piątek, 29 września 2017

Piechotą do Wołkowyi





Dzisiaj spacer do Wołkowyi. Dosyć długi i intensywny - 19 kilometrów w 3 godziny. Po drodze zajrzałem na przeprawę promową na największą wyspę Jeziora Solińskiego, czyli Energetyk. Później był już tylko marsz wśród drzew nabierających jesiennych kolorów. Droga z Polańczyka jest dość kręta i pełna ostrych podjazdów i zjazdów. W przypadku chodzenia nie ma to większego znaczenia. Gorzej byłoby przy jeździe rowerem.

Wołkowyja to stara wieś pochodząca z piętnastego wieku. Po 1939 roku napłynęło tu sporo Ukraińców. Niemcy obsadzali nimi stanowiska nauczycielskie w szkołach. Nie podobało się to Polakom, gdyż nowi nauczyciele często nie mieli odpowiednich kwalifikacji. Przede wszystkim jednak chodziło o to, że lekcje miały odbywać się w języku ukraińskim. Po długich przepychankach i prześladowaniu ludności polskiej Niemcy zgodzili się ostatecznie na zatrudnienie polskiej nauczycielki. Do końca wojny trwał względny spokój. Po wojnie jednak wieś podzieliła los innych bieszczadzkich miejscowości. W lipcu 1946 roku bandy UPA zaatakowały Wołkowyję, paląc wieś i bestialsko mordując 32 Polaków. Niektórych wrzucano żywcem do ognia, innym wcześniej podrzynano gardła. Spłonęło wtedy 27 polskich domów.

Obecnie Wołkowyja jest atrakcyjną miejscowością turystyczną. Pełno tu pensjonatów i miejsc noclegowych w prywatnych kwaterach. Blisko stąd do Soliny oraz na połoniny. Na miejscu zresztą też można nieźle wypocząć, choćby na Zielonej Plaży nad Jeziorem Solińskim.
P.S. Pochwalę się małym rekordem: 10 kilometrów w godzinę i 29 minut. Tak przynajmniej wyliczyło Endomondo :)
Przeprawa na wyspę Energetyk




Jezioro Solińskie
Wołkowyja
Zielona Plaża w Wołkowyi


Wołkowyja





Polańczyk


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz