzień wycieczki to najogólniej rzecz ujmując - wędrówki śladami Salvadora Dali, choć nie tylko. Najpierw pojechaliśmy na Cap de Creus, najdalej na wschód wysunięty cypel Hiszpanii, a właściwie Katalonii. Dojazd w to miejsce wymagał sporo umiejętności od kierowcy. Trasa wiodła bowiem bardzo wąskimi i krętymi drogami. Podobno Rainbow Tours jest jedynym polskim biurem uwzględniającym w programie ten fragment Dzikiego Wybrzeża. Widoki są tu rzeczywiście piękne, zwłaszcza na Zatokę Róż.

Kolejny punkt to Port Ligat, wioska nad brzegiem Morza Śródziemnego, w której zachował się dom Dalego. Obecnie znajduje się w nim muzeum artysty. Stąd jedziemy do Cadaques, urokliwego miasteczka z białymi domami i ładnym nabrzeżem. Parking dla autokarów kosztuje tutaj 25 Euro. Spędzamy tu około godziny i jedziemy do Empuriabrava. Miasteczko to z racji licznych kanałów nazywane jest Wenecją Katalonii. Trochę na wyrost, bo jest znacznie mniejsze i o wiele młodsze. Większość domów zbudowano bowiem 30-40 lat temu.

Dzielimy się na grupy po pięć i osiem osób, po czym wsiadamy do łódek. Niektóre mają napęd spalinowy, inne korzystają z energii elektrycznej z paneli słonecznych. Mojej grupie trafia się ta ostatnia, niestety - bardzo powolna. Otrzymujemy mapkę kanałów i przez godzinę opływamy praktycznie całe miasteczko. Od czasu do czasu widzimy skoczków spadochronowych, dla których te tereny są prawdziwą mekką. Po zejściu z łódek oglądamy zdjęcia, które zrobiono nam na początku rejsu. Można je nabyć za 8 Euro. Trochę drogo...

O szesnastej jesteśmy już w Figueres. W tym mieście urodził się i zmarł Salvador Dali. Tutaj też znajduje się muzeum, które artysta sam zaprojektował. Znajduje się w nim jedna trzecia jego prac. Na oglądanie dzieł mistrza surrealizmu poświęcamy półtorej godziny. Na koniec robię sobie zdjęcie przy autoportrecie Dalego.

Po kolacji udajemy się do pobliskiego Gran Casino na wieczór flamenco. Koszt 34,5 Euro. Niestety, jestem trochę zawiedziony całkowitym zakazem fotografowania i filmowania. Sangria i cava oraz parę słonych ciasteczek nie rekompensują w pełni ceny wstępu. Gdybym bowiem chciał tylko zobaczyć i posłuchać występów, to kupiłbym sobie płytę CD za 10 lub DVD za 15 Euro. Jeżeli chodzi o sam pokaz to była to składanka pieśni operowych, tańca flamenco, stepowania i gitarowych solówek. Duże wrażenie wywarł na mnie ekspresyjny taniec w wykonaniu

Degustacja

Cap de Creus

Port Ligat - dom SalvadoraDali

Cadaques

Empuriabrava

Empuriabrava

Figueres - wieża Gali

Figueres - w muzeum S. Dalego
Pireneje - widok z Perpignan
Wieczór flamenco
Jose Leona oraz gitarowe popisy Diego Cortes'a.

Katedra w Perpignan
Przy okazji otrzymaliśmy też wejściówki do kasyna, ale wolałem nie kusić losu i nie zaryzykowałem.

2 komentarze:

  1. Figueres też bym chciała zobaczyć.

    Za to chyba by mnie trafił, za przeproszeniem, szlag, gdybym miała wydać taką kasę na występ flamenco i nie mogła nawet zrobić zdjęć. Taki pokaz ogromnie mi się marzy, ale teraz już wiem, że zanim się nań wybiorę, dziesięć razy dopytam o możliwość pstrykania fotek. Ciekawe skąd taki zakaz.

    OdpowiedzUsuń
  2. Zakaz robienia zdjęć i nagrywania wynika najprawdopodobniej z "troski" organizatorów o jakość uwiecznianych występów. Oni sami robią bowiem zdjęcia i oferują je po 8 Euro od sztuki. Sprzedają też nagrania DVD z zarejestrowanym programem występu. Z podobnym zakazem spotkałem się przy okazji oglądania tańca derwiszy w Turcji. Tam jednak można było fotografować inne występy w ramach tzw. wieczoru tureckiego. Menu też było o wiele bardziej urozmaicone. A tak na marginesie, to z żadnym zakazem nie miałem do czynienia w przypadku lokalnych wieczorków w Grecji i Egipcie.

    OdpowiedzUsuń