Singapur i Indonezja

 


Wycieczka „Singapur i Wyspy Indonezji” w największym skrócie to: siedem noclegów w sześciu hotelach (w tym jednym w Warszawie), pięć lotów (4 Qatar Airways i 1 Air Scoot)  trwających łącznie ponad 30 godzin, cztery odwiedzone lotniska i dwie przeprawy promowe.

Z Gdańska wyjechaliśmy czternastego stycznia przed północą. W Warszawie byliśmy o godz. 2.30, a pół godziny później na Okęciu. O  szóstej rozpoczęła się odprawa na pierwszy z naszych lotów – do Dohy. Planowy start lotu QR 264 wyznaczony był na godzinę  9.00. Boarding był jednak ciągle przekładany na kolejne terminy. Potem zaś co pół godziny pojawiały się lakoniczne komunikaty informujące o kolejnej godzinie przekazania informacji. Po ponad trzech godzinach wydano nam kanapki  i wodę.  Ostatecznie  lot odwołano  około czternastej z powodu usterki technicznej samolotu. Odebraliśmy z taśmy nasze bagaże i udaliśmy się do stanowiska Qatar Airways. Tu wydano nam vouchery do hotelu Sound  Garden. Pojechaliśmy tam taksówką, za którą zapłaciliśmy 45 zł, bo taksówkarka niby przypadkiem pojechała okrężną drogą (następnego dnia za kurs na tej samej trasie płaciliśmy tylko 14.80 zł). Pokoik w hotelu był mikroskopijny, ale na jedną noc nadawał się. Kolacja była w formie bufetu, a na śniadanie przygotowano nam suchy prowiant, gdyż już o czwartej ponownie wyjeżdżaliśmy na lotnisko. Z otrzymanych esemesem informacji wynikało bowiem, że tym razem lot do Dohy będzie o 7.00.  

Piątek,16 stycznia

Do szerokokadłubowego Airbusa A330 weszliśmy o czasie, ale  wystartowaliśmy dopiero o 8.25. W ramach kateringu podano kurczaka z ryżem  i warzywami, kuskus,  deser, bułkę,  wodę i  napoje. Potem było jeszcze ciasteczko, batonik kitkat i znów  napoje. Mieliśmy też do dyspozycji koc, poduszkę, słuchawki, a ponadto zestaw osobisty w postaci szczoteczki i pasty do zębów, skarpetek, zatyczek do uszu i opasek na oczy.

Na ogromnym lotnisku w Dosze wylądowaliśmy o 15.15. Do następnego lotu mieliśmy ponad cztery godziny czasu. Nie było jednak czasu na nudę, bo przede wszystkim musieliśmy zaktualizować deklaracje wjazdowe do Singapuru, gdyż te przygotowane wcześniej straciły ważność. Wi-Fi działało szybko, więc nie było z tym problemu. Poza tym pochodziliśmy po sklepach i odwiedziliśmy tropikalny ogród The Orchard.

Następny lot odbyliśmy jeszcze większym Airbusem A350-1000. Tu po raz pierwszy zetknąłem się z działającym w trybie samolotowym Wi-Fi . Dzięki technologii Starlink  zapewnia je sieć  Oryx Comms. Rzecz jasna, nieodpłatnie. Tym razem serwowano dwa ciepłe posiłki i różnorodne napoje

Sobota 17. Stycznia

O 8.30 lądujemy w Singapurze (w Polsce jest 1.30).  Odprawa paszportowa przebiega gładko. Poznajemy resztę naszej dwudziestoosobowej grupy. Pilot Rafał  Kramer przedstawia nam miejscową przewodniczkę Lenę. Wsiadamy do autokaru i jedziemy zwiedzać Singapur (Miasto Lwa). Zaczynamy od najbardziej znanego symbolu tego miasta-państwa, czyli Merliona. Biały ośmiometrowy posąg  z głową lwa  i rybim ogonem stoi  w Merlion Park, tuż przy Zatoce Marina Bay. Z ust  lwa  wypływa fontanna wody. Temperatura przekracza 30 stopni C, a uczucie gorąca wzmaga wysoka wilgotność powietrza. Nieco przewiewu jest tylko w pasażu przy sklepie sieci 7-Eleven. Wokół kłębią się setki turystów.  Każdy szuka dogodnego miejsca do zrobienia zdjęć. A jest co fotografować! To nic, że posąg Merliona, okoliczne drapacze chmur czy słynny hotel Marina Bay Sands były już obfotografowane miliony razy. Ambicją niemal każdego turysty jest bowiem  zrobienie własnych zdjęć. Coś o tym wiem…

Znad Marina Bay przejeżdżamy do  Galerii Miejskiej Singapuru.   Znajdują się tutaj m.in. makiety miasta, w tym uwzględniające przyszłe wysokościowce. Widać rozmach! Spacerujemy następnie po Chinatown, gdzie pełno jest sklepików i jadłodajni. Ale nie tylko, bo znajduje się tu też  okazała Świątynia Relikwii Zęba Buddy. Obiekt stosunkowo nowy, bo ukończony w 2007 roku, a samą relikwię sprowadzono z Birmy.  Wewnątrz obejrzeć można wiele kolorowych posągów i figur bóstw buddyjskich.

O 13.30  idziemy na lunch do  Barbeque  I'm Kim. W bufecie są do dyspozycji gotowe potrawy oraz surowe skrawki mięsa. Te można samodzielnie grillować na wmontowanych w stoliki mini grillach. Można sobie też przyrządzić lody o dowolnym smaku na bazie  pokruszonego lodu i płynnych dodatków.  Jemy oczywiście do woli, a cena za lunch wynosi 18,9 (dla dorosłych) lub 15,9 (dla seniorów i studentów) dolarów singapurskich.

Po lunchu odwiedzamy dzielnicę indyjską (Little India). Natrafiamy tu na ostatni dzień obchodów tamilskiego święta plonów Pongal 2026. Jest to także forma wyrażania wdzięczności Bogu Słońca. Dzielnica i tak kolorowa, jest dodatkowo iluminowana. Trwają warsztaty, pokazy kulinarne i występy kulturalne. Przy Clive Street można nawet zobaczyć żywe krowy. Wyobrażacie sobie to w centrum miasta? W dodatku w mieście tak obsesyjnie dbającym o czystość jak Singapur?

Po tych atrakcjach jedziemy zakwaterować się do hotelu YWCA Fort Canning. Położony jest on naprzeciwko Fort Canning Park, w samym sercu miasta. Z naszego pokoju na dwunastym piętrze widać m.in. wieżowce, jakiś kościół i gmach Singapurskiego Czerwonego Krzyża. Wszędzie widać mnóstwo zieleni. Zresztą nie tylko tutaj, bo cały Singapur jest bardzo zielony. Zapewne znaczenie dla bujności zieleni ma też trwająca właśnie pora deszczowa. Właśnie tuż przed wyjściem na kolację mieliśmy okazję zobaczyć pierwszą ulewę: krótką lecz niezwykle gwałtowną.

Do centrum handlowego, w którym mieści się restauracja Suki-Ya, pojechaliśmy busem. Tu także, podobnie jak w poprzednim lokalu, oferowane są dania typu „wszystko, co możesz zjeść”.  Z tą różnicą, że surowe płaty mięsa umieszcza się w stojącym na stoliku garnku z gotującym się bulionem. Co do lodów, to są gotowe. A swoją drogą po raz pierwszy jadłem je z dodatkiem duriana.

Wieczorem ponownie udajemy się nad Marina Bay, a dokładniej do Marina Gardens, gdzie o dziewiętnastej oglądamy barwny spektakl typu światło i dźwięk. Supertree Grove (18 konstrukcji przypominających drzewa) wygląda bajecznie w zmieniających się w rytm muzyki animacjach świetlnych. Pokaz trwa 15 minut, ale to nie koniec  atrakcji na dzisiejszy wieczór. Przed nami jeszcze pokaz fontann i świateł  o nazwie Spectra. Odbywa się on na wodzie, tuż przed hotelowym kompleksem Marina Bay Sand (ten z imitacją statku na dachu – jakby ktoś nie wiedział). Aby tam dojść, przechodzimy przez jego środek. Przy okazji dowiadujemy się, że do już stojących trzech wież dobudowywana będzie czwarta. Spektakl  łączący efekty świetlne, laserowe i wodne rozpoczyna się o godz. 21. Widziałem już parę tzw. grających fontann (w Pradze, Barcelonie i Dubaju), ale tutejsze dynamiczne widowisko było chyba najlepsze.

Niedziela, 18 stycznia

Po skromnym kontynentalnym śniadaniu opuszczamy hotel i jedziemy na lotnisko Jewel Changi. Do odlotu samolotu mamy sporo czasu, więc po odprawie biletowej zwiedzamy ten nietuzinkowy port lotniczy. Jedną z jego głównych atrakcji, przyciągającą nie tylko pasażerów, jest najwyższy na świecie  kryty wodospad. Jewel Rain Vortex ma 40 metrów wysokości. Otwarto go w 2019 roku. Wodospad został zaprojektowany nie tylko jako atrakcja widokowa, ale też do zbierania wody deszczowej. Otacza go bujna tropikalna roślinność.

Na Bali lecimy Air Scoot. Jest to linia typu low cost, a więc nie ma co liczyć na darmowy posiłek czy napój. Lot trwał tylko dwie i pół godziny, ale zdążyły go urozmaicić turbulencje.  Na lotnisku w Denpasar jest automatyczna odprawa paszportowa, więc szybko przeszliśmy po odbiór bagaży. Pod drodze zdążyłem jeszcze sfotografować  dużą rzeźbę „Drzewa Życia” (Tree of Life), wykonaną z bambusa i rattanu. Ciekawe procedury przeszedłem w sklepie wolnocłowym. Przy zakupie rumu (1 l – 375 tyś. INR) musiałem pokazać nie tylko paszport i kartę pokładową, ale też kilka razy zrobić  odcisk palca. A tak przy okazji ciekawostka: Bali jest ostatnią wyspą azjatycką przed Australią i Oceanią. Jadąc do hotelu zwróciłem uwagę na dużą ilość skuterów, których w Singapurze prawie nie było widać. Na zewnątrz było zielono i pochmurnie, a po paru kilometrach jazdy zaczęło ostro padać.

Po drodze wymieniłem 50 Euro na miejscowe rupie, których otrzymałem aż 953 750.  W lokalnym sklepie nabyłem piwo Bintang. Do Hotelu Ubud Wana Resort dojechaliśmy wieczorem. Jest on położony z dla od miejskiego zgiełku, na skraju Monkey Forest (małpiego lasu), z którego makaki zaglądają także na hotelowe obiekty.

Poniedziałek  19 stycznia

Rano pogodnie.  Po śniadaniu wyruszamy  do jednej najpiękniejszych świątyń balijskich Tanah Lot. Zbudowano ją na skale znajdującej się w wodach Oceanu Indyjskiego. Mogliśmy ją obejrzeć tylko z zewnątrz. Jednak wiele towarzyszących obiektów znajduje się na stałym lądzie. Przede wszystkim są to małe świątynie i figurki bóstw, ale nie brak także sklepów i straganów z pamiątkami (za 5 magnesów zapłaciłem 80 000 INR, czyli około  17 zł).

Przed południem zajechaliśmy do fabryki czekolady Junglebold. Obejrzeliśmy pobieżnie proces produkcji, a następnie – jak zawsze w takich wypadkach – zaprowadzono nas do sklepu, gdzie najpierw degustowaliśmy różne gatunki czekolady, a potem mogliśmy ją kupić. A gdyby komuś było mało czekolady, to następnym punktem programu była farma kawy Tegal Sari Luwak.  Ziarna tej kawy pozyskiwane są  z odchodów łaskuna palmowego. Ten zwierzak zjada owoce kawowca, ale nie trawi nasion, tylko sam miąższ, więc ziarna kawy przechodzą przez jego przewód pokarmowy nienaruszone. Dzięki temu kawa ma mniej goryczy i nabiera łagodnego smaku. Kawa Luwak uważana jest na świecie za najbardziej ekskluzywną, a zatem także drogą.  My za filiżankę płaciliśmy tylko 50 tyś. IDR (10 zł), ale to zapewne w ramach promocji i zachęty do większych zakupów. Co do smaku, to owszem, niezły. Niemniej jednak nie zdecydowałem się na zrobienie zapasów tej kawy. Nie jestem bowiem przekonany, czy  Luwak oferowany w sprzedaży, rzeczywiście jest w stu procentach przerabiany przez łaskuny. Zwierzaki te są bowiem dość leniwe, a przynajmniej tak wyglądały te dwa, które widziałem na farmie.

