poniedziałek, 9 lipca 2018

Dziadkiem na Nordkapp cz. III


W ósmym dniu podróży, po pokonaniu ponad trzech tysięcy kilometrów, dokładnie w samo południe, docieramy na Nordkapp. Ten symboliczny kraniec Europy, podobnie jak wioska św. Mikołaja w fińskim Rovaniemi - to takie świeckie świątynie. Przyciągają bowiem w równym stopniu tysiące turystów, tak jak sanktuaria religijne pielgrzymów. Jest w tym coś magicznego i trudnego do wytłumaczenia. Bo cóż takiego jest w skalistym klifie, na którym 40 latem temu ustawiono makietę globusa z zaznaczonymi południkami i równoleżnikami? To nie jest nawet prawdziwy kraniec Europy, bo ten znajduje się nieco dalej. Mało tego, Nordkapp zwany Przylądkiem Północnym nie znajduje się na stałym lądzie, lecz na wyspie Magerøya. Od kontynentalnej Norwegii oddziela go pas Morza Norweskiego. Jednak jadąc samochodem trudno to zauważyć, ponieważ od dziewiętnastu lat na wyspę wjeżdża się podmorskim tunelem o długości prawie 7 kilometrów. Do niedawna za przejazd podwodnym fragmentem trasy E 69 trzeba było płacić. Obecnie nie ma tego obowiązku. Nadal jednak płaci się za wjazd na parking przy Nordkapp. Aktualna wysokość opłaty to 180 NOK bez wejścia do Nordkapphallen lub 275 koron z taką możliwością. Można jednak uniknąć opłat, parkując auto na innym, oddalonym o 9 kilometrów postoju. Wejście piesze na Nordkapp jest bowiem bezpłatne. Nam udało się znaleźć zatoczkę w odległości zaledwie trzech kilometrów od skraju klifu.

Do zdjęcia pod globusem ustawiają się niekończące się kolejki turystów z całego świata. Najgorzej jest gdy przyjeżdża kolejny autokar, z którego wysypują się dziesiątki osób. Wtedy lepiej odczekać jakiś czas, oglądając inne miejsca. Można np. podejść do obelisku upamiętniającego wizytę Oskara II, króla Szwecji i Norwegii. Przybył on w to miejsce dokładnie 145 lat temu. Również drugiego lipca, tak jak my. Nie był on jednak odkrywcą tego miejsca. Za takiego uchodzi bowiem włoski ksiądz Francesco Negri, który zapuścił się tak daleko na północ już w 1664 roku. Zajęło mu to podobno dwa lata.

Warto też podejść do kamiennych kół, które z daleka wyglądają jak duże monety lub plastry wędliny. Znajdują się na nich oryginalne reliefy wykonane przez dzieci z różnych krajów w ramach projektu "Dzieci Ziemi". Jeżeli zaś komuś mało wrażeń, to może skorzystać z krótkiego przelotu śmigłowcem nad płaskowyżem i podziwiać z góry przepiękne klify.

Pozostają jeszcze sklepy z pamiątkami. Tu komercja króluje całą gębą. Za miniaturkę globusa trzeba zapłacić 99 koron, co w przeliczeniu daje około 43 złote. Można też nabyć imienny certyfikat poświadczający obecność na Nordkapp. Kosztuje tylko 65 NOK lub 70 wraz z reklamówką. W moim przypadku sprzedawca nie przestawił daty w stemplu. Tak więc oficjalnie byłem na Przylądku Północnym już pierwszego lipca...

Wracając do auta mijamy stadko reniferów. Patrzą na nas, ale bez większego z zainteresowania. Widać, że przywykły do obecności ludzi na tym płaskowyżu. Zachodzimy jeszcze na skraj klifu. Na dole widać zatoczkę z granatowo-zieloną wodą, a na jej skraju mały czerwony domek i drewniany pomost. Obrazek jak z bajki.

Wyjeżdżamy z Nordkapp przed szesnastą. O dwudziestej wjeżdżamy do Finlandii. Długie proste drogi. Dopuszczalna prędkość 100 km/h. Prowadzi mi się wyśmienicie. Kłopoty ze znalezieniem miejsca na nocleg. Krzysztof ma huśtawkę nastrojów i reaguje nadmiernie  emocjonalnie w sytuacjach, które można rozładować żartem.

W końcu jakaś miejscówka, aczkolwiek z komarami. Duży parking, WC. Obok sklep z pamiątkami, ryby wędzone i smażone, liczne ozdoby z drewna, rogi reniferów. Oczywiście o tej porze zarówno sklep, jak i punkty gastronomiczne są zamknięte.

