Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tanikeli. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tanikeli. Pokaż wszystkie posty

Z wizytą w krainie lemurów

 


Niedziela, 11.10.26

Do Pendolino wsiadamy w Gdańsku  tuż  przed jedenastą. Do Warszawy Wschodniej  będziemy  jechać  niespełna  dwie  i pół  godziny. W ramach  poczęstunku  otrzymujemy  po dwa napoje i po jednej przekąsce. Ja wybieram kawę,  sok pomarańczowy  oraz sałatkę z polędwicą i marynowaną rzodkwią.

Na przesiadkę  do Radomia  mieliśmy oczekiwać 30 minut, ale z powodu  opóźnienia  pociągu  "Sienkiewicz " czas ten wydłużył  się  do stu minut. Mieliśmy  jednak  pewną rozerwę  czasową, więc  na lotnisko dojechaliśmy we właściwym  czasie. Zresztą,  jak wiadomo, na terminalu w Radomiu nie ma tłoku. Dzisiejszego popołudnia  odlatywał tylko jeden samolot,  czyli nasz na Nose Be. Był  to Boeing B787-9 Dreamliner.

Lot trwał  niecałe  10 godzin. Siedzieliśmy  w 42 rzędzie, czyli na ogonie, więc  trochę  trzęsło. Katering był dość  przyzwoity, aczkolwiek  bez szału. 

Malutkie  lotnisko na Nosy Be. Przy odprawie paszportowej  funkcjonariusz bez cienia zażenowania  upominał  się  o napiwek.  Po polsku! Ot, Afryka.

W hotelu Orange a  Beach zjawiamy się  około ósmej. Przed zakwaterowaniem zjadamy  śniadanie i wymieniamy walutę. Kurs euro w przenośnym  kantorze, czyli u gościa  z walizeczką wynosi 4 600 ariarów.

 

Do południa  zapoznawaliśmy się  z okolicą hotelu Orange a Beach, w którym  spędzimy  dzisiejszą noc. Jest tu dość  sympatycznie. Obiekt jest położony  tuż  przy plaży, posiada swój  basen i jest zlokalizowany na uboczu. 

Po obiedzie  pojechaliśmy  do odległego  o 11 km od naszego hotelu Dzamandzar (Dzamanjary). Tu, na placu La Banane, w każdą  niedzielę  odbywają się  walki morengy, zwane też  marengo. Jest to tradycyjny boks malgaski, stanowiący widowiskową i dość brutalną sztukę walki na gołe pięści, która wywodzi się z regionu Sakalava w północno-zachodnim Madagaskarze. 

 Zasady są proste: zawodnicy walczą na gołe pięści i bez żadnych ochraniaczy, z wyjątkiem  tych na zęby. Dozwolone są uderzenia rękami oraz kopnięcia (również kolanami). Pojedynki są bardzo dynamiczne i krótkie – zazwyczaj trwają około 30 sekund lub do momentu nokautu albo poddania się jednego z zawodników. Wydarzeniu towarzyszy głośna, hipnotyzująca tradycyjna muzyka na żywo oraz kilkutysięczny żywiołowo reagujący tłum miejscowych kibiców. Bilety wstępu dla turystów są tanie.  My płaciliśmy  po 10 tysięcy ariarów, czyli niespełna 10 zł.

Dawniej morengy służyło jako trening wojenny i forma obrony przed złodziejami bydła. Dziś to prestiżowy sport, w którym zawodnicy  reprezentują swoje wioski, a najlepsi z nich zyskują status lokalnych bohaterów. 

 

Poniedziałek  12.10.26

Pobudka o piątej.  Solidne śniadanie  i wyjazd do portu.  Na placu w Dzamandzar, gdzie wczoraj  odbywały  się  walki marengo, dzisiaj  był już targ. Miasteczko i pobliskie wioski tętnią tu życiem  od samego rana: dzieci idą  do szkoły,  dorośli  do pracy, a niektórzy  po prostu  siedzą przed drewnianymi domkami. Kobiety noszą  w miskach  i koszach na głowach banany i inne owoce. Z portu przepływamy  szybką  motorówką na właściwy  Madagaskar. Tu ładujemy  się  do samochodów (nam przypadł  w udziale  suv Hyundai Terracan, który  dzielimy  z małżeństwem  z Warszawy) i ruszamy w głąb  lądu. Po godzinie jazdy szutrową  i mocno dziurawą drogą zatrzymujemy się  przy  plantacji  kakao.  Korzystamy  tu z toalety (jak na polowe warunki całkiem  znośnej) i robimy  drobne zakupy typu wanilia, rum, kakao czy czekolada.

Ela nabywa 5 opakowań wanilii w suchych  laskach po 35 tyś  ariarów  za jedną  i czekoladę  za 20 tysięcy.

 Dalej  jedziemy  porządną  asfaltową szosą RN6. W południe  zatrzymujemy się na lunch w Antanatsimanaja. Serwują  nam ryż,  kurczaka, szaszłyki  wołowe  i kraby. Piwo, kawa i cola płatne  dodatkowo, odpowiednio po 10, 5 i 5 tysięcy  ariarów. 

Posileni odbywamy trzygodzinny trekking po wpisanym na listę  UNESCO rezerwacie przyrody Ankarana. Spotykamy  tu kameleony i lemury. Tych ostatnich występuje tu aż 14 gatunków. Podziwiamy  też  namiastkę dżungli (około  670 gatunków roślin)i ciekawe formacje skalne Tsingy. Atrakcji temu spacerowi dodają wiszące  mostki, przez  które  można  przechodzić  tylko pojedynczo.

Na dzisiejszy nocleg  zajechaliśmy  do Ambilobe, przez które  już  przejeżdżaliśmy przed południem. Zatrzymaliśmy  się w hotelu Kozobe.

Piwo THB na sąsiadującej z hotelem stacji Shell kosztuje jedynie 4 tysiące ariarów. Nie można jednak płacić  kartą.

Kolacja w formie  bufetu, ale serwowana przy stole dla całej naszej 16.osobowej grupy. Na przystawkę  faszerowane jajka, bagietki i pieczone krewetki.  Potem ryż, ziemniaki, ryba z grilla i wołowina  w sosie.

 

Wtorek, 13.10.26

Śniadanie w stylu  francuskim, ale w bogatszej wersji: naleśniki, dżem, bagietki, masło,  crousanty, owoce, omlety,  kawa, herbata i soki. Miły i ciągle uśmiechnięty kelner witał wszystkich polskimi zwrotami "Dzień  dobry, jak się masz?"

Tym razem wyjeżdżamy  o 8 30. Na zewnątrz 30 stopni C. W ciągu dnia  dojdzie  do 37 stopni. Po ponad dwóch  godzinach  jazdy (z czego 40 minut po wyboistej piaszczystej drodze), w trakcie której  mijamy liczne stada bydła zebu dziesiątki  tuk tuków i rowerów oraz ubogie drewniane chatki, docieramy do Tsingy Rouge. Podczas krótkiego  spaceru podziwiamy  niezwykłe  formacje skalne, które  ukształtowały  się  na przestrzeni osiemdziesięciu tysięcy  lat na skutek działania  wiatru i erozji powodowanej przez rzekę Irodo. Są  to głównie  czerwone lateryty i wapienie. W niektórych  fragmentach  można  dopatrzeć  się  podobieństwa  do tych  występujących  w Kapadocji.

Dzisiejszy  lunch, który  spożywaliśmy  pod krytą strzechą drewnianą wiatą składał  się  z przystawki  w postaci grzanek  z bagietki oraz połówki  awokado faszerowanej rybą  podobną do tuńczyka.  Jako danie zasadnicze podano  ryż,  szaszłyki  z ryby oraz kawałki  mięsa  zebu w sosie  z warzywami. Na deser  był  owoc mango.

W drodze do hotelu natrafiamy na duży  pożar.  Płoną  drzewa,  krzewy i trawy. Silny wiatr bez problemu przenosi ogień  przez  dość  wąską  drogę.  Udaje nam się  jednak przebić przez kłęby gryzącego dymu i cało dojechać  do  asfaltowej szosy. Oficjalnie wypalanie traw jest na Madagaskarze zakazane. Kto jednak miałby  egzekwować ten przepis  na ogromnych, często  odludnych terenach?

Po południu  przybywamy do Antsiranana nad Oceanem Indyjskim.  A swoją  drogą charakterystyczne na Madagaskarze jest to, że  bardzo wiele nazw miast, począwszy  od stolicy  Antanarywy  zaczyna się  na literę  A. Meldujemy się  w hotelu De La Poste.

Przed kolacją  spacerujemy  trochę  po mieście.  Udaje się nam nabyć  laski wanilii   pięć  razy taniej niż  poprzedniego dnia. Pytanie  tylko, czy nie gorszej jakości.  Z wierzchu  tego przecież  nie widać.  Nabyliśmy  także  w Carrefourze trochę rumu Dzama po 8 zł za butelkę  0,350 l.

Kolacja raczej skromna: makaron i ryż z kurczakiem, trochę owoców. 

 

Środa,  14.10.26

Dzisiaj wybraliśmy się  na odległą o 30 km od Antsiranany Bursztynową Górę.  W tym wulkanicznym masywie nie ma co prawda bursztynu, ale występują  drzewa z kolorową  żywicą, stąd  nazwa. Znajduje się  tutaj najpiękniejszy i najbardziej znany na Madagaskarze park narodowy z lasem deszczowym, licznymi gatunkami lemurów, kameleonów i endemicznych ptaków. Spotkaliśmy np. mangustę oraz zimorodka malachitowego i pliszkę malgaską. Poza tym zobaczyć tu można gigantyczne paprocie i storczyki, mirty chilijskie i figowce. Na trasie naszego niespełna  dwugodzinnego spaceru  znalazły się  też  trzy niewielkie wodospady. Na Bursztynowej Górze panuje  chłodniejszy i bardziej wilgotny mikroklimat, który stanowi silny kontrast dla upalnych nizin.  Góra  ma około  1 500 wysokości,  ale my poruszaliśmy  się  na poziomie zaledwie  tysiąca  m n.p.m.

Na skraju parku zjedliśmy  lunch na świeżym  powietrzu.  Później  nasza  grupa się rozdzieliła: część  z nas pojechała  do hotelu, a pozostali wybrali się  na plażę, żeby  popatrzeć  na kitesurfing.

Popołudniu  uzupełniliśmy zapasy rumu. Nabyliśmy też trochę cynamonu, goździków i kakao. Ponadto Ela kupiła  jakiś  obrus czy makatkę.

Dzisiaj  kolacja była  znacznie bardziej  obfita i urozmaicona. Dla  każdego  z nas przewidziano m.in. po całej  pieczonej  rybie.

 

Czwartek, 15.10.26

Kolejny dzień  zwiedzania Madagaskaru. A tak na marginesie, ta wycieczka jest jedną z nielicznych, podczas których  nie oglądamy  ruin,  świątyń  i muzeów, lecz  skupiamy się na walorach krajobrazowych i przyrodniczych. Dzisiaj  przyszła  kolej na Montagne des Français, czyli Francuską Górę.  Jest to popularny cel trekkingowy w północnym Madagaskarze, położony w regionie Diana, około 12 km na wschód od Antsiranana (Diégo-Suarez).

Wapienny masyw porośnięty jest suchym lasem liściastym, na którego szczyt prowadzi trasa obejmująca m.in. słynne kamienne schody (około 600 stopni). Szlak  jest miejscami dość  stromy, ale z naszej  grupy tylko dwie osoby nie dotarły na szczyt. Przewyższenie  na przestrzeni trzech  kilometrów  wynosi prawie 400 metrów. Po drodze mijamy stacje drogi krzyżowej oraz piękne  okazy baobabów.

 Z platformy widokowej na szczycie roztacza się panoramiczny widok  na wielką Zatokę Diégo-Suarez, Szmaragdowe Morze, Wyspę Szukającą i Górę Cukrową.

Wstęp na teren rezerwatu oraz zwiedzanie odbywają się z obowiązkowym lokalnym przewodnikiem. W przypadku naszej grupy było ich czworo, w tym dwie praktykantki. Byłem  co prawda najstarszy wiekiem, ale udało mi się  pokonać  całość  szlaku (prawie 6 km w  obie strony) jako pierwszemu.

Lunch zjedliśmy w wiosce Ramena. Serwowano między  innymi szaszłyki  z krewetkami i kalmarami oraz podaną w całości  rybę  karang. Ta ostatnia była  tak wielka,  że  dwie sztuki w zupełności  wystarczyły dla 18 osób. W poprzednich dniach poszukiwaliśmy lemurów  w lasach. Tym razem to one polowały na nas, a właściwie  na nasze jedzenie. Cała  ich rodzinka ulokowała  się bowiem  na belkach wiaty, pod którą jedliśmy  obiad.

Popołudnie  spędziliśmy  na plaży  w Ramenie. Jest ona szeroka, czysta i praktycznie pusta. Poza  długim  spacerem  aż po lasy namorzynowe z jednej  strony i po strome skały  z drugiej,  popływałem  także  w wodach Oceanu Indyjskiego.

Na kolację  poszliśmy  dzisiaj do restauracji La Cambusa. Wnętrze  tego lokalu ozdobione  jest motywami z filmu "Piraci z Karaibów". Jedzenie przyzwoite. Mnie szczególnie  przypadło  do gustu carpaccio z wędzonego tuńczyka. Napoje alkoholowe tanie, np. Piwo 0,66 litra niecałe 9 zł.

 

Piątek,  16.10.26

O dziewiątej  opuszczamy hotel La Poste, w którym  spędziliśmy  ostatnie trzy  noce. Jedziemy na południe,  w kierunku Ambilobe. Na drogach  niewiele samochodów, za to widać  sporo  tuk tuków, dwukółek ciągnionych  przez  krowy, rowerów, nieco motocykli i dużo  kobiet noszących różnorakie towary  na głowach.

Lunch jemy w restauracji  Kozobe. Następnie  spacerujemy  i robimy zakupy na miejscowym bazarze. Oczywiście  nie spożywcze,  bo nad rybami i mięsem,  które  wystawione  są  na stołach  w temperaturze ponad 30 stopni C, uganiają się  stada much. Zresztą  sam zapach  odstręcza od myśli  o kupnie  tego asortymentu.  

O wiele przyjemniej  jest  na  plantacji kakao.  Tej samej, na której krótko  przebywaliśmy pięć  dni temu. Wtedy zatrzymaliśmy  się  tutaj na toaletę  i drobne  zakupy. Dzisiaj natomiast zapoznaliśmy  się  z poszczególnymi etapami  produkcji kakao. Skosztowaliśmy  też  surowych nasion kakaowca oraz  tych prażonych, już  po fermentacji. Całkiem  smaczne! Obejrzeliśmy  również  drzewka waniliowe, kawowe,  bananowce, ananasy oraz korzenie imbiru i kurkumy. Poznaliśmy  także  smak pieprzu  prosto  z drzewa. Na koniec zaś popróbowaliśmy domowego  rumu o smakach kawowym, waniliowym, kakaowym i bananowym.  Który  najlepszy? Trudno po takiej  mieszance  o obiektywizm,  ale stawiam  na kakaowy.

Na nocleg przyjechaliśmy  do hotelu Vel Lodge  Ambanja. Tu po raz pierwszy podczas  pobytu na Madagaskarze spotkaliśmy  się z moskitierami nad łóżkami.  Pewnie występuje tutaj więcej komarów. Jest za to cisza, której  tak bardzo brakowało nam przez trzy noce w Antsirananie, gdzie okno naszego pokoju wychodziło wprost na hałaśliwą ulicę. 

 

Sobota, 17.10.26

Po skromnym śniadaniu opuszczamy miejscowość Ambanja i kierujemy się do portu Ankify, oglądając po drodze plantację jagodlina wonnego, którego kwiaty stanowią składnik słynnych perfum Chanel No.5.   Stąd  ponownie przeprawiamy się  łodzią motorową (można  też  promem,  ale ten jest o wiele wolniejszy) na Nosy Be. Po niespełna  pół  godziny na wodzie wsiadamy  do busa i jedziemy do hotelu Orange a Beach, tego samego  w którym spędziliśmy pierwszy dzień na Madagaskarze. Z perspektywy  tygodniowego doświadczenia mogę  powiedzieć, że  to najlepszy  dotychczas obiekt hotelowy na naszym szlaku. Zanim jednak dotarliśmy  do  hotelu, spędziliśmy  godzinę na zwiedzaniu bazaru i zakupach w Andonay. Powodzeniem cieszył się  jak zwykle rum Dzama, wanilia, pieprz  i inne przyprawy.

Po południu  krótki spacerek  wokół  jeziorka przed hotelem. Ze zdumieniem obserwowaliśmy gromady wygrzewających się  w słońcu  krabów. Na nasz widok natychmiast  się  płoszyły i uciekały do przygotowanych wcześniej  dziur w ziemi. 

Z ciekawostek o Madagaskarze: powiedzenie Mora mora oznacza tu  „powoli, powoli” lub „spokojnie” i odzwierciedla tradycyjną filozofię życiową  Malgaszy.

Na Madagaskarze trzeba się wystrzegać pokazywania palcem wskazującym bezpośrednio na osoby, obiekty lub miejsca. Jest to surowo zabronione i stanowi jedno z najważniejszych kulturowych tabu, znanych lokalnie jako fady. Złamanie tego zakazu jest uznawane za głęboki brak szacunku dla tradycji oraz żyjących mieszkańców i duchów przodków. 

Niedziela,  18.10.26

Wczoraj  zakończyła  się  część objazdowa, a dzisiaj zaczyna się  część  pobytowa naszej wycieczki na Madagaskar. Tym samym nie będzie  się  już  nami zajmować  pilotka  Magdalena Kacprzyk, lecz rezydentka Małgorzata Mikoszewska.

Przy wyjeździe  z hotelu Orange płacimy  10 euro opłaty turystycznej. Po kilkunastu minutach jazdy docieramy do hotelu  Royal Andilana Resort. Na powitanie otrzymujemy mokre ściereczki do wytarcia rąk i po szklance soku. Przebrane w regionalne stroje kobiety witają nas tańcem i śpiewem. Zameldowanie przebiega szybko i sprawnie. Otrzymujemy opaski all inclusive, karty do pokoi, karty na ręczniki plażowe i hasła do WI-FI, ale tylko po jednym na osobę. Aby skorzystać z laptopa muszę zatem udostępnić smartfon jako router. Nasz apartament znajduje się na parterze sporego pawilonu. Składa się z dużego pokoju, holu, łazienki i osobnej toalety oraz obszernego tarasu, z którego w odległości około stu metrów widać ocean. Myślę, że hotel ten ma zasłużone pięć gwiazdek. Nie brakuje jednak zabawnych sytuacji, jak choćby ta z telewizorem.  Co prawda dałem radę go włączyć, ale w żaden sposób  nie mogłem uruchomić poszczególnych kanałów. Nie mogłem też niczego obejrzeć na You Tube, mimo iż się zalogowałem. Poszedłem więc na recepcję i pokazałem na  translatorze  o co mi chodzi. Uprzejma recepcjonistka wzięła ode mnie smartfon i napisała coś po francusku, co po polsku brzmiało tak: „Dobrze, nie będziemy nikogo wysyłać, żeby to naprawił”. Spojrzałem na nią z niedowierzaniem, ale ona z uśmiechem potakiwała głową, że wszystko będzie  w porządku. I rzeczywiście, po powrocie  z obiadu zobaczyłem, że wszystko działa sprawnie jak w szwajcarskim zegarku.

Innego rodzaju przygodę miałem na plaży. Spacerowałem sobie spokojnie po piasku, gdy nagle podszedł do mnie jakiś ochroniarz. Przywitał się uprzejmie, po czym powiedział, że nie mogę dalej iść, bo to jest teren prywatny. Istotnie, nieopodal stała  tablica z taką informacją. Przeprosiłem więc i zawróciłem, by po chwili spróbować przejść z drugiej strony, od zaplecza hotelu. Nic z tego! Ochroniarz był bowiem bardzo czujny i tym razem też zaszedł mi drogę. Z uśmiechem pełnym satysfakcji wskazał mi kierunek, w którym miałem zawrócić i dla pewności szedł za mną kilkadziesiąt metrów.

Na plaży zaczepiały mnie też osoby proponujące masaż lub zdjęcie z kameleonem, ale do tego już przywykłem na wielu orientalnych plażach. Co poza tym? Woda jest cieplutka, ale przy brzegu jest płytko, więc żeby spokojnie popływać, trzeba przejść ze sto metrów w głąb oceanu.

W południe mieliśmy spotkanie z rezydentką. W sumie nic nowego się nie dowiedziałem, ale dobrze wiedzieć, że ktoś się nami interesuje.  Aha, biegunka, której nabawiła się Ela, nazywa się tutaj „Zemstą lemura”.

 


Wtorek, 20.10.26

O Madagaskarze  każdy  wie, że  jest to czwarta największa  wyspa świata  i największa  w Afryce. Nie każdy  jednak zdaje sobie  sprawę  z tego, że  do tego państwa  należy  jaszcze  około  250 mniejszych wysepek, z czego  kilka spornych z Francją.  My odwiedziliśmy  dzisiaj trzy urokliwe  wyspy niedaleko  od Nosy Be: malutką Nosy Tanikeli (bezludna), nieco większą  i zamieszkałą Nosy  Komba oraz Nosy Sakatia.  Na każdą z nich płynęliśmy dwusilnikowym statkiem turystycznym Feo by Sound,s.

Nosy Tanikeli to  chroniony rezerwat morski i przybrzeżny, słynący z bogatych raf koralowych, przejrzystych wód oraz obfitego życia morskiego. Spędziliśmy tutaj dwie godziny na pływaniu, snurkowaniu, plażowaniu i spacerach, w tym na punkt widokowy  z latarnią morską. Wstęp dla Malgaszy kosztuje tutaj 5 tysięcy ariarów, natomiast dla turystów zagranicznych osiem razy więcej. Cóż począć…

Nosy Komba położona jest bardzo blisko od Nosy Tanikeli, ale jest też chyba najbardziej turystycznym miejscem z dotychczas odwiedzonych. W niewielkiej wiosce Ampagorina jest bowiem co najmniej tyle straganów co w średniej wielkości mieście malgaskim. Można tu kupić wszelkiego rodzaju pamiątki, obrazy i inne wyroby rzemiosła artystycznego, torby, kapelusze, ręcznie robione obrusy i mnóstwo przypraw z wanilią na czele. Nabyłem tu m.in. kapelusz do mojej kolekcji egzotycznych nakryć głowy za niespełna 35 zł. Poza tym spotkaliśmy tu mnóstwo lemurów (na Madagaskarze występuje ich  ponad sto gatunków), które można było dokarmiać i robić sobie z nimi zdjęcia. Atrakcją był też   wąż boa, którego podziwiam za cierpliwość, z jaką znosił wielokrotne przenoszenie z jednego turysty na drugiego.  Z kolei olbrzymie żółwie były wyraźnie zadowolone z głaskania po wewnętrznej stronie szyi.

Na koniec przypłynęliśmy na leżącą w pobliżu Andlilany wysepkę Nosy Sakatia. Tu zjedliśmy lunch pod słomianymi zadaszeniami ustawionymi tuż przy plaży, z widokiem  na  szmaragdowe wody Oceanu Indyjskiego.  Serwowano m.in. szaszłyki z zebu, grillowaną rybę,  ryż i różne surówki. Do tego oferowano degustację kilku rodzajów rumu.  Tu sprzedawców pamiątek było o wiele mniej i prowadzili z reguły sprzedaż naręczną.

Wnętrze wyspy Sakatia porastają lasy, dzikie orchidee, plantacje wanilii oraz drzewa ylang-ylang. Poza tym można spotkać tu olbrzymie żółwie zielone i szylkretowe. My jednak nie mieliśmy już czasu na dalszą eksplorację wyspy, gdyż musieliśmy wracać na Nose Be. Niemniej jednak polecam Sakatię jako miejsce do snurkowania i odpoczynku.

 Czwartek, 22.10.26

Dzisiaj poznawaliśmy Nose Be od strony lądu. W tym celu wybraliśmy się na autobusową wycieczkę wokół wyspy. Jej organizatorem był lokalny partner Itaki, czyli Sound,s Travel & Leisure. Firma z rozmachem: oprócz kierowcy zaserwowano nam bowiem dwoje przewodników i fotografa. Dodatkowo jechała w busie nasza rezydentka.  Byliśmy zatem zaopiekowani na maksa, co zresztą znalazło odbicie w cenie wycieczki (70 euro).

Najpierw pojechaliśmy na południe wyspy, gdzie zajrzeliśmy na krótko do destylarni olejków Ylang Ylang, po czym odwiedziliśmy park Lemurialand.. Tu spotkaliśmy dwa duże i dość wiekowe żółwie: Napoleona i Bonapartego oraz ich młodszą kopię Józefinę. Bardzo chętnie pozowały do zdjęć, choć  za  czasów młodości tych dwóch pierwszych nikt nie słyszał jeszcze o fotografii. Rzuciliśmy też okiem na zastygłe w ulubionych pozach krokodyle oraz ich małe potomstwo. Potem była cała seria spotkań z lemurami, w tym z Królem Julianem (lemur katta). Wszystkie chętnie przyjmowały banany z ręki, po czym zręcznie wskakiwały na drzewa, czasami zaszczycając kogoś swoimi wydzielinami.

Z Lemurialandu pojechaliśmy do stolicy wyspy Hell-Ville (Andoany). Niespecjalnie mi się to spodobało, bo już  raz tu byliśmy, a poza tym chodziło tylko o zakupy na bazarze. Ciekawszym punktem wycieczki było święte drzewo Malgaszów, czczone w  kulturze animistycznej. Samo drzewo to rozłożysty fikus z licznymi lianami  przyozdobiony czerwonymi i białymi wstążkami (barwy plemienia Sakalawa oraz malgaskiej flagi). Przed wejściem trzeba zdjąć obuwie i owinąć się tradycyjną szatą (lamba). A i jeszcze jedno - próg trzeba przekroczyć koniecznie prawą nogą.

Po lunchu (smaczne mięso grillowanej  ryby  tazar i plastry zebu) zajechaliśmy do kolejnego miejsca nastawionego na łupienie turystów. Tym razem bardziej eleganckiego niż bazar, a tym samym droższego – Arts Village.

Ostatnim punktem naszego objazdu był punkt widokowy na wzgórzu Mont Passot. Podziwialiśmy  stąd rozległą panoramę Nosy Be.  A tak  przy okazji -  ta wyspa nie jest reprezentatywna dla całego Madagaskaru. Tu – dzięki turystom – mieszkańcom żyje się stosunkowo nieźle.  O wiele gorzej mają Malgasze w południowej części głównej wyspy, zwanej czasem ósmym kontynentem. Wystarczy powiedzieć, że wielu z nich nie ma dostępu do prądu, nie wspominając  już wykształceniu (75 procent to analfabeci).

 

Piątek, 23.10.26

Nosy Iranja to Malediwy  Madagaskaru lub – jak kto woli – Karaiby Madagaskaru. Tak czy owak, jest to miejsce kojarzące się z rajem: bielutki i miękki piasek, palmy kokosowe i przezroczyste wody Oceanu Indyjskiego w odcieniach od jasnoniebieskiego do kobaltowego. Nosy Iranja to dwie wysepki połączone piaszczystą  groblą, która podczas przypływu jest częściowo zalewana wodą: Iranja Be i Iranja Kely. Ta druga jest prywatna, zaś cały ruch turystyczny odbywa się na tej pierwszej. Dla zainteresowanych zoologią: Nosy Iranja jest miejscem rozrodu i gniazdowania żółwi szylkretowych oraz zielonych,

Z Nosy Be płynie się na Iranję około półtorej godziny (odległość w linii prostej – około 50 km). Na otwartym oceanie trochę buja i przy większej prędkości dziób łodzi mocno uderza w spienione fale. Przypomina to trochę walenie czymś ciężkim o podłogę. Dla nieprzyzwyczajonych jest to pewien dyskomfort, a dla bardziej wrażliwych powód do podzielenia się śniadaniem z Neptunem. Na naszej łodzi ta wątpliwa przyjemność spotkała tylko jedną osobę, ale z opowieści znajomych z drugiej jednostki wiem, że u nich za burtę wychylało się więcej osób.

Po przybiciu do plaży przespacerowałem się wspomnianą groblą na wyspę Kely i zdążyłem wrócić, zanim woda sięgnęła mi do  kolan (po południu nad groblą swobodnie przepływała nasza łódź). Na punkcie widokowym, na który trzeba wspiąć się po kamiennych schodach, znajduje się zabytkowa latarnia morska. Niestety, zamknięta. Jednak widoki warte są wspinaczki w upalne południe (temperatura odczuwalna 36 stopni C.). Poza tym na całej długości podejścia rozstawione są stragany, na których można nabyć pamiątki i wyroby rzemieślnicze, w tym ręcznie haftowane obrusy (na oczach turystów).,

O lunchu nie będę pisał, bo jak zwykle był urozmaicony i smaczny. Z przyjemnością natomiast wspomnę o pływaniu w cieplutkich i czystych wodach oceanu. Zdawało mi się wręcz, że woda sama mnie unosi.

W drodze powrotnej mieliśmy nieco zamieszania, gdyż dwie kobiety z naszej grupy gdzieś się zawieruszyły. Na szczęście po kilkunastu minutach poszukiwania odnalazły się. Gdzie były? Na łodzi z izraelskimi turystami…

Niedziela, 25.10.26

Wstaliśmy  dzisiaj  przed trzecią, bo już  o trzeciej  trzeba było  wystawić  walizki  z pokoju. Pół  godziny później  zjedliśmy  skromniutkie  śniadanie, a o 4.15 nastąpił wyjazd na lotnisko. My wyjechaliśmy  kwadrans  później,  bo zabrakło  miejsc i musieliśmy  poczekać  na podstawienie kolejnego busa.

Na malutkim i ciasnym terminalu czekało  nas sporo procedur kontrolnych,  a przy każdej  z nich funkcjonariusze upominali się  o napiwek. Nie robili jednak  tego zbyt nachalnie, a odmowa niczym złym  nie skutkowała.

Wylot do Warszawy nastąpił  o 8.25. Na pokładzie  standardowy ciepły  posiłek  (ryż z kurczakiem), jakieś  ciasto  i napoje, a wkrótce przed lądowaniem skromna ciepła przekąska. O ile cały lot był spokojny i trwał planowe 9 i pół godziny, o tyle na Okęciu zmarnowaliśmy blisko dwie i pół godziny. Najpierw czekaliśmy  ponad pół godziny w samolocie na wolny rękaw, a następnie na odbiór bagaży. Dobrze, że bilety na pociąg mieliśmy kupione z odpowiednią rezerwą czasową.

Ireneusz Gębski

 







 

Z wizytą w krainie lemurów

  Niedziela, 11.10.26 Do Pendolino wsiadamy w Gdańsku  tuż  przed jedenastą. Do Warszawy Wschodniej  będziemy  jechać  niespełna  dwie  ...

Posty