 Jadąc dalej, mijaliśmy plantacje bananowców, papai i palm kokosowych. Wspinając się serpentynami dotarliśmy do Jatiluwih (prawdziwe piękno) na wysokości 816 m. n.p.m. Jest to największy obszar tarasów ryżowych na Bali. Posiada od wieków dobrze funkcjonujący system irygacyjny zwany subak, a fenomenem tego obszaru  jest fakt, że  w skali świata tylko tu zbiory ryżu odbywają się trzy razy do roku.  Nie bez powodu więc jest to miejsce wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Zjedliśmy tutaj obiad i przez prawie godzinę podziwialiśmy zielone pola ryżowe. Miejsce jak najbardziej godne polecenia.

Po południu dotarliśmy do świątyni Ulun Danu. Ten kompleks świątynny znajduje się nad jeziorem Bratan (1 200 m.n.p.m.) i poświęcony jest bogini Dewi Danu. Teren jest pięknie utrzymany i bardzo malowniczy. Oprócz wielu ozdobnych figur i ołtarzyków można obejrzeć węże, sowy oraz nietoperze.

Na nocleg zajechaliśmy do Aneka Lovina Hotel. Znajdują się tu ładne domki, a nad łóżkami moskitiery.

Wtorek, 20 stycznia

Po śniadaniu pojechaliśmy do Banjar Hot Springs, żeby trochę pomoczyć się w naturalnych gorących źródłach siarkowych. Nie widać tu było zbyt wielu turystów, a zaplecze sanitarne pozostawiało sporo do życzenia. Sama woda była przyjemna, zwłaszcza że wokół było parno, choć pochmurnie.

Przez kolejne dwie godziny jechaliśmy do przeprawy promowej w Glimanuk. Stąd przeprawiliśmy się przez wąską Cieśninę Balijską na Jawę, konkretnie do  Ketapang.  Ciekawostką jest fakt, że pośrodku tej kilkukilometrowej cieśniny znajduje się strefa zmiany czasu. Tak więc opuściliśmy Bali o czternastej i o tej samej godzinie znaleźliśmy się na Jawie. Wyspa ta charakteryzuje się tym, że w przeciwieństwie do Bali zamieszkują ją głównie muzułmanie.

Popołudnie i noc spędziliśmy w  hotelu  Ketapang Indah (ładne domki przy  plaży). Pływanie w basenie.

Środa,  21  stycznia

Intensywny początek  dnia. Pobudka o 1.30 i  wyjazd trzema jeepami na wulkan Ijen. Godzina jazdy przez serpentyny,  chwilami w ulewnym deszczu. O 3.30 rozpoczynamy trekking z poziomu 1860 m n.p.m.  Posługujemy się latarkami czołowymi. Szlak jest  stromy i śliski, bo cały czas  występuje mżawka.  Jak przystało na najstarszego członka dwunastoosobowej grupy, idę  na przedzie.

 Do krawędzi krateru dochodzimy o 5.10. Jesteśmy na wysokości około 2320 m.n.p.m. Rozwidnia się,  ale wschodu słońca  nie widać  spoza  ciężkich chmur. Nie pojawiają się też słynne niebieskie ognie. Na szczęście chmury na  chwilę  przerzedzają się  na tyle, że możemy  zobaczyć  kwaśne  jezioro i opary siarki.  Obok  nas przechodzą górnicy  dźwigający na ramionach po dwa kosze  siarki. Ważą  one zwykle powyżej  60 kg.  Praca nie tylko ciężka, ale też niezdrowa, gdyż opary siarki są bardzo szkodliwe. Niektórzy górnicy dorabiają sobie, wożąc turystów specjalnymi wózkami na dwóch kółkach na krater i z powrotem. Usługa taka kosztuje milion INR, czyli około 50 Euro. Z naszej grupy z podwózki korzysta tylko jedna osoba.

Do hotelu  wracamy o 8.30. Zjadamy śniadanie  i znowu ruszamy w drogę. Przepływamy promem przez  Cieśninę  Balijską, opuszczając na  dobre  Jawę, a potem podążamy zatłoczoną drogą  na południe  Bali.  Charakterystyczne, że prawie nikt nie trąbi, choć wszędobylskie skutery zajeżdżają z prawej i z lewej strony. Do naszego hotelu The Yayakarta Legian   w okolicach  Kuty docieramy  o dziewiętnastej. Akurat na początek  krótkiej  lecz  gwałtownej ulewy...

Czwartek,  22 stycznia

Pokój  duży,  ale bez suszarki. Duża  wilgotność  powietrza  utrudnia suszenie. Jak wiadomo, na Bali jest teraz pora deszczowa. Nie znaczy to jednak, że  cały  czas pada. Ulewy    intensywne, lecz krótkie.  Dzisiaj zmokłem po raz pierwszy, a i to przez własną  nieroztropność, bo idąc  na zakupy  nie zabrałem  parasola. Poza tym dzień  udany: kąpiel  w basenie, spacer  po plaży (niestety, brudnej) i relaks przy piwie  Singaraja 😀 A propos  zakupów, to mimo wielu podobnych doświadczeń, dałem  się  nieco oszukać. Chodzi o otwieracze w kształcie  penisa. Na ulicy chcieli 200 tys. za jeden.  Kupiłem dwa za tę  sumę  i myślałem,  ze zrobiłem  dobry interes.

Piątek, 23 stycznia

Wspominałem wczoraj, że plaża  w Legian  nie jest zbyt czysta. Sądziłem, ze to efekt niezbyt  starannego sprzątania  wyrzuconych przez  ocean  śmieci.  O tym, że jest inaczej, przekonałem się  podczas  dzisiejszego spaceru  do Kuty. Zobaczyłem bowiem jeszcze  więcej  drewna, porwanych sieci i różnego  plastiku.  Ba, widziałem też zniszczone  fragmenty  promenady i rozwalone stragany. Był  to rezultat tornada,  które nawiedziło  ten rejon Bali dwa dni temu.

Ostatnie pływanie w basenie i pakowanie się do wyjazdu. Hotel opuszczamy o 19.30. Powrotne loty, poza przelotnymi turbulencjami, przebiegają bez przeszkód.

Ireneusz Gębski








 




















 

Na pokładzie "Costa Pacifica": Gibraltar, Lizbona, Kadyks, Malaga, Marsylia, Savona, Genua, Barcelona

 


Niedziela, 19.10.25

Dzisiaj o szesnastej, po siedemnastu godzinach od wyjścia z domu, zaokrętowaliśmy się w Barcelonie na statek wycieczkowy Costa Pacifica. Co zajęło nam tyle czasu? Najpierw była podróż pociągiem Ustronie z Gdańska do Warszawy, a następnie lot samolotem rejsowym PLL „Lot” do stolicy Katalonii. W obu środkach komunikacji spędziliśmy zaledwie sześć i pół godziny. Reszta to czekanie. Najdłużej, bo ponad pięć godzin pomiędzy przyjazdem do Warszawy a odlotem. Poza tym ponad dwie godziny oczekiwaliśmy na zaokrętowanie (Embarkation). Wcześniej, bo na Okęciu, poznaliśmy naszego pilota z ramienia Unique Moments. Jest nim młody i – póki co – sympatyczny Norbert Wnękowski.

Otrzymaliśmy kabinę nr 7301 na siódmym pokładzie, niemal w samym środku statku. Restaurację a’la carte New York mamy na czwartym pokładzie, ale będziemy raczej korzystać z La Paloma Buffet Restaurant na dziewiątym. Jest tam może mniej elegancko, ale wybór dań podobny i nie trzeba czekać na obsługę. W porcie obok nas stoi jeszcze kilka wycieczkowców, w tym Costa Smeralda oraz 360.metrowy Allure Of The  Seas. Dla porównania, nasza Costa Pacifica ma tylko 290 metrów długości. Dzisiaj o dwudziestej wypływamy w stronę Cieśniny Gibraltarskiej. W Gibraltarze mamy zacumować we wtorek rano. Pogoda na razie dopisuje, humory również, choć po blisko dobie bez snu, odczuwamy nieco zmęczenie.

 Poniedziałek, 20.10.25

Wczoraj wieczorem obejrzeliśmy jeszcze w teatrze fragmenty Wizualnego Show Tanecznego „Nieskończony Błękit” w wykonaniu grupy eVolution Dance Theater. Nie zgłosiliśmy się natomiast na miejsce zbiórki z kapokami, żeby potwierdzić zapoznanie się z procedurami bezpieczeństwa na statku. Dlatego dzisiaj rano otrzymaliśmy żółtą notę z ostrzeżeniem, podpisaną przez samego kapitana Alba Nicolo. Po południu zaś wrzucono do naszej skrzynki notę z czerwonym obramowaniem. Ale spokojnie!. Tę ostatnią wystarczy podpisać i wrzucić do skrzynki obok recepcji. Ot, taki myk dla leniwych…

Nie wspomniałem jeszcze, że wczoraj wraz z bagażem udało mi się przemycić na pokład nieco alkoholu: whisky w butelce po Coli oraz rum w butelce po wodzie. Nie ma się czym chwalić, ale odnotowuję gwoli ścisłości.

Po śniadaniu pomoczyliśmy się nieco w jacuzzi. Nieopatrznie jednak wszedłem tam ze smartwatchem na ręku. Zapomniałem już, że cztery lata temu w podobny sposób straciłem zegarek w Morzu Martwym. Tym razem stało się to samo. Głupich nie sieją, sami się rodzą…

Pogoda słoneczna, morze spokojne. Płyniemy ze średnią prędkością 17 knots. Po prawej stronie widać skaliste wybrzeża Hiszpanii. Korzystając z wolnego czasu zwiedzamy zakamarki statku: sklepy, kasyno, restauracje i bary, teatr, baseny i pokłady z leżakami do opalania. Degustujemy też specjały przygotowane przez szefów kuchni. Nie pijemy jedynie Sangrii, gdyż ta oferowana jest po 8,80 Euro za szklankę.

Wieczorem słuchamy w teatrze  najsłynniejszych przebojów Whitney Houston, Lady Gagi i Cher w ramach koncertu „Women on World”. Wykonuje je z gracją, mimo nieco korpulentnej postury, Francesca Aureli. Jej występ poprzedza prezentacja kadry zarządzającej na statku „Costa Pacifica”, czyli całkiem sporej gromady menadżerów  odpowiedzialnych za poszczególne działy. Później przenosimy się na piąty pokład, gdzie w Welcome Atrium jest możliwość zrobienia sobie zdjęcia z kapitanem Alba. Tak na marginesie, to mój trzeci kapitan na koncie. Dopiero. Bo trudno mi równać się z   Wojciechem Dąbrowskim, który fotografował się już z bodajże 46 kapitanami….

 Wtorek, 21.10.25

W Gibraltarze zacumowaliśmy o siódmej. Słońce jeszcze nie wzeszło. Z ustępującej powoli ciemności wyłaniała się słynna Skała (The Rock). Tuż pod nią jaśniały światła budzącego się miasta. Obok naszej jednostki na terminalu stał już jakiś mały wycieczkowiec z Malty. Po śniadaniu udaliśmy się spacerkiem do dolnej stacji kolejki linowej (reszta grupy wybrała transport busem). Maszerowaliśmy przez miasto, jakieś dwa kilometry. Towarzyszył nam pilot Norbert. Jego pomoc okazała się nieoceniona przy zakupie biletów na kolejkę. Nie miałem bowiem przy sobie funtów brytyjskich, a ustawienia mojej karty kredytowej nie pozwalały na płatności poza krajami UE. Zmienić ich w aplikacji bankowej nie mogłem, gdyż nie było dostępu do internetu.  Norbert zapłacił więc za nasze bilety 34 funty - ze zniżką senioralną,  normalne kosztowały 38 funtów (oddałem mu tę kwotę przelewem blikiem na telefon, gdy tylko złapałem zasięg sieci internetowej). W kolejce do kasy, a następnie do wagonika kolejki oczekiwaliśmy przez godzinę. Nie mieliśmy więc zbyt wiele czasu na zwiedzanie, bo na statku musieliśmy zameldować się najpóźniej o trzynastej (o 13.30 Costa Pacifica odpływała do Lizbony). Nie zobaczyliśmy więc jaskini św. Michała, Mostu Windsor, Memoriału Sikorskiego  ani nie zajrzeliśmy do sieci tuneli wykutych niegdyś w skale przez żołnierzy. Mieliśmy jednak na tyle czasu, żeby obejrzeć i sfotografować wspaniałe widoki rozciągające się z wierzchołka skały gibraltarskiej. Pogoda dopisała, więc i powietrze było na tyle przejrzyste, żeby dojrzeć w oddali brzegi Afryki. Na każdym kroku towarzyszyły nam oczywiście tutejsze małpy. Wbrew niektórym relacjom, które gdzieś tam kiedyś przeczytałem, makaki nie były jednak w żaden sposób uciążliwe ani agresywne. Wręcz przeciwnie – raczej znudzone fotografującymi je turystami. No, może z wyjątkiem jednej, która wystraszyła turystów, wskakując przez otwarte okienko do wnętrza wagonika. Szybko się zresztą wycofała.

Już w trakcie odpływania w głąb Cieśniny Gibraltarskiej zauważyłem krótki pas tutejszego lotniska. Tego samego, z którego w ostatni w życiu lot 82 lata temu wystartował generał Sikorski.

Popołudniu odebrałem zdjęcia, które zrobiliśmy sobie wczoraj z kapitanem. Za zestaw trzech fotografii w formacie A4 oraz miniaturki z magnesem zapłaciłem 25 Euro. Przy okazji obejrzałem (teatr jest na tym samym poziomie, co punkt Foto) finał konkursu  The Voice of the Sea. Wystąpiło sześcioro wykonawców (tylko jedna kobieta), m.in. z Peru i Gwatemali. Zwyciężył Włoch Benedetto, który odznaczał się nie tylko silnym głosem, ale też potężną posturą. W nagrodę otrzymał z rąk uroczej przedstawicielki Costa statuetkę z logo tej firmy.

Wieczorem posłuchałem w Grand Barze nieśmiertelnych przebojów Abby.

Dzisiaj płyniemy z prędkością 19,2 knots.

 Środa, 22.10.25

Przed dziewiątą zacumowaliśmy na terminalu w Lizbonie. Jest ciepło, ale pochmurnie. Obok naszej jednostki stoją także MV Ventura z floty P&O Cruises oraz MS Europa 2 obsługiwany przez niemiecką  firmę Hapag-Lloyd Cruises. To nasza druga wizyta w stolicy Portugalii. Poprzednio przebywaliśmy tutaj przed dwunastoma laty. Miło jest jeszcze raz pospacerować po znanych zakątkach miasta i powspominać zakupy w Pingo Doce czy smak słodkich pastei de nata.

Zagłębiamy się w wąskie uliczki Alfamy i wspinamy powoli na wyższe punkty. Podziwiamy elewacje domów pokryte kolorowymi azulejos, ozdobne kołatki do drzwi, liczne murale oraz wizytówkę Lizbony – słynny tramwaj linii 28. Z punktu widokowego Sophia de Mello Breyner Andresen  spoglądamy na pobliską twierdzę św. Jerzego, ale nie dochodzimy do niej. Raz, że trzeba byłoby najpierw schodzić w dół, a potem ponownie wspinać się w górę, czego moja żona nie lubi, a dwa, że już ją odwiedziliśmy podczas poprzedniego pobytu w Lizbonie. Spacerujemy więc po ogrodzie Machado, zaglądamy do kościoła Matki Bożej    Łaskawej, a potem przechodzimy obok Narodowego Panteonu z charakterystyczną kopułą, doskonale widoczną ze statków cumujących na nabrzeżu Tagu. Po krótkim odpoczynku na statku wyruszamy na kolejny spacer, tym razem przez Plac do Comercio do Rua Augusta rozpoczynającej się Łukiem Triumfalnym. Tu, jak zawsze, pełno jest turystów, ulicznych grajków, sprzedawców t-shirtów oraz licznych punktów gastronomicznych. Coś jak na gdańskiej Długiej w szczycie sezonu.  W pobliżu placu Rossio (Plac de D. Pedro IV) jakiś młody człowiek pytająco szepnął mi nad uchem: „kokaina? haszysz?”. Czyżbym wyglądał na potrzebującego? We wspomnianym już Pingo Doce (odpowiednik naszej Biedronki) nabywamy  parę butelek wina. Bardzo taniego w porównaniu z cenami w naszych marketach. Na statek przemycamy je w bardzo prosty sposób, czyli w butelkach po wodzie. Wydaje mi się, że pracownicy obsługujący skanery bagażu doskonale znają te triki, lecz po prostu przymykają oko na takie drobne naruszenia regulaminu obowiązującego na statkach wycieczkowych.

Według programu w Lizbonie mieliśmy przebywać przez dwa dni. Jednak z powodu ogłoszonego na jutro ogólnokrajowego strajku pracowników administracji w Portugalii, opuścimy to miasto już dzisiaj wieczorem. W sumie dobrze, bo tak naprawdę nie wiedziałbym, co robić z jutrzejszym dniem. Co do dzisiejszego, to zakończyłem go wynikiem 28 358 kroków, co daje  około dwudziestu kilometrów.

 Czwartek, 23.10.25

Dzień słoneczny i ciepły. Tafla morza gładka jak stół. Lizbonę opuściliśmy wczoraj o godzinie 23. Płyniemy do Kadyksu. Czas upływa na błogim lenistwie, choć rozrywek na statku nie brakuje. Można poopalać się na pokładach z leżakami, można posiedzieć w jacuzzi, choć te są mocno oblężone. Można też oddać się konsumpcji, bo praktycznie przez cały czas jest serwowane coś do jedzenia, ale to ostatnie nie jest dobrym pomysłem, jeśli chce się zachować w miarę szczupłą sylwetkę. Poza tym  można wziąć udział w lekcjach tańca czy też nauczyć się sztuki przyrządzania drinków. Mówię tu oczywiście tylko o bezpłatnych atrakcjach. Nie brak bowiem na statku propozycji premium, np. 75.minutowy masaż całego ciała za jedyne 129 Euro…

Do Kadyksu dopłynęliśmy ponad godzinę przed planowanym czasem. Nie mogliśmy jednak zacumować wcześniej, więc spędziliśmy ten czas na redzie portu. Kiedy wreszcie o osiemnastej „Costa Pacifica” przybiła do nabrzeża, musieliśmy czekać jeszcze 45 minut na wyjście ze statku. Na szczęście centrum Kadyksu jest bardzo blisko, więc zdążyliśmy zrobić krótki rekonesans po tym urokliwym mieście, nie bez kozery zwanym perłą Andaluzji. Najważniejsze miejsca i obiekty, jakie dziś zobaczyliśmy to: Pomnik Konstytucji z 1812 roku na placu Hiszpańskim, Dom Czterech Wież, kościół del Carmen, Park Genoves, gmach Gran Teatro Falla i kościół św. Antoniego Padewskiego na placu imienia tegoż patrona. O sklepach i sklepikach już nie wspominam, bo to nudne. Oczywiście tylko z mojego punktu widzenia, bo żona jest dokładnie odwrotnego zdania. Spacerek zakończyliśmy na urokliwej promenadzie nad brzegiem Atlantyku, kończącej się pozostałościami murów obronnych z  armatami wycelowanymi w potencjalnych najeźdźców.

Wieczorem zajrzałem do Grand Baru na piątym pokładzie. Sporo pasażerów słucha tu muzyki, pije drinki oraz tańczy. Jest miło i przyjemnie, ale – jeżeli ktoś chce degustować jakieś alkohole – dość drogo. Przykładowo 0.4 l Carlsberga kosztuje 7.48 Euro.

 Piątek, 24.10.25

Po śniadaniu wyruszyliśmy na bardziej gruntowne zwiedzanie urokliwego Kadyksu.   To najstarsze miasto  - nie tylko Hiszpanii, ale też całej Europy Zachodniej – charakteryzuje się wąskimi brukowanymi uliczkami, pięknymi plażami oraz licznymi zabytkowymi obiektami, głównie sakralnymi. Dzisiaj obejrzeliśmy w kolejności: pomnik Segismundo Moreta (premiera i polityka z przełomu XIX i XX wieku), usytuowany w otoczeniu palm, Plac św. Jana z okazałym ratuszem miejskim, nadmorską promenadę i szeroką plażę  La Caleta, Bramę Ziemi, stanowiącą niegdyś część fortyfikacji miejskich, barokowy kościół św. Józefa  z XVIII wieku, 114.metrową wieżę telekomunikacyjną Torre Tavira II i katedrę Św. Krzyża, zwaną też Nową Katedrą. Tę ostatnią budowano ponad sto lat. Dlatego łączy ona mieszankę stylów barokowego, rokokowego i neoklasycznego. Ponadto zajrzeliśmy do kilku parków oraz sklepów. Ceny są porównywalne do naszych, choć nie dotyczy to owoców. Te są bowiem wyraźnie droższe. Tanio natomiast, podobnie jak w Lizbonie, można kupić wino, bo już od 2,05 Euro za butelkę (w Carrefourze). Przez kilka godzin przeszliśmy łącznie 15 kilometrów, ciesząc się ciepłem (25 stopni C) i pięknymi widokami.  Z czystym sumieniem mogę polecić to miasto każdemu wrażliwemu turyście.

O dziewiętnastej wypływamy do Malagi. Towarzyszy nam stado mew. Nie tyle nas żegnają, co liczą na wyrzucane z balkonów resztki jedzenia. Piękny zachód słońca.

Wieczorem w teatrze pokaz muzyki i tańca flamenco w wykonaniu Luces de Bohemia. We właściwym miejscu i czasie, bo jesteśmy przecież w Hiszpanii.

 Sobota, 25.10.25

W nocy ponownie przepłynęliśmy przez Cieśninę Gibraltarską i znów znaleźliśmy się na Morzu Śródziemnym.  Na terminalu w Maladze „Costa Pacifica” zacumowała o godzinie siódmej. Od rana pięknie świeciło słońce, a temperatura w szczytowej porze dnia dochodziła do 27 stopni C. Dopiero w momencie opuszczania tego hiszpańskiego klejnotu, jak zwane jest to andaluzyjskie miasto na wybrzeżu Costa del Sol, pojawiła się znienacka gęsta mgła.

Do zabytkowego centrum idzie się z portu około dwadzieścia  minut. Już z daleka widać otaczające miasto góry oraz  świetnie zachowaną twierdzę Maurów – Alcazaba.  Wyróżnia się też na tle innych budowli wieża  budowanej przez 250 lat katedry. Po drodze mijamy ekskluzywne jachty, w tym okazałą „Zenobię” należącą do syryjsko-saudyjskiego biznesmena (Wafic Said) oraz białą latarnię morską. Maszerujemy wśród szpaleru palm daktylowych, mijając po prawej stronie plażę de la Malagueta, a po lewej kolejne jednostki pływające. W pierwszym napotkanym Markecie Express ze zdziwieniem zobaczyliśmy mnóstwo polskich produktów, w tym różne rodzaje piwa (Perła Miodowa – 1,35 Euro), słodycze, a nawet kiszoną kapustę w słoikach. Były też produkty z nazwami w języku rosyjskim, np. indyjska herbata „Maharadji” z dopiskiem „krepkij czaj” (1 kg/15,75 Euro).

Dalej wędrowaliśmy brukowanymi i wąskimi uliczkami,  podobnymi do tych w Kadyksie, podziwiając piękne kamienice i budynki użyteczności publicznej, jak np. Teatro Cervantes czy Muzeum Pabla Picasso. W końcu doszliśmy do placu de la Merced, na rogu którego stoi dom, w którym urodził się wspomniany już Picasso. Plac zatłoczony jest turystami, wśród których daje się usłyszeć wielu Polaków. Stąd już tylko parę kroków do mauretańskiej Alcazaby, potężnej twierdzy na wzgórzu Gibralfaro. W tym miejscu moja żona decyduje się na odpoczynek, a zatem wspinam się dalej sam krętą kamienną ścieżką wzdłuż murów obronnych. Dochodzę w końcu do punktu widokowego, skąd rozpościera się wspaniała panorama na morze i na niemal całą Malagę. Szczególnie dobrze widoczny jest amfiteatr z czasów rzymskich, zbudowany u podnóża  Gibralfaro. W oczy rzuca się też oczywiście ogromna katedra z charakterystyczną wieżą. Do tej ostatniej dochodzimy po pewnym czasie, ale podziwiamy ją tylko z zewnątrz. Nie mamy bowiem czasu na stanie w kolejce za biletami, a jest ona bardzo długa, podobnie jak przed Muzeum Picassa. Tymczasem nasz statek odpływa dzisiaj wyjątkowo wcześnie, bo już o szesnastej. Szkoda, bo w tym pięknym mieście chciałoby się zostać nieco dłużej.

Wieczorem posłuchaliśmy w teatrze największych hitów zespołu Queen. W ponad półgodzinnym show, czteroosobowy zespół wykonujący ponadczasowe przeboje legendarnej już grupy, rozgrzał licznie zgromadzoną publiczność. Mnie szczególnie przypadł  do gustu artysta odtwarzający postać lidera Queen. Wypisz, wymaluj – wykapany Freddie Mercury. Przypominał go zarówno wyglądem fizycznym, strojem (słynny biały t-shirt), jak i charakterystycznymi gestami oraz żywiołową energią na scenie. A propos samego Mercury’ego, to w jednym z ostatnich numerów „Angory” przeczytałem szerokie omówienie książki o nim, opartej na przekazanych autorce zapiskach artysty przez jego jedyną córkę. Warto zapamiętać tytuł: „Kocham Freddie. Sekretne życie i miłość Freddiego Mercury’ego”.

Nieco później w Sunset Bar na dwunastym pokładzie oglądaliśmy pokaz robienia drinków. Te ostatnie były tylko pretekstem do żonglerskich popisów barmana, które – przyznać trzeba – miał opanowane do perfekcji. Niestety, na degustację dymiących koktajli nie załapałem się, bo otrzymało je tylko trzech szczęśliwców z licznej grupy obserwatorów.

Przed nami dwie noce i jeden dzień na morzu.

 Niedziela, 26.10.25

Ze statkowych ciekawostek: w klasie ekonomicznej soki dostępne są tylko przy śniadaniu, a kawa i herbata również w godzinach 16.30-17.30. Cały dzień natomiast można korzystać z dystrybutorów wody i lodu. Co do soków, to można oczywiście zgromadzić sobie rano zapas na cały dzień. Wszak w kabinach są lodówki, więc nie ma problemu z przechowaniem.

Około godziny dziesiątej przepływamy obok Ibizy i wpływamy na Morze Balearskie. Jest pochmurno i raczej chłodno, co nie zachęca do przebywania na odkrytych pokładach. Tym bardziej więc tętni życie wewnątrz statku, gdzie odbywają się lekcje tańca, quizy i tp. Można też moczyć się w basenach i jacuzzi pod dachem lub buszować po sklepach ewentualnie degustować coś mocniejszego w barach. Dla skrajnie leniwych pozostaje leżenie w kabinie i oglądanie programów telewizyjnych. Niestety, głównie w języku włoskim. Dobrze, że jest chociaż BBC po angielsku…

Po kolejnych czterech godzinach mijamy Majorkę. Jej brzegi są jednak słabo widoczne, bo zachmurzyło się na dobre i pada deszcz. Morze lekko faluje, podobnie jak pokład pod nogami. Nawet bez drinka można czuć się trochę zawianym.

Przed wieczorem przejaśnia się. W samą porę, żeby można było zrobić zdjęcia ładnego zachodu słońca. Dzisiaj wcześniejszego o godzinę, bo ostatniej nocy mieliśmy zmianę czasu na zimowy.

O osiemnastej idziemy do teatru. Odbywa się  tutaj impreza dla członków  C Club, czyli posiadaczy niebieskich, brązowych, srebrnych, złotych i platynowych kart Costy (ja dorobiłem się dopiero brązowej). Zaproszenia są sprawdzane przy wejściu. Na wstępie usłyszeliśmy kilka  piosenek przy akompaniamencie fortepianu. Potem na scenę wyszedł konferansjer z charakterystycznym czubem na głowie i zaprosił kapitana Nicolo Alba oraz trzy menadżerki. Wymienieni przywitali przybyłych w kilku językach, a następnie wręczyli wybranym osobom z poszczególnych kategorii kart bony na różne kwoty pieniężne. Zwieńczeniem spotkania był występ  poznanej już wcześniej wokalistki (Francesca Aureli), która tym razem zaprezentowała utwory Adel.

Godzinę później, również w teatrze, odbył się pokaz wspaniałych akrobacji w wykonaniu pary pochodzącej z Ukrainy. Akrobaci zaprezentowali widzom poszczególne numery zarówno w duecie, jak też solo. Występ miał ciekawą oprawę muzyczną i graficzną. Całość show była zatytułowana „Seasons of Love”.  Nie był to oczywiście koniec dzisiejszych atrakcji. O 20.45 w Grand Barze rozpoczął się bowiem Bal Oficerski, a równoległe w sali obok trwał International Hits Piano. Z kolei o 23.15. odbyła się impreza pod nazwą „Magnifica Buffet”, w trakcie której szefowie kuchni z „Costa Pacifica” zaprezentowali swoje umiejętności w  układaniu i dekorowaniu różnych potraw. Od siebie dodam, że smakowitych, bo – rzecz jasna – nie odmówiłem sobie mimo późnej pory spróbowania tego i owego.

 Poniedziałek, 27.10.25

W nocy troszkę bujało, bo prędkość wiatru przekraczała 80 km/h. Mimo to w Marsylii zacumowaliśmy  blisko godzinę przed planowanym czasem. Z informacji przekazanych przez pilota wynikało, że do miasta można dostać się taksówką (25 Euro)  lub polecanym przez niego Costa Goround Transport za 19 Euro w obie strony.  Osobiście byłem gotów przejść się do odległego o jakieś 6 km centrum na piechotę. Jednakże już po kilkuset metrach natknęliśmy się na przystanek, z którego odchodziły darmowe Shuttle Busy. Wsiedliśmy więc do jednego z nich i dojechaliśmy w pobliże ulicy La Republica. Stąd było już niedaleko do placu przy Starym Porcie. Po drodze wstąpiliśmy do jednej z galerii handlowych, gdzie ze zdumieniem zobaczyliśmy płatne toalety. Co prawda tylko 60 centów, ale u nas podobnych praktyk jeszcze nie widzieliśmy. Na placu stało kilka straganów ze świeżymi rybami, a w przylegającej do niego marinie zimowało setki, jeśli nie tysiące mniejszych i większych jednostek pływających. Temperatura nie przekraczała 17 stopni C, a wiatr wiał na tyle mocno, że po raz pierwszy na tej wycieczce ubrałem bluzę z kapturem. Na ulicach widać sporo żebraków i bezdomnych. Ci ostatni często rozkładają swoje posłania wprost na chodnikach.

Idąc wzdłuż nabrzeża minęliśmy po lewej stronie Teatr Narodowy La CrieE. Przed nami zaś widniały mury cytadeli z jednej strony i fort  Saint-Jean z drugiej. Oba obiekty obejrzeliśmy tylko z zewnątrz. Zasadniczym celem naszego spaceru była bowiem Bazylika Notre-Dame de la Garde. Wznosi się ona na 160. metrowym wzgórzu, z którego rozciąga się zapierający dech w piersiach widok na port i niemal całą stolicę Prowansji. Z tym „dechem w piersiach” nie przesadzam, bo wdrapanie się do podnóża świątyni wymaga w miarę dobrej kondycji. Tak czy owak, do bazyliki doszedłem sam… Oczywiście nic nie stoi na przeszkodzie, żeby wjechać na górę specjalną kolejką „Petit-train- Marseille”. Ja jednak preferuję piesze spacery i skrupulatnie odnotowuję ilość kroków. Dzisiaj było ich nieco ponad 26 tysięcy. Ot, taka nieszkodliwa mania…

Na terminalu, nieopodal  naszej „Pacificy”, stała też inna jednostka z floty Costy: „Toscana”. Wyższa i dłuższa od naszej o 47 metrów („Pacifica” ma 290 metrów długości). Oba statki opuszczały Marsylię o osiemnastej, tuż po zachodzie słońca, pozdrawiając się wzajemnie donośnymi sygnałami dźwiękowymi. Na dłużej zaś został w Marsylii wycieczkowiec MSC „Seaside”.

Wieczorem w teatrze można było pośmiać się przy okazji występu niejakiego Terrego: żonglera, komika i magika w jednym. Nie była to sztuka wysokich lotów, ale coś w sam raz do zabicia czasu.

 Wtorek, 28.10.25

W nocy dopadła mnie gorączka, ból gardła i katar. Co za fatum! Na Dominikanie też zachorowałem pod koniec pobytu. Mam nadzieję, że tym razem przejdę łagodniej przez te dolegliwości.

W Savonie zacumowaliśmy przed dziewiątą. Nie mieliśmy jednak czasu na zwiedzanie tego miasta, gdyż już wcześniej wykupiliśmy wycieczkę do Genui, stolicy Ligurii, odległej o około 50 kilometrów. Pojechaliśmy tam wynajętym busem. Podróż zajęła nam 55 minut, mimo iż jechaliśmy drogą szybkiego ruchu. Jednak po drodze było wiele tuneli i sporo rond (w miastach), spowalniających ruch. Na miejscu czekała nas polska przewodniczka Agata. Zwiedzanie rodzinnego miasta Kolumba i Paganiniego rozpoczęliśmy od punktu widokowego przy  Via Gaetano Colombo. Rozciąga się stamtąd wspaniała panorama na port i stare miasto. Do tego ostatniego schodziliśmy w dół wąskimi uliczkami. Po drodze przewodniczka pokazała nam jedną z ciekawostek. Otóż na fasadzie jednego z domów  widoczne było kilka okien. Sęk w tym, że tylko niektóre były prawdziwe. Pozostałe zaś były bardzo zręcznie namalowane. Genueńczycy słynęli bowiem od zawsze z zamiłowania do oszczędności, a czasem wręcz sknerstwa. Następnie mijaliśmy wspaniałe pałace, tzw. rolle. Wiele z nich jest wpisanych na listę UNESCO. Na co dzień są niedostępne, jednak przez parę dni w roku można  je zwiedzać. My nie mieliśmy tego rodzaju możliwości. Mieliśmy za to szczęście do pogody, bo jak powiedziała przewodniczka, wczoraj padało i od jutra znowu ma padać.

Trudno tu wymieniać wszystkie odwiedzone dzisiaj obiekty, bo dla postronnych osób może to być nudne, ale wspomnę, że zajrzeliśmy do katedry San Lorenzo, obejrzeliśmy z zewnątrz pałac dożów na Piazza Meridiana i zaszliśmy do portu. Tempo zwiedzania było powolne, bo w grupie było trochę starszych osób, które  z natury rzeczy są raczej zwolennikami siedzenia niż chodzenia.

W Savonie byliśmy z powrotem  godzinie piętnastej, zaś półtorej godziny później wypłynęliśmy do Barcelony. Przed nami ostatnia noc na Costa Pacifica.

 Środa, 29.10.25

Kabinę w Costa Pacifica opuściliśmy o godzinie dziesiątej, ale jeszcze do 14.30 przebywaliśmy na pokładzie. Właściwie to dopiero dzisiaj, po raz pierwszy od początku rejsu, poleżałem dłużej na leżaku przy basenie.

Barcelona, do której przybyliśmy kolejny raz po 11 latach, przywitała nas deszczem. Na szczęście niezbyt gwałtownym i stosunkowo krótkim. Wycieczkę po mieście mieliśmy wykupioną w pakiecie. Zwiedzanie zaczęliśmy od wjechania na wzgórze Montjuc (172 m). Rozciąga się stąd ładna panorama na port oraz na miasto. Oczywiście przy dzisiejszej aurze widoki były raczej marne. Następnie udaliśmy się na stare miasto, po którym oprowadzał nas mieszkający tutaj od dziesięciu lat przewodnik Mariusz.  Wcześniej z okien busa popatrzyliśmy na stadion oraz dwie kamienice zaprojektowane przez Gaudiego. Mijaliśmy też arenę, w której niegdyś odbywały się walki byków oraz halę, przed którą stało w deszczu setki fanów Lady Gagi, oczekujących na otwarcie bram przed koncertem tej gwiazdy. Przespacerowaliśmy się przez plac Santa Maria, obejrzeliśmy płonący znicz, który upamiętnia odnalezione w tym miejscu ciała ofiar wojny trzynastoletniej oraz mury z czasów rzymskich. Ponadto widzieliśmy katedrę św. Eulalii oraz bazylikę Santa Maria del Mar, zwaną inaczej „ludową katedrą”, najkrótszą uliczkę Carrer De Lanisadeta, sklepik z figurkami znanych ludzi w pozycji defekowania, pałac królewski i mural autorstwa Picassa. Wisienką na torcie była oczywiście Sagrada Familia, do której dotarliśmy dopiero po zmroku. Tu ciekawostka: najwyższa wieża tej budowanej  od 143 lat świątyni ma mieć 172 metry, czyli dokładnie tyle ile wspomniane wzgórze Montjuc.

W sumie widzieliśmy niewiele, bo tempo zwiedzania było bardzo ślamazarne. Ale taki jest urok zorganizowanych wycieczek…

Na nocleg pojechaliśmy do Sagrada Familia Hotel. Pokój mały i bez widoków z okna, ale na jeden nocleg może być.





























 

 


Singapur i Indonezja

  Wycieczka „Singapur i Wyspy Indonezji” w największym skrócie to: siedem noclegów w sześciu hotelach (w tym jednym w Warszawie), pięć lot...

Posty