niedziela, 23 kwietnia 2017

Zlot klasyków



Wołga

Przed południem wybrałem się na prawie czterdziestokilometrową przejażdżkę rowerową. Ubrałem się lekko, bo choć temperatura nie przekraczała ośmiu stopni, to niebo było bezchmurne. Niestety, mniej więcej w połowie trasy, w okolicy portu lotniczego w Rębiechowie, dopadła mnie ciemna chmura i poczęstowała zimnym gradem i śniegiem. Do domu wróciłem z przemarzniętymi rękami i uszami, bo oczywiście nie wziąłem ze sobą rękawiczek ani czapki.

Więcej szczęścia do pogody miałem po południu, kiedy to pojechałem do Letnicy na doroczny zlot starych samochodów. Pomiędzy Stadionem Energi a budynkiem Amber Expo zebrało się kilkaset klasyków różnych marek. Warunkiem udziału w imprezie otwarcia sezonu  "Trójmiasto, klasycznie" było wpłacenie pięciu złotych. Pojazd zaś nie mógł być wyprodukowany po 1989 roku (nie dotyczy polskich marek). Samochody ustawiały się w alejkach  według kategorii wiekowej oraz według marek. Było na czym oko zawiesić i powspominać młode lata, kiedy to z zazdrością patrzyło się na śmigające syreny, trabanty, wołgi i tp.  Z zapałem więc uwieczniałem co ciekawsze egzemplarze...



























czwartek, 20 kwietnia 2017

Kolejowe przypadki



W sobotę 18 marca zalegalizowaliśmy z kolegą na dworcu w Gdańsku Wrzeszczu karnety Regio i wyszliśmy na peron. Z megafonów usłyszeliśmy informację o  dziesięciominutowym opóźnieniu pociągu Sambor, którym mieliśmy jechać do Bydgoszczy. Weszliśmy więc z powrotem na halę dworcową, aby niepotrzebnie nie marznąć. Po około pięciu minutach megafony wypluły kolejny komunikat: "Pociąg Regio Sambor z Gdyni do Bydgoszczy odjedzie z peronu drugiego".  Na peron dobiegliśmy w samą porę, żeby zobaczyć ostatni wagon odjeżdżającego składu.  Tym samym stanęliśmy przed dylematem, co robić dalej. Mogliśmy zrezygnować z podróży lub spróbować dojechać do Bydgoszczy innym pociągiem, żeby zdążyć na połączenie do Poznania (plan naszej podróży zakładał przejazd pięcioma pociągami regionalnymi z przesiadkami w Bydgoszczy, Poznaniu, Rawiczu i  Wrocławiu). Zdecydowaliśmy się na to drugie rozwiązanie. Nabyliśmy bilety Intercity po 43 złote od osoby i pojechaliśmy do Bydgoszczy najbliższym pociągiem pośpiesznym.
Po powrocie złożyliśmy reklamację w  PLK. W odpowiedzi zastępca dyrektora ds. eksploatacyjnych Marek Szulkowski napisał między innymi, że:

We wskazanym przez Pana dniu przedmiotowy pociąg doznał awarii drzwi na stacji Gdańsk Oliwa, co skutkowało opóźnioną godziną odjazdu pociągu z tej stacji. Z tego powodu wygłoszony został komunikat o opóźnieniu w wysokości 10 minut. Jednocześnie komunikat ten informował, że "wielkość opóźnienia może ulec zmianie", co oznacza, że może się ono zwiększyć lub zmniejszyć. W tym przypadku pociąg 55300 przybył na stację Gdańsk Wrzeszcz z opóźnieniem rzeczywistym 6 minut). W tym dniu nie odnotowano też usterek urządzeń megafonowych na peronach.
W związku z powyższym Zakład Linii Kolejowych w Gdyni nie widzi podstaw do zwrotu kosztów podróży.
Odpisałem, co następuje:
Dziękuję za odpowiedź na reklamację (pismo IZIP4-051/19/20017). Wyjaśniam jednocześnie, że nie chodziło mi o:
a/ wytłumaczenie przyczyn opóźnienia pociągu nr 55300,
b/ ilość minut opóźnienia w/w pociągu,
c/ ewentualne usterki systemu megafonowego w Gdańsku Wrzeszczu.
Moja reklamacja dotyczyła wyłącznie braku zapowiedzi, iż wymieniony wyżej pociąg wjeżdża na stację. Pojawił się bowiem tylko komunikat  - o czym pisałem w reklamacji - iż wspomniany pociąg odjeżdża z peronu drugiego. Skoro zaś "odjeżdża", to pasażer nie ma szans na niego zdążyć z poczekalni dworcowej.
Ponawiam więc prośbę o ponowne rozpatrzenie reklamacji.
Tym razem krótko odpowiedziała Alicja Tracz (referent samodzielne wieloosobowe stanowisko pracy ds. infrastruktury pasażerskiej):
W odpowiedzi na e-maila z dnia 05.04.2017 informuje, że tutejszy Zakład nadal podtrzymuje stanowisko zawarte w piśmie skierowanym do Pana w dniu 03.04.2017.
Moje pytanie brzmi: czy PLK ma obowiązek ogłaszania, że dany pociąg wjeżdża na peron, czy też wystarczy, że ogłosi, iż właśnie odjeżdża? Jeżeli to ostatnie, to faktycznie, moja reklamacja mogła być z czystym sumieniem odrzucona. Chyba jednak nie zaszkodziłoby, gdyby osoba obsługująca system zapowiedzi nieco się wysiliła i powiedziała coś w rodzaju: Opóźniony pociąg relacji (...) wjeżdża na peron drugi.
Powyższym tematem próbowałem zainteresować portal Trojmiasto.pl. Piotr Weltrowski redagujący rubrykę "Co mnie gryzie" obiecał przyjrzeć się sprawie. Potem zapadła długa cisza. Dopiero po dwukrotnym monicie otrzymałem odpowiedź, z której wynikało, że redakcja nie jest zainteresowana nagłaśnianiem tej sprawy. Jednocześnie życzono mi powodzenia "w sporze z PLK". Zabrzmiało to nieco ironicznie, bo co może zrobić jednostka w zetknięciu z wielką firmą?

niedziela, 2 kwietnia 2017

Rowerem do Źródła Marii



Pomnik upamiętniający Bitwę Oliwską

Krótki rowerowy wypad z grupą Zryw. Spod dworca w Gdańsku Wrzeszczu wyruszyliśmy we czterech. Nad Gdańskiem była gęsta mgła a temperatura powietrza nie przekraczała dziewięciu kresek. Wkrótce jednak mgła ustąpiła, zaś temperatura doszła do 19 stopni C. Pojechaliśmy ulicą Partyzantów w kierunku cmentarza Srebrzysko, a następnie przez Potokową dotarliśmy do Matemblewa. Przed sanktuarium MBB zrobiliśmy krótki postój. Następnie przejechaliśmy pod ul. Słowackiego i zjechaliśmy Kleszą Drogą w dół. Skręciliśmy potem w Drogę Węglową. Tu znowu był krótki postój przy Diabelskim Kamieniu. Dalej pojechaliśmy przez Owczarnię i Osowę do Żródła Marii. Licznik wskazywał 23 kilometry (potem Endomondo mi się zawiesiło i dalszy kilometraż znam tylko z licznika rowerowego). W tym miejscu odłączył się od nas mieszkający w Gdyni Roman, a my przez Gołębiewo i Drogę Nadleśniczych dotarliśmy na Pachołek w Oliwie. Zanim z Darkiem weszliśmy na wieżę widokową, by stwierdzić, że budowa biurowego wieżowca jest coraz bardziej zaawansowana, a parking przy ZOO coraz bardziej zapchany, obejrzeliśmy jeszcze pomnik upamiętniający bitwę morską pod Oliwą w 1627 roku.

W Oliwie nasze szlaki się rozeszły. Przejechałem łącznie 40 km. Każdy, kto zna tę trasę, wie że jest ona dość urozmaicona. Są fajne zjazdy, ale też ostre podjazdy. Występują asfaltowe fragmenty trasy, ale też jest piach (Owczarnia), płyty Jumbo (Osowa), żwir (Droga Nadleśniczych) i korzenie przed Pachołkiem. No i na końcu przy zjeździe do Czyżewskiego kocie łby.
Matemblewo

Diabelski Kamień


Droga Węglowa



Źródło Marii


Pachołek

Pachołek

wtorek, 28 marca 2017

Weekend w Islandii



Islandia przywitała mnie rzęsistym deszczem i porywistym wiatrem. Na lotnisku w Keflavik samolot Wizz Air wylądował z opóźnieniem. Łukasz, oczekujący na mnie  prawie od godziny, martwił się, że nie zdążymy na autobus. Faktycznie, zdążyliśmy wsiąść w ostatniej chwili i to tylko dzięki temu, że bus linii 55 - notabene jedynej łączącej port lotniczy z centrum Reykjaviku - nieco się opóźnił. Na kolejny trzeba byłoby czekać godzinę. Trochę zszokowała mnie cena biletu za przejechanie siedmiu przystanków - ponad 1600 koron, czyli około 58 złotych. A skoro jestem przy temacie komunikacji miejskiej, to następnego dnia zapłaciłem za przejazd do Reykjaviku liniami 55 i 1 1760 koron. W drodze powrotnej natomiast 500 za przejazd jedynką i 1700 za  55. Ciekawostka: w obu przypadkach nie otrzymałem biletu. Czyżby islandzcy kierowcy mieli skłonności do zarabiania na lewo?

Dzięki uprzejmości Łukasza miałem darmowe miejsce do spania w dawnym budynku koszarowym. Mieszkanka  są tutaj ciasne, ale funkcjonalne. Jest łazienka oraz osobne garderoby przynależne do każdego pokoju. Kuchnia oraz pralnia są wspólne dla całego korytarza. Mieszka tu sporo Polaków, pracujących głównie na pobliskim lotnisku. Czynsz za pokój wynosi w przeliczeniu około 1 800 zł. A propos naszych rodaków, to stanowią oni największą mniejszość etniczną w Islandii. Ich liczbę szacuje się na 12 tysięcy. To sporo, zważywszy na fakt, iż całkowita liczba ludności tego kraju przekracza zaledwie 330 tysięcy. Tak więc na Polaków można tu natknąć się niemal na każdym kroku. Nie chodzi tu wyłącznie o tych przebywających na stałe, ale także odwiedzających oraz zwykłych turystów. Trzeba bowiem wiedzieć, że Islandię odwiedza rocznie około miliona osób, co niewątpliwie jest swego rodzaju ewenementem.

Islandię najlepiej zwiedzać wynajętym samochodem. W celu zminimalizowania kosztów dobrze jest zebrać 3 lub 4 osoby. Niestety, ja byłem sam. Zdecydowałem się więc wykupić w Gray Line Iceland wycieczkę pod nazwą Golden Circle Classic. Koszt ośmiogodzinnej objazdówki po najciekawszych miejscach  w pobliżu Reykjaviku wynosi 10 500 koron islandzkich, czyli ok 375 złotych. 

Pogoda w sobotni poranek była fatalna: ostro zacinający deszcz i spore zamglenie. Miałem nawet wątpliwości, czy w takich warunkach wycieczka dojdzie do skutku. Nie uwzględniłem jednak faktu, że tutejsza aura cechuje się dużą zmiennością. Poza tym "biznes is biznes". Do małego busa wsiadłem przed hotelem Plaza. Naiwnie sądziłem, że będzie to docelowy środek lokomocji. Tymczasem busy  tylko zbierały turystów przed poszczególnymi hotelami i zawoziły ich na punkt zborny. Tutaj dopiero następowała przesiadka do dużych autokarów. Wspominam o tym dlatego, że w trakcie przesiadki zapomniałem zabrać z busa swoją czapkę. Na szczęście została mi jeszcze wiatrówka z kapturem.

Z Reykjaviku wyjechaliśmy o godzinie 10.30. Przewodniczka Christina przedstawiła pokrótce program wycieczki. Jej pierwszym punktem był park narodowy Þingvellir nad północnym brzegiem największego islandzkiego jeziora Þingvallavatn, tuż przy drodze nr 36. W tym miejscu stykają się ze sobą dwie płyty tektoniczne: euroazjatycka i północno amerykańska. Deszcz przestał padać i mgła nieco się rozeszła, ale nadal solidnie wiało. Nieopodal platformy widokowej zlokalizowane było centrum gastronomiczno-handlowe. Takie same spotkać można było przy pozostałych atrakcjach Golden Circle. Przewodniczka wręcz zachęcała  do korzystania z możliwości zakupu pamiątek i do konsumpcji. W tym celu specjalnie wydłużała przerwy postojowe. No cóż, taki jest biznes turystyczny. Gdyby się zwiedzało indywidualnie, byłoby więcej czasu na atrakcje turystyczne.

Drugi postój wypadł przy Gullfoss, czyli złotym wodospadzie na rzece Hvítá przy drodze nr 35.  Wodospad składa się z dwóch kaskad o wysokości 11 i 21 metrów. Przepływa przez niego 400 metrów sześciennych wody na sekundę. Kapryśna aura nie pozwoliła na długie podziwianie tego cudu natury. Ledwo pstryknąłem kilka zdjęć, a już rozpoczęła się potężna ulewa. Schroniłem się w pobliskim kompleksie handlowo-gastronomicznym. Przy okazji nabyłem do swojej kolekcji otwieracz do butelek z magnesem i jakiś mini kubeczek do postawienia na półkę z pamiątkami z podróży.

W odległości około dziesięciu kilometrów od Gullfoss  w dolinie Haukadalur znajduje się Geysir i Strokkur (gejzery). Ten pierwszy rzadko wybucha, ale za to byłem świadkiem wybuchów tego drugiego w odstępach około dziesięciominutowych. Słupy gorącej wody wylatywały na  kilkanaście metrów w górę. Wokół unosił się zapach siarkowodoru do złudzenia przypominający odór zgniłych jaj. Na całym terenie tuż nad ziemią unosiły się kłęby pary z gorących wód geotermalnych.  Wokół gejzerów ziemia o rudawym odcieniu a w oddali ośnieżone góry. Niesamowite wrażenia.

Następnym i niestety ostatnim godnym uwagi punktem programu wycieczki Złoty Krąg był niewielki wodospad Faxi (inaczej Vatnsleysufoss) na rzece Tungufljót. Podobno występuje tu w dużych ilościach łosoś. Nieopodal znajduje się restauracja Vid Faxa, ale poza sezonem jest nieczynna.

Ostatni postój wypadł w małym miasteczku Hveragerði  (ok. 1800 mieszkańców). Jego jedynym powodem było zrobienie zakupów w markecie sieci Bonus. Osobiście nabyłem tam chleb za 498 koron (prawie 18 zł). To i tak taniej niż w Reykjaviku, gdzie płaciłem 569 koron za pół kilograma ciemnego chleba z ziarnami.

Do stolicy Islandii wróciliśmy kilka minut po osiemnastej. Pogoda wyklarowała się na tyle, że można było bez obawy przemoknięcia pospacerować po mieście. Co prawda rano zwiedziłem już operę Harpa (europejska nagroda dla współczesnej architektury) i obejrzałem z zewnątrz kościół Hallgrímskirkja (drugi pod względem wysokości budynek w Islandii), ale teraz miałem jeszcze ponad 40 minut do odjazdu autobusu, więc znów zagłębiłem się w malownicze uliczki. Na przystanku zauważyłem ogłoszenie o poszukiwaniu zaginionego Polaka. Zaginął on 28 lutego tego roku. W Islandii mieszkał od pięciu lat. Póki co, brak informacji o jego odnalezieniu.

Niedziela od samego rana była mglista i deszczowa. Mimo to zdecydowaliśmy się z Łukaszem pójść na ryby. Przemokliśmy do cna, zanim jeszcze doszliśmy na wybrzeże Atlantyku. Na domiar złego ryby nie brały. Wróciliśmy zatem do koszarowca. Jedyny pożytek z tej eskapady to spalone podczas 13. kilometrowego spaceru kalorie. Po południu pogoda wydatnie się poprawiła. Powtórzyliśmy więc swoją wędrówkę na skalne wybrzeże. Tym razem ryby wprost rzucały się na haczyk Łukaszowej wędki. W przeciągu półtorej godziny złowił on 9 fląder (trzy wyrzucił) i jednego dorsza. Wieczorem oczyściłem i usmażyłem cały ten połów. Nie wyszło mi to zbyt perfekcyjnie, ale świeża ryba zawsze smakuje...

W ostatnim dniu mojego pobytu na Islandii pogoda była iście wiosenna. Na lotnisko udałem się więc piechotą. Na skróty byłoby to jakieś 7 kilometrów. Ponieważ jednak miałem dużo czasu, poszedłem okrężną drogą przez centrum Keflavik. Przy okazji trochę pobłądziłem, więc w sumie przeszedłem 14 km.

Wrażenia? Ogólnie pozytywne, ale z dużą dawką niedosytu. Uświadomiłem sobie bowiem, że zaledwie liznąłem Islandii. By w miarę dokładnie poznać ten wyspiarski kraj, najlepiej przyjechać tu na minimum 10 dni i dysponować środkiem transportu. Wyobrażam sobie, jak pięknie musi być tutaj latem...
Opera Harpa

Reykjavik


Park narodowy  Pingvellir


Gullfoss

Gullfoss

Gullfoss

Geysir

Geysir

Geysir

Geysir

Wodospad Faxi

Restauracja nieopodal Faxi

W drodze

Reykjavik

Wędkowanie w Atlantyku


Troll

Wybrzeże Atlantyku





Połów




Reykjavik z lotu ptaka