Jak już wcześniej pisałem, zawsze udawało nam się opanowywać sytuacje konfliktowe. Czasami jednak trwało to nawet kilka godzin. W powyższym przypadku racja była po stronie Krzysztofa. Ja chciałem rozłożyć się na nocleg w lesie, w miejscu pozbawionym wszelkich udogodnień. Mój partner obawiał się, że mogą tam występować kleszcze. Uparł się więc, żeby jechać dalej. I rzeczywiście, po półgodzinie natrafił na wspomnianą w notatce miejscówkę. Wtedy nie doceniłem tego. Teraz na spokojnie mogę przyznać się do błędu.

Ranek upalny. Spotykamy małżeństwo ze Śląska. Jadą z Rovaniemi na Nordkapp. My w odwrotnym kierunku. Odwiedzamy sklep w  Inari, uzupełniając tu prowiant. O czternastej docieramy do wioski św. Mikołaja nieopodal Rovaniemi. Porządne WC. Mnóstwo sklepów z pamiątkami. Zdjęcie z Mikołajem od 25 do 45  Euro w zależności od formatu. Koło podbiegunowe. Komercja. Robi się pochmurno. W drodze do Szwecji przejaśnia się. O 20.30 docieramy na kąpielisko w Byske przed Skelfetea.

Do północy miła rozmowa przy whisky.

Z tą siedzibą Mikołaja to dość zagmatwana sprawa. Niektórzy twierdzą, że mieszka on w innym miejscu Laponii, a konkretnie w Parku Narodowym im. Urho Kekkonena. Ponieważ jednak miejsce to znajduje się na samej granicy fińsko-rosyjskiej (ustanowionej w wyniku wojny zimowej 1939-1940), w 1985 roku zbudowano wioskę Mikołaja właśnie pod Rovaniemi.  Przez wioskę przebiega północne koło podbiegunowe.

Nie zabawiliśmy długo w tym nastawionym na skubanie turystów miejscu. Pogoda trochę się popsuła, więc nawet zdjęć nie chciało się robić. Po nabyciu drobnych pamiątek (w moim przypadku po 7 Euro za sztukę) wyruszyliśmy w drogę do Szwecji. Tutejsze widoki nie umywają się do tych zapamiętanych z Norwegii. Trasa wiedzie głównie przez lasy, jedynie czasem błyśnie gdzieś lustro wody z jakiegoś jeziora.

Po przekroczeniu granicy ze Szwecją wjechaliśmy na trasę E4. Będziemy się nią poruszać aż do lotniska Skavsta nieopodal miasta Nykoping, gdzie zakończy się nasza wspólna podróż. Wcześniej jednak czekają nas dwa noclegi na kąpieliskach (w Byske i w Tonebro) oraz trzygodzinne zwiedzanie Sztokholmu, a konkretnie jego starówki, czyli Gamla Stan. Zaliczamy też wizytę przed pałacem królewskim w porze uroczystej zmiany warty.

Dla mnie przygoda kończy się na lotnisku w Gdańsku Rębiechowie. W ciągu jedenastu dni, z czego jeden spędzony na promie, pokonaliśmy około 5 200 kilometrów, przemierzając trzy kraje i zwiedzając kilkanaście atrakcyjnych turystycznie miejsc. Ekstra perełki to oczywiście okolice Geiranger, Lofoty, Narvik i ostatni etap przed Nordkapp. Potem w zasadzie był już tylko powrót, aczkolwiek połączony z robieniem zdjęć w mijanych miejscowościach, np. w Härnösand nad Zatoką Botnicką. Wymieniam to miasto nie bez kozery, bo  akurat tu najdłużej  przyszło mi czekać na współtowarzysza tej podróży...

Gdyby mnie ktoś zapytał, co oprócz możliwości zobaczenia pięknych widoków i obcowania z naturą, dała mi ta eskapada - odpowiedziałbym cytatem z książki Dawida Baldacciego "Dzień zero": Jesteśmy tylko ludźmi, a co za tym idzie, nikt nie jest doskonały. Niby każdy o tym wie, ale nie każdy uświadamia to sobie w sytuacji, gdy trzeba umieć zachować dystans do rzeczywistości. Mam nadzieję, że z każdą podróżą udaje mi się to coraz bardziej...

Z bardziej prozaicznych spraw odnotować muszę, że Dziadek, czyli 22. letni passat Krzysztofa spisał się doskonale. Nie mieliśmy na trasie ani jednej usterki! A warto wiedzieć, że jeździłem wcześniej po  Skandynawii różnymi autami, więc mam skalę porównawczą... Nie mam też zastrzeżeń do mojego namiotu i kuchenki gazowej (poza wspomnianym na początku incydentem).
Część pierwsza tutaj
Część druga tutaj
Renifery tuż przed Nordkapp








To my :)








Inari w Finlandii


Wioska Mikołaja









Kąpielisko w Byske





Sztokholm









Po starcie z lotniska Skavsta

Na Nordkapp z Gagarinem :)
Ostatnia noc i pożegnalne ognisko


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz