wtorek, 28 marca 2017

Weekend w Islandii



Islandia przywitała mnie rzęsistym deszczem i porywistym wiatrem. Na lotnisku w Keflavik samolot Wizz Air wylądował z opóźnieniem. Łukasz, oczekujący na mnie  prawie od godziny, martwił się, że nie zdążymy na autobus. Faktycznie, zdążyliśmy wsiąść w ostatniej chwili i to tylko dzięki temu, że bus linii 55 - notabene jedynej łączącej port lotniczy z centrum Reykjaviku - nieco się opóźnił. Na kolejny trzeba byłoby czekać godzinę. Trochę zszokowała mnie cena biletu za przejechanie siedmiu przystanków - ponad 1600 koron, czyli około 58 złotych. A skoro jestem przy temacie komunikacji miejskiej, to następnego dnia zapłaciłem za przejazd do Reykjaviku liniami 55 i 1 1760 koron. W drodze powrotnej natomiast 500 za przejazd jedynką i 1700 za  55. Ciekawostka: w obu przypadkach nie otrzymałem biletu. Czyżby islandzcy kierowcy mieli skłonności do zarabiania na lewo?

Dzięki uprzejmości Łukasza miałem darmowe miejsce do spania w dawnym budynku koszarowym. Mieszkanka  są tutaj ciasne, ale funkcjonalne. Jest łazienka oraz osobne garderoby przynależne do każdego pokoju. Kuchnia oraz pralnia są wspólne dla całego korytarza. Mieszka tu sporo Polaków, pracujących głównie na pobliskim lotnisku. Czynsz za pokój wynosi w przeliczeniu około 1 800 zł. A propos naszych rodaków, to stanowią oni największą mniejszość etniczną w Islandii. Ich liczbę szacuje się na 12 tysięcy. To sporo, zważywszy na fakt, iż całkowita liczba ludności tego kraju przekracza zaledwie 330 tysięcy. Tak więc na Polaków można tu natknąć się niemal na każdym kroku. Nie chodzi tu wyłącznie o tych przebywających na stałe, ale także odwiedzających oraz zwykłych turystów. Trzeba bowiem wiedzieć, że Islandię odwiedza rocznie około miliona osób, co niewątpliwie jest swego rodzaju ewenementem.

Islandię najlepiej zwiedzać wynajętym samochodem. W celu zminimalizowania kosztów dobrze jest zebrać 3 lub 4 osoby. Niestety, ja byłem sam. Zdecydowałem się więc wykupić w Gray Line Iceland wycieczkę pod nazwą Golden Circle Classic. Koszt ośmiogodzinnej objazdówki po najciekawszych miejscach  w pobliżu Reykjaviku wynosi 10 500 koron islandzkich, czyli ok 375 złotych. 

Pogoda w sobotni poranek była fatalna: ostro zacinający deszcz i spore zamglenie. Miałem nawet wątpliwości, czy w takich warunkach wycieczka dojdzie do skutku. Nie uwzględniłem jednak faktu, że tutejsza aura cechuje się dużą zmiennością. Poza tym "biznes is biznes". Do małego busa wsiadłem przed hotelem Plaza. Naiwnie sądziłem, że będzie to docelowy środek lokomocji. Tymczasem busy  tylko zbierały turystów przed poszczególnymi hotelami i zawoziły ich na punkt zborny. Tutaj dopiero następowała przesiadka do dużych autokarów. Wspominam o tym dlatego, że w trakcie przesiadki zapomniałem zabrać z busa swoją czapkę. Na szczęście została mi jeszcze wiatrówka z kapturem.

Z Reykjaviku wyjechaliśmy o godzinie 10.30. Przewodniczka Christina przedstawiła pokrótce program wycieczki. Jej pierwszym punktem był park narodowy Þingvellir nad północnym brzegiem największego islandzkiego jeziora Þingvallavatn, tuż przy drodze nr 36. W tym miejscu stykają się ze sobą dwie płyty tektoniczne: euroazjatycka i północno amerykańska. Deszcz przestał padać i mgła nieco się rozeszła, ale nadal solidnie wiało. Nieopodal platformy widokowej zlokalizowane było centrum gastronomiczno-handlowe. Takie same spotkać można było przy pozostałych atrakcjach Golden Circle. Przewodniczka wręcz zachęcała  do korzystania z możliwości zakupu pamiątek i do konsumpcji. W tym celu specjalnie wydłużała przerwy postojowe. No cóż, taki jest biznes turystyczny. Gdyby się zwiedzało indywidualnie, byłoby więcej czasu na atrakcje turystyczne.

Drugi postój wypadł przy Gullfoss, czyli złotym wodospadzie na rzece Hvítá przy drodze nr 35.  Wodospad składa się z dwóch kaskad o wysokości 11 i 21 metrów. Przepływa przez niego 400 metrów sześciennych wody na sekundę. Kapryśna aura nie pozwoliła na długie podziwianie tego cudu natury. Ledwo pstryknąłem kilka zdjęć, a już rozpoczęła się potężna ulewa. Schroniłem się w pobliskim kompleksie handlowo-gastronomicznym. Przy okazji nabyłem do swojej kolekcji otwieracz do butelek z magnesem i jakiś mini kubeczek do postawienia na półkę z pamiątkami z podróży.

W odległości około dziesięciu kilometrów od Gullfoss  w dolinie Haukadalur znajduje się Geysir i Strokkur (gejzery). Ten pierwszy rzadko wybucha, ale za to byłem świadkiem wybuchów tego drugiego w odstępach około dziesięciominutowych. Słupy gorącej wody wylatywały na  kilkanaście metrów w górę. Wokół unosił się zapach siarkowodoru do złudzenia przypominający odór zgniłych jaj. Na całym terenie tuż nad ziemią unosiły się kłęby pary z gorących wód geotermalnych.  Wokół gejzerów ziemia o rudawym odcieniu a w oddali ośnieżone góry. Niesamowite wrażenia.

Następnym i niestety ostatnim godnym uwagi punktem programu wycieczki Złoty Krąg był niewielki wodospad Faxi (inaczej Vatnsleysufoss) na rzece Tungufljót. Podobno występuje tu w dużych ilościach łosoś. Nieopodal znajduje się restauracja Vid Faxa, ale poza sezonem jest nieczynna.

Ostatni postój wypadł w małym miasteczku Hveragerði  (ok. 1800 mieszkańców). Jego jedynym powodem było zrobienie zakupów w markecie sieci Bonus. Osobiście nabyłem tam chleb za 498 koron (prawie 18 zł). To i tak taniej niż w Reykjaviku, gdzie płaciłem 569 koron za pół kilograma ciemnego chleba z ziarnami.

Do stolicy Islandii wróciliśmy kilka minut po osiemnastej. Pogoda wyklarowała się na tyle, że można było bez obawy przemoknięcia pospacerować po mieście. Co prawda rano zwiedziłem już operę Harpa (europejska nagroda dla współczesnej architektury) i obejrzałem z zewnątrz kościół Hallgrímskirkja (drugi pod względem wysokości budynek w Islandii), ale teraz miałem jeszcze ponad 40 minut do odjazdu autobusu, więc znów zagłębiłem się w malownicze uliczki. Na przystanku zauważyłem ogłoszenie o poszukiwaniu zaginionego Polaka. Zaginął on 28 lutego tego roku. W Islandii mieszkał od pięciu lat. Póki co, brak informacji o jego odnalezieniu.

Niedziela od samego rana była mglista i deszczowa. Mimo to zdecydowaliśmy się z Łukaszem pójść na ryby. Przemokliśmy do cna, zanim jeszcze doszliśmy na wybrzeże Atlantyku. Na domiar złego ryby nie brały. Wróciliśmy zatem do koszarowca. Jedyny pożytek z tej eskapady to spalone podczas 13. kilometrowego spaceru kalorie. Po południu pogoda wydatnie się poprawiła. Powtórzyliśmy więc swoją wędrówkę na skalne wybrzeże. Tym razem ryby wprost rzucały się na haczyk Łukaszowej wędki. W przeciągu półtorej godziny złowił on 9 fląder (trzy wyrzucił) i jednego dorsza. Wieczorem oczyściłem i usmażyłem cały ten połów. Nie wyszło mi to zbyt perfekcyjnie, ale świeża ryba zawsze smakuje...

W ostatnim dniu mojego pobytu na Islandii pogoda była iście wiosenna. Na lotnisko udałem się więc piechotą. Na skróty byłoby to jakieś 7 kilometrów. Ponieważ jednak miałem dużo czasu, poszedłem okrężną drogą przez centrum Keflavik. Przy okazji trochę pobłądziłem, więc w sumie przeszedłem 14 km.

Wrażenia? Ogólnie pozytywne, ale z dużą dawką niedosytu. Uświadomiłem sobie bowiem, że zaledwie liznąłem Islandii. By w miarę dokładnie poznać ten wyspiarski kraj, najlepiej przyjechać tu na minimum 10 dni i dysponować środkiem transportu. Wyobrażam sobie, jak pięknie musi być tutaj latem...
Opera Harpa

Reykjavik


Park narodowy  Pingvellir


Gullfoss

Gullfoss

Gullfoss

Geysir

Geysir

Geysir

Geysir

Wodospad Faxi

Restauracja nieopodal Faxi

W drodze

Reykjavik

Wędkowanie w Atlantyku


Troll

Wybrzeże Atlantyku





Połów




Reykjavik z lotu ptaka






Brak komentarzy:

Prześlij komentarz