Niedziela, 11.10.26
Do Pendolino wsiadamy w Gdańsku tuż przed jedenastą. Do Warszawy Wschodniej będziemy jechać niespełna dwie i pół godziny. W ramach poczęstunku otrzymujemy po dwa napoje i po jednej przekąsce. Ja wybieram kawę, sok pomarańczowy oraz sałatkę z polędwicą i marynowaną rzodkwią.
Na przesiadkę do Radomia mieliśmy oczekiwać 30 minut, ale z powodu opóźnienia pociągu "Sienkiewicz " czas ten wydłużył się do stu minut. Mieliśmy jednak pewną rozerwę czasową, więc na lotnisko dojechaliśmy we właściwym czasie. Zresztą, jak wiadomo, na terminalu w Radomiu nie ma tłoku. Dzisiejszego popołudnia odlatywał tylko jeden samolot, czyli nasz na Nose Be. Był to Boeing B787-9 Dreamliner.
Lot trwał niecałe 10 godzin. Siedzieliśmy w 42 rzędzie, czyli na ogonie, więc trochę trzęsło. Katering był dość przyzwoity, aczkolwiek bez szału.
Malutkie lotnisko na Nosy Be. Przy odprawie paszportowej funkcjonariusz bez cienia zażenowania upominał się o napiwek. Po polsku! Ot, Afryka.
W hotelu Orange a Beach zjawiamy się około ósmej. Przed zakwaterowaniem zjadamy śniadanie i wymieniamy walutę. Kurs euro w przenośnym kantorze, czyli u gościa z walizeczką wynosi 4 600 ariarów.
Do południa zapoznawaliśmy się z okolicą hotelu Orange a Beach, w którym spędzimy dzisiejszą noc. Jest tu dość sympatycznie. Obiekt jest położony tuż przy plaży, posiada swój basen i jest zlokalizowany na uboczu.
Po obiedzie pojechaliśmy do odległego o 11 km od naszego hotelu Dzamandzar (Dzamanjary). Tu, na placu La Banane, w każdą niedzielę odbywają się walki morengy, zwane też marengo. Jest to tradycyjny boks malgaski, stanowiący widowiskową i dość brutalną sztukę walki na gołe pięści, która wywodzi się z regionu Sakalava w północno-zachodnim Madagaskarze.
Zasady są proste: zawodnicy walczą na gołe pięści i bez żadnych ochraniaczy, z wyjątkiem tych na zęby. Dozwolone są uderzenia rękami oraz kopnięcia (również kolanami). Pojedynki są bardzo dynamiczne i krótkie – zazwyczaj trwają około 30 sekund lub do momentu nokautu albo poddania się jednego z zawodników. Wydarzeniu towarzyszy głośna, hipnotyzująca tradycyjna muzyka na żywo oraz kilkutysięczny żywiołowo reagujący tłum miejscowych kibiców. Bilety wstępu dla turystów są tanie. My płaciliśmy po 10 tysięcy ariarów, czyli niespełna 10 zł.
Dawniej morengy służyło jako trening wojenny i forma obrony przed złodziejami bydła. Dziś to prestiżowy sport, w którym zawodnicy reprezentują swoje wioski, a najlepsi z nich zyskują status lokalnych bohaterów.
Poniedziałek 12.10.26
Pobudka o piątej. Solidne śniadanie i wyjazd do portu. Na placu w Dzamandzar, gdzie wczoraj odbywały się walki marengo, dzisiaj był już targ. Miasteczko i pobliskie wioski tętnią tu życiem od samego rana: dzieci idą do szkoły, dorośli do pracy, a niektórzy po prostu siedzą przed drewnianymi domkami. Kobiety noszą w miskach i koszach na głowach banany i inne owoce. Z portu przepływamy szybką motorówką na właściwy Madagaskar. Tu ładujemy się do samochodów (nam przypadł w udziale suv Hyundai Terracan, który dzielimy z małżeństwem z Warszawy) i ruszamy w głąb lądu. Po godzinie jazdy szutrową i mocno dziurawą drogą zatrzymujemy się przy plantacji kakao. Korzystamy tu z toalety (jak na polowe warunki całkiem znośnej) i robimy drobne zakupy typu wanilia, rum, kakao czy czekolada.
Ela nabywa 5 opakowań wanilii w suchych laskach po 35 tyś ariarów za jedną i czekoladę za 20 tysięcy.
Dalej jedziemy porządną asfaltową szosą RN6. W południe zatrzymujemy się na lunch w Antanatsimanaja. Serwują nam ryż, kurczaka, szaszłyki wołowe i kraby. Piwo, kawa i cola płatne dodatkowo, odpowiednio po 10, 5 i 5 tysięcy ariarów.
Posileni odbywamy trzygodzinny trekking po wpisanym na listę UNESCO rezerwacie przyrody Ankarana. Spotykamy tu kameleony i lemury. Tych ostatnich występuje tu aż 14 gatunków. Podziwiamy też namiastkę dżungli (około 670 gatunków roślin)i ciekawe formacje skalne Tsingy. Atrakcji temu spacerowi dodają wiszące mostki, przez które można przechodzić tylko pojedynczo.
Na dzisiejszy nocleg zajechaliśmy do Ambilobe, przez które już przejeżdżaliśmy przed południem. Zatrzymaliśmy się w hotelu Kozobe.
Piwo THB na sąsiadującej z hotelem stacji Shell kosztuje jedynie 4 tysiące ariarów. Nie można jednak płacić kartą.
Kolacja w formie bufetu, ale serwowana przy stole dla całej naszej 16.osobowej grupy. Na przystawkę faszerowane jajka, bagietki i pieczone krewetki. Potem ryż, ziemniaki, ryba z grilla i wołowina w sosie.
Wtorek, 13.10.26
Śniadanie w stylu francuskim, ale w bogatszej wersji: naleśniki, dżem, bagietki, masło, crousanty, owoce, omlety, kawa, herbata i soki. Miły i ciągle uśmiechnięty kelner witał wszystkich polskimi zwrotami "Dzień dobry, jak się masz?"
Tym razem wyjeżdżamy o 8 30. Na zewnątrz 30 stopni C. W ciągu dnia dojdzie do 37 stopni. Po ponad dwóch godzinach jazdy (z czego 40 minut po wyboistej piaszczystej drodze), w trakcie której mijamy liczne stada bydła zebu dziesiątki tuk tuków i rowerów oraz ubogie drewniane chatki, docieramy do Tsingy Rouge. Podczas krótkiego spaceru podziwiamy niezwykłe formacje skalne, które ukształtowały się na przestrzeni osiemdziesięciu tysięcy lat na skutek działania wiatru i erozji powodowanej przez rzekę Irodo. Są to głównie czerwone lateryty i wapienie. W niektórych fragmentach można dopatrzeć się podobieństwa do tych występujących w Kapadocji.
Dzisiejszy lunch, który spożywaliśmy pod krytą strzechą drewnianą wiatą składał się z przystawki w postaci grzanek z bagietki oraz połówki awokado faszerowanej rybą podobną do tuńczyka. Jako danie zasadnicze podano ryż, szaszłyki z ryby oraz kawałki mięsa zebu w sosie z warzywami. Na deser był owoc mango.
W drodze do hotelu natrafiamy na duży pożar. Płoną drzewa, krzewy i trawy. Silny wiatr bez problemu przenosi ogień przez dość wąską drogę. Udaje nam się jednak przebić przez kłęby gryzącego dymu i cało dojechać do asfaltowej szosy. Oficjalnie wypalanie traw jest na Madagaskarze zakazane. Kto jednak miałby egzekwować ten przepis na ogromnych, często odludnych terenach?
Po południu przybywamy do Antsiranana nad Oceanem Indyjskim. A swoją drogą charakterystyczne na Madagaskarze jest to, że bardzo wiele nazw miast, począwszy od stolicy Antanarywy zaczyna się na literę A. Meldujemy się w hotelu De La Poste.
Przed kolacją spacerujemy trochę po mieście. Udaje się nam nabyć laski wanilii pięć razy taniej niż poprzedniego dnia. Pytanie tylko, czy nie gorszej jakości. Z wierzchu tego przecież nie widać. Nabyliśmy także w Carrefourze trochę rumu Dzama po 8 zł za butelkę 0,350 l.
Kolacja raczej skromna: makaron i ryż z kurczakiem, trochę owoców.
Środa, 14.10.26
Dzisiaj wybraliśmy się na odległą o 30 km od Antsiranany Bursztynową Górę. W tym wulkanicznym masywie nie ma co prawda bursztynu, ale występują drzewa z kolorową żywicą, stąd nazwa. Znajduje się tutaj najpiękniejszy i najbardziej znany na Madagaskarze park narodowy z lasem deszczowym, licznymi gatunkami lemurów, kameleonów i endemicznych ptaków. Spotkaliśmy np. mangustę oraz zimorodka malachitowego i pliszkę malgaską. Poza tym zobaczyć tu można gigantyczne paprocie i storczyki, mirty chilijskie i figowce. Na trasie naszego niespełna dwugodzinnego spaceru znalazły się też trzy niewielkie wodospady. Na Bursztynowej Górze panuje chłodniejszy i bardziej wilgotny mikroklimat, który stanowi silny kontrast dla upalnych nizin. Góra ma około 1 500 wysokości, ale my poruszaliśmy się na poziomie zaledwie tysiąca m n.p.m.
Na skraju parku zjedliśmy lunch na świeżym powietrzu. Później nasza grupa się rozdzieliła: część z nas pojechała do hotelu, a pozostali wybrali się na plażę, żeby popatrzeć na kitesurfing.
Popołudniu uzupełniliśmy zapasy rumu. Nabyliśmy też trochę cynamonu, goździków i kakao. Ponadto Ela kupiła jakiś obrus czy makatkę.
Dzisiaj kolacja była znacznie bardziej obfita i urozmaicona. Dla każdego z nas przewidziano m.in. po całej pieczonej rybie.
Czwartek, 15.10.26
Kolejny dzień zwiedzania Madagaskaru. A tak na marginesie, ta wycieczka jest jedną z nielicznych, podczas których nie oglądamy ruin, świątyń i muzeów, lecz skupiamy się na walorach krajobrazowych i przyrodniczych. Dzisiaj przyszła kolej na Montagne des Français, czyli Francuską Górę. Jest to popularny cel trekkingowy w północnym Madagaskarze, położony w regionie Diana, około 12 km na wschód od Antsiranana (Diégo-Suarez).
Wapienny masyw porośnięty jest suchym lasem liściastym, na którego szczyt prowadzi trasa obejmująca m.in. słynne kamienne schody (około 600 stopni). Szlak jest miejscami dość stromy, ale z naszej grupy tylko dwie osoby nie dotarły na szczyt. Przewyższenie na przestrzeni trzech kilometrów wynosi prawie 400 metrów. Po drodze mijamy stacje drogi krzyżowej oraz piękne okazy baobabów.
Z platformy widokowej na szczycie roztacza się panoramiczny widok na wielką Zatokę Diégo-Suarez, Szmaragdowe Morze, Wyspę Szukającą i Górę Cukrową.
Wstęp na teren rezerwatu oraz zwiedzanie odbywają się z obowiązkowym lokalnym przewodnikiem. W przypadku naszej grupy było ich czworo, w tym dwie praktykantki. Byłem co prawda najstarszy wiekiem, ale udało mi się pokonać całość szlaku (prawie 6 km w obie strony) jako pierwszemu.
Lunch zjedliśmy w wiosce Ramena. Serwowano między innymi szaszłyki z krewetkami i kalmarami oraz podaną w całości rybę karang. Ta ostatnia była tak wielka, że dwie sztuki w zupełności wystarczyły dla 18 osób. W poprzednich dniach poszukiwaliśmy lemurów w lasach. Tym razem to one polowały na nas, a właściwie na nasze jedzenie. Cała ich rodzinka ulokowała się bowiem na belkach wiaty, pod którą jedliśmy obiad.
Popołudnie spędziliśmy na plaży w Ramenie. Jest ona szeroka, czysta i praktycznie pusta. Poza długim spacerem aż po lasy namorzynowe z jednej strony i po strome skały z drugiej, popływałem także w wodach Oceanu Indyjskiego.
Na kolację poszliśmy dzisiaj do restauracji La Cambusa. Wnętrze tego lokalu ozdobione jest motywami z filmu "Piraci z Karaibów". Jedzenie przyzwoite. Mnie szczególnie przypadło do gustu carpaccio z wędzonego tuńczyka. Napoje alkoholowe tanie, np. Piwo 0,66 litra niecałe 9 zł.
Piątek, 16.10.26
O dziewiątej opuszczamy hotel La Poste, w którym spędziliśmy ostatnie trzy noce. Jedziemy na południe, w kierunku Ambilobe. Na drogach niewiele samochodów, za to widać sporo tuk tuków, dwukółek ciągnionych przez krowy, rowerów, nieco motocykli i dużo kobiet noszących różnorakie towary na głowach.
Lunch jemy w restauracji Kozobe. Następnie spacerujemy i robimy zakupy na miejscowym bazarze. Oczywiście nie spożywcze, bo nad rybami i mięsem, które wystawione są na stołach w temperaturze ponad 30 stopni C, uganiają się stada much. Zresztą sam zapach odstręcza od myśli o kupnie tego asortymentu.
O wiele przyjemniej jest na plantacji kakao. Tej samej, na której krótko przebywaliśmy pięć dni temu. Wtedy zatrzymaliśmy się tutaj na toaletę i drobne zakupy. Dzisiaj natomiast zapoznaliśmy się z poszczególnymi etapami produkcji kakao. Skosztowaliśmy też surowych nasion kakaowca oraz tych prażonych, już po fermentacji. Całkiem smaczne! Obejrzeliśmy również drzewka waniliowe, kawowe, bananowce, ananasy oraz korzenie imbiru i kurkumy. Poznaliśmy także smak pieprzu prosto z drzewa. Na koniec zaś popróbowaliśmy domowego rumu o smakach kawowym, waniliowym, kakaowym i bananowym. Który najlepszy? Trudno po takiej mieszance o obiektywizm, ale stawiam na kakaowy.
Na nocleg przyjechaliśmy do hotelu Vel Lodge Ambanja. Tu po raz pierwszy podczas pobytu na Madagaskarze spotkaliśmy się z moskitierami nad łóżkami. Pewnie występuje tutaj więcej komarów. Jest za to cisza, której tak bardzo brakowało nam przez trzy noce w Antsirananie, gdzie okno naszego pokoju wychodziło wprost na hałaśliwą ulicę.
Sobota, 17.10.26
Po skromnym śniadaniu opuszczamy miejscowość Ambanja i kierujemy się do portu Ankify, oglądając po drodze plantację jagodlina wonnego, którego kwiaty stanowią składnik słynnych perfum Chanel No.5. Stąd ponownie przeprawiamy się łodzią motorową (można też promem, ale ten jest o wiele wolniejszy) na Nosy Be. Po niespełna pół godziny na wodzie wsiadamy do busa i jedziemy do hotelu Orange a Beach, tego samego w którym spędziliśmy pierwszy dzień na Madagaskarze. Z perspektywy tygodniowego doświadczenia mogę powiedzieć, że to najlepszy dotychczas obiekt hotelowy na naszym szlaku. Zanim jednak dotarliśmy do hotelu, spędziliśmy godzinę na zwiedzaniu bazaru i zakupach w Andonay. Powodzeniem cieszył się jak zwykle rum Dzama, wanilia, pieprz i inne przyprawy.
Po południu krótki spacerek wokół jeziorka przed hotelem. Ze zdumieniem obserwowaliśmy gromady wygrzewających się w słońcu krabów. Na nasz widok natychmiast się płoszyły i uciekały do przygotowanych wcześniej dziur w ziemi.
Z ciekawostek o Madagaskarze: powiedzenie Mora mora oznacza tu „powoli, powoli” lub „spokojnie” i odzwierciedla tradycyjną filozofię życiową Malgaszy.
Na Madagaskarze trzeba się wystrzegać pokazywania palcem wskazującym bezpośrednio na osoby, obiekty lub miejsca. Jest to surowo zabronione i stanowi jedno z najważniejszych kulturowych tabu, znanych lokalnie jako fady. Złamanie tego zakazu jest uznawane za głęboki brak szacunku dla tradycji oraz żyjących mieszkańców i duchów przodków.
Niedziela, 18.10.26
Wczoraj zakończyła się część objazdowa, a dzisiaj zaczyna się część pobytowa naszej wycieczki na Madagaskar. Tym samym nie będzie się już nami zajmować pilotka Magdalena Kacprzyk, lecz rezydentka Małgorzata Mikoszewska.
Przy wyjeździe z hotelu Orange płacimy 10 euro opłaty turystycznej. Po kilkunastu minutach jazdy docieramy do hotelu Royal Andilana Resort. Na powitanie otrzymujemy mokre ściereczki do wytarcia rąk i po szklance soku. Przebrane w regionalne stroje kobiety witają nas tańcem i śpiewem. Zameldowanie przebiega szybko i sprawnie. Otrzymujemy opaski all inclusive, karty do pokoi, karty na ręczniki plażowe i hasła do WI-FI, ale tylko po jednym na osobę. Aby skorzystać z laptopa muszę zatem udostępnić smartfon jako router. Nasz apartament znajduje się na parterze sporego pawilonu. Składa się z dużego pokoju, holu, łazienki i osobnej toalety oraz obszernego tarasu, z którego w odległości około stu metrów widać ocean. Myślę, że hotel ten ma zasłużone pięć gwiazdek. Nie brakuje jednak zabawnych sytuacji, jak choćby ta z telewizorem. Co prawda dałem radę go włączyć, ale w żaden sposób nie mogłem uruchomić poszczególnych kanałów. Nie mogłem też niczego obejrzeć na You Tube, mimo iż się zalogowałem. Poszedłem więc na recepcję i pokazałem na translatorze o co mi chodzi. Uprzejma recepcjonistka wzięła ode mnie smartfon i napisała coś po francusku, co po polsku brzmiało tak: „Dobrze, nie będziemy nikogo wysyłać, żeby to naprawił”. Spojrzałem na nią z niedowierzaniem, ale ona z uśmiechem potakiwała głową, że wszystko będzie w porządku. I rzeczywiście, po powrocie z obiadu zobaczyłem, że wszystko działa sprawnie jak w szwajcarskim zegarku.
Innego rodzaju przygodę miałem na plaży. Spacerowałem sobie spokojnie po piasku, gdy nagle podszedł do mnie jakiś ochroniarz. Przywitał się uprzejmie, po czym powiedział, że nie mogę dalej iść, bo to jest teren prywatny. Istotnie, nieopodal stała tablica z taką informacją. Przeprosiłem więc i zawróciłem, by po chwili spróbować przejść z drugiej strony, od zaplecza hotelu. Nic z tego! Ochroniarz był bowiem bardzo czujny i tym razem też zaszedł mi drogę. Z uśmiechem pełnym satysfakcji wskazał mi kierunek, w którym miałem zawrócić i dla pewności szedł za mną kilkadziesiąt metrów.
Na plaży zaczepiały mnie też osoby proponujące masaż lub zdjęcie z kameleonem, ale do tego już przywykłem na wielu orientalnych plażach. Co poza tym? Woda jest cieplutka, ale przy brzegu jest płytko, więc żeby spokojnie popływać, trzeba przejść ze sto metrów w głąb oceanu.
W południe mieliśmy spotkanie z rezydentką. W sumie nic nowego się nie dowiedziałem, ale dobrze wiedzieć, że ktoś się nami interesuje. Aha, biegunka, której nabawiła się Ela, nazywa się tutaj „Zemstą lemura”.
Wtorek, 20.10.26
O Madagaskarze każdy wie, że jest to czwarta największa wyspa świata i największa w Afryce. Nie każdy jednak zdaje sobie sprawę z tego, że do tego państwa należy jaszcze około 250 mniejszych wysepek, z czego kilka spornych z Francją. My odwiedziliśmy dzisiaj trzy urokliwe wyspy niedaleko od Nosy Be: malutką Nosy Tanikeli (bezludna), nieco większą i zamieszkałą Nosy Komba oraz Nosy Sakatia. Na każdą z nich płynęliśmy dwusilnikowym statkiem turystycznym Feo by Sound,s.
Nosy Tanikeli to chroniony rezerwat morski i przybrzeżny, słynący z bogatych raf koralowych, przejrzystych wód oraz obfitego życia morskiego. Spędziliśmy tutaj dwie godziny na pływaniu, snurkowaniu, plażowaniu i spacerach, w tym na punkt widokowy z latarnią morską. Wstęp dla Malgaszy kosztuje tutaj 5 tysięcy ariarów, natomiast dla turystów zagranicznych osiem razy więcej. Cóż począć…
Nosy Komba położona jest bardzo blisko od Nosy Tanikeli, ale jest też chyba najbardziej turystycznym miejscem z dotychczas odwiedzonych. W niewielkiej wiosce Ampagorina jest bowiem co najmniej tyle straganów co w średniej wielkości mieście malgaskim. Można tu kupić wszelkiego rodzaju pamiątki, obrazy i inne wyroby rzemiosła artystycznego, torby, kapelusze, ręcznie robione obrusy i mnóstwo przypraw z wanilią na czele. Nabyłem tu m.in. kapelusz do mojej kolekcji egzotycznych nakryć głowy za niespełna 35 zł. Poza tym spotkaliśmy tu mnóstwo lemurów (na Madagaskarze występuje ich ponad sto gatunków), które można było dokarmiać i robić sobie z nimi zdjęcia. Atrakcją był też wąż boa, którego podziwiam za cierpliwość, z jaką znosił wielokrotne przenoszenie z jednego turysty na drugiego. Z kolei olbrzymie żółwie były wyraźnie zadowolone z głaskania po wewnętrznej stronie szyi.
Na koniec przypłynęliśmy na leżącą w pobliżu Andlilany wysepkę Nosy Sakatia. Tu zjedliśmy lunch pod słomianymi zadaszeniami ustawionymi tuż przy plaży, z widokiem na szmaragdowe wody Oceanu Indyjskiego. Serwowano m.in. szaszłyki z zebu, grillowaną rybę, ryż i różne surówki. Do tego oferowano degustację kilku rodzajów rumu. Tu sprzedawców pamiątek było o wiele mniej i prowadzili z reguły sprzedaż naręczną.
Wnętrze wyspy Sakatia porastają lasy, dzikie orchidee, plantacje wanilii oraz drzewa ylang-ylang. Poza tym można spotkać tu olbrzymie żółwie zielone i szylkretowe. My jednak nie mieliśmy już czasu na dalszą eksplorację wyspy, gdyż musieliśmy wracać na Nose Be. Niemniej jednak polecam Sakatię jako miejsce do snurkowania i odpoczynku.
Czwartek, 22.10.26
Dzisiaj poznawaliśmy Nose Be od strony lądu. W tym celu wybraliśmy się na autobusową wycieczkę wokół wyspy. Jej organizatorem był lokalny partner Itaki, czyli Sound,s Travel & Leisure. Firma z rozmachem: oprócz kierowcy zaserwowano nam bowiem dwoje przewodników i fotografa. Dodatkowo jechała w busie nasza rezydentka. Byliśmy zatem zaopiekowani na maksa, co zresztą znalazło odbicie w cenie wycieczki (70 euro).
Najpierw pojechaliśmy na południe wyspy, gdzie zajrzeliśmy na krótko do destylarni olejków Ylang Ylang, po czym odwiedziliśmy park Lemurialand.. Tu spotkaliśmy dwa duże i dość wiekowe żółwie: Napoleona i Bonapartego oraz ich młodszą kopię Józefinę. Bardzo chętnie pozowały do zdjęć, choć za czasów młodości tych dwóch pierwszych nikt nie słyszał jeszcze o fotografii. Rzuciliśmy też okiem na zastygłe w ulubionych pozach krokodyle oraz ich małe potomstwo. Potem była cała seria spotkań z lemurami, w tym z Królem Julianem (lemur katta). Wszystkie chętnie przyjmowały banany z ręki, po czym zręcznie wskakiwały na drzewa, czasami zaszczycając kogoś swoimi wydzielinami.
Z Lemurialandu pojechaliśmy do stolicy wyspy Hell-Ville (Andoany). Niespecjalnie mi się to spodobało, bo już raz tu byliśmy, a poza tym chodziło tylko o zakupy na bazarze. Ciekawszym punktem wycieczki było święte drzewo Malgaszów, czczone w kulturze animistycznej. Samo drzewo to rozłożysty fikus z licznymi lianami przyozdobiony czerwonymi i białymi wstążkami (barwy plemienia Sakalawa oraz malgaskiej flagi). Przed wejściem trzeba zdjąć obuwie i owinąć się tradycyjną szatą (lamba). A i jeszcze jedno - próg trzeba przekroczyć koniecznie prawą nogą.
Po lunchu (smaczne mięso grillowanej ryby tazar i plastry zebu) zajechaliśmy do kolejnego miejsca nastawionego na łupienie turystów. Tym razem bardziej eleganckiego niż bazar, a tym samym droższego – Arts Village.
Ostatnim punktem naszego objazdu był punkt widokowy na wzgórzu Mont Passot. Podziwialiśmy stąd rozległą panoramę Nosy Be. A tak przy okazji - ta wyspa nie jest reprezentatywna dla całego Madagaskaru. Tu – dzięki turystom – mieszkańcom żyje się stosunkowo nieźle. O wiele gorzej mają Malgasze w południowej części głównej wyspy, zwanej czasem ósmym kontynentem. Wystarczy powiedzieć, że wielu z nich nie ma dostępu do prądu, nie wspominając już wykształceniu (75 procent to analfabeci).
Piątek, 23.10.26
Nosy Iranja to Malediwy Madagaskaru lub – jak kto woli – Karaiby Madagaskaru. Tak czy owak, jest to miejsce kojarzące się z rajem: bielutki i miękki piasek, palmy kokosowe i przezroczyste wody Oceanu Indyjskiego w odcieniach od jasnoniebieskiego do kobaltowego. Nosy Iranja to dwie wysepki połączone piaszczystą groblą, która podczas przypływu jest częściowo zalewana wodą: Iranja Be i Iranja Kely. Ta druga jest prywatna, zaś cały ruch turystyczny odbywa się na tej pierwszej. Dla zainteresowanych zoologią: Nosy Iranja jest miejscem rozrodu i gniazdowania żółwi szylkretowych oraz zielonych,
Z Nosy Be płynie się na Iranję około półtorej godziny (odległość w linii prostej – około 50 km). Na otwartym oceanie trochę buja i przy większej prędkości dziób łodzi mocno uderza w spienione fale. Przypomina to trochę walenie czymś ciężkim o podłogę. Dla nieprzyzwyczajonych jest to pewien dyskomfort, a dla bardziej wrażliwych powód do podzielenia się śniadaniem z Neptunem. Na naszej łodzi ta wątpliwa przyjemność spotkała tylko jedną osobę, ale z opowieści znajomych z drugiej jednostki wiem, że u nich za burtę wychylało się więcej osób.
Po przybiciu do plaży przespacerowałem się wspomnianą groblą na wyspę Kely i zdążyłem wrócić, zanim woda sięgnęła mi do kolan (po południu nad groblą swobodnie przepływała nasza łódź). Na punkcie widokowym, na który trzeba wspiąć się po kamiennych schodach, znajduje się zabytkowa latarnia morska. Niestety, zamknięta. Jednak widoki warte są wspinaczki w upalne południe (temperatura odczuwalna 36 stopni C.). Poza tym na całej długości podejścia rozstawione są stragany, na których można nabyć pamiątki i wyroby rzemieślnicze, w tym ręcznie haftowane obrusy (na oczach turystów).,
O lunchu nie będę pisał, bo jak zwykle był urozmaicony i smaczny. Z przyjemnością natomiast wspomnę o pływaniu w cieplutkich i czystych wodach oceanu. Zdawało mi się wręcz, że woda sama mnie unosi.
W drodze powrotnej mieliśmy nieco zamieszania, gdyż dwie kobiety z naszej grupy gdzieś się zawieruszyły. Na szczęście po kilkunastu minutach poszukiwania odnalazły się. Gdzie były? Na łodzi z izraelskimi turystami…
Niedziela, 25.10.26
Wstaliśmy dzisiaj przed trzecią, bo już o trzeciej trzeba było wystawić walizki z pokoju. Pół godziny później zjedliśmy skromniutkie śniadanie, a o 4.15 nastąpił wyjazd na lotnisko. My wyjechaliśmy kwadrans później, bo zabrakło miejsc i musieliśmy poczekać na podstawienie kolejnego busa.
Na malutkim i ciasnym terminalu czekało nas sporo procedur kontrolnych, a przy każdej z nich funkcjonariusze upominali się o napiwek. Nie robili jednak tego zbyt nachalnie, a odmowa niczym złym nie skutkowała.
Wylot do Warszawy nastąpił o 8.25. Na pokładzie standardowy ciepły posiłek (ryż z kurczakiem), jakieś ciasto i napoje, a wkrótce przed lądowaniem skromna ciepła przekąska. O ile cały lot był spokojny i trwał planowe 9 i pół godziny, o tyle na Okęciu zmarnowaliśmy blisko dwie i pół godziny. Najpierw czekaliśmy ponad pół godziny w samolocie na wolny rękaw, a następnie na odbiór bagaży. Dobrze, że bilety na pociąg mieliśmy kupione z odpowiednią rezerwą czasową.
Ireneusz Gębski






