wtorek, 27 września 2016

Gruzja i Armenia - powrót do Kutaisi



Jezioro Sewan


We wtorek 13 września poszedłem po śniadaniu zrobić zdjęcia  usytuowanej  niedaleko katedry. Po drodze zatrzymałem się na małym ryneczku, gdzie nabyłem kilogram popularnej tutaj przyprawy, czyli swańskiej soli (20 GEL/kg).

Po wykwaterowaniu z hotelu czekaliśmy 25 minut na nowego kierowcę, z którym mieliśmy jechać do Armenii. Na imię miał Koba. Nie był tak sympatyczny jak Zura. Uprzedzę tu nieco wypadki, żeby więcej nie wracać do tego wątku. Otóż Koba, oprócz niezbyt zachęcającej powierzchowności, podpadł niektórym uczestnikom wycieczki dość brawurową jazdą. W pewnym momencie omal nie doprowadził do zderzenia czołowego, wyprzedzając na wąskiej drodze ciężarówkę. Oliwy do ognia dolał jeden z nas (nie będę już wymieniał jego imienia, bo uczestnicy wiedzą o kogo chodzi, a osobom postronnym wiedza ta do niczego nie jest potrzebna), twierdząc, że widział, jak o godzinie drugiej w nocy gospodarz przyprowadził kierowcę, cyt. "sztywnego i pomagał mu się rozbierać". Nic dziwnego, że taka wiadomość wywołała zaniepokojenie wśród wielu z nas (osobiście zachowałem spokój i dystans do całej sprawy). Na pilotkę zaczęto wywierać nacisk, aby sprawdziła stan trzeźwości Koby. Po pewnych perturbacjach udało się nabyć alkomat. Kierowca bez oporu dmuchał w urządzenie (deklarował nawet gotowość  poddania się badaniu krwi). Efekt? Zapalenie się zielonej lampki, czyli stan trzeźwości. Tu trzeba dodać, że pilotka Ania poddawała wcześniej w wątpliwość twierdzenia naszego kolegi odnośnie spożywania alkoholu przez kierowcę. Jakoś jednak nie wszyscy jej wierzyli...
Granicę z Armenią przekroczyliśmy bez problemów. Tutejsze drogi mocno nas jednak rozczarowały. Dziury i wyboje, przynajmniej w pobliżu granicy, były nawet w tunelach. Wolna jazda miała wszakże także plusy - mogliśmy bowiem podziwiać piękne krajobrazy, w tym kanion Debed.
Jako pierwszy zwiedziliśmy zespół klasztorny Hagpat. Pogoda była nieszczególna, a bryła gmachu dość mroczna. Niemniej jednak obiekt jest wpisany na listę UNESCO, podobnie jak Sanahin,  do którego pojechaliśmy nieco później. Po drodze zatrzymaliśmy się w Alawerdi. To przemysłowe miasto  leży nad rzeką Debed. Mieliśmy tutaj przejechać się kolejką linową, ale była nieczynna. Trudno też było znaleźć lokal gastronomiczny, w którym grupa mogłaby w stosunkowo krótkim czasie nieco się posilić.
Nieopodal klasztoru Sanahin spotkaliśmy dwóch młodych bacpackersów z Polski. Zwiedzali Kaukaz korzystając z marszrutek oraz autostopu. Podwieźliśmy ich do Alawerdi. Sam klasztor, podobny do wielu innych, nie wywarł na mnie szczególnego wrażenia. Zapamiętałem jednak pewien nagrobek na pobliskim cmentarzu. Na czołowej ścianie grobowca widniał portret przedstawiający cztery młode osoby (rodzina?). W tle była górska droga i samochód osobowy...
Pod wieczór dotarliśmy do Dilidżanu (po drodze staliśmy w korku spowodowanym osunięciem się skał na jezdnię). Spaliśmy w jednym z miejscowych pensjonatów.
Kolejnego dnia pojechaliśmy najpierw do pobliskiego monasteru  Goszawank (ufundowanego przez Mechitara Gosza, twórcę prawa kanonicznego i cywilnego,  pod koniec XII wieku), po czym znów wróciliśmy do Dilidżan.  Tu pilotka pobrała pieniądze z bankomatu na zapłacenie za kwatery, a my w tym czasie mieliśmy przerwę na kawę i ewentualne zwiedzanie. W miasteczku zwanym przez niektórych  Ormiańską Szwajcarią nie ma zbyt wielu atrakcji. No chyba, że za taką uznamy popiersie Lenina, rzadko dziś spotykane poza krajami dawnego ZSRR...
 

Po niespełna godzinnej jeździe dotarliśmy do Jeziora Sewan, czyli tzw. morza armeńskiego. Jest to jeden z największych na świecie akwenów wodnych ze słodką wodą położony na tej wysokości (1900 m npm.). Zajmuje pięć procent terytorium kraju. Wśród wielu występujących w nim gatunków ryb wyróżnia się pstrąg książęcy.

Świetny widok na jezioro roztacza się ze wzgórza, na którym stoi zbudowany na skale klasztor Sewanawank. W skład kompleksu wchodzą dwie cerkwie pochodzące ponoć z końca IX wieku. Niegdyś była tu wyspa, teraz jest już tylko półwysep. Mimo świetnej pogody woda na tej wysokości jest chłodna i nie zachęca do kąpieli. Zresztą jest już po sezonie.

Dwie godziny później jesteśmy już na cmentarzu pełnym chaczkarów, czyli kamiennych płyt. Umieszczone są one pionowo, a ich centralnym elementem jest krzyż. W Armenii spotkać można je nie tylko na cmentarzach, ale też na rozstajach dróg i na ścianach cerkwi.

Chaczkary
W jednym z gospodarstw zatrzymujemy się na obiad. Wśród serwowanych dań są  gołąbki, gotowany pstrąg książęcy oraz raki. Do tego oczywiście przystawki i napoje. Całość za jedyne cztery tysiące dramów, czyli około 32 złotych.

Raki
Po obiedzie ruszamy w kierunku klasztoru Norawank. W Armenii, jak widać, mamy w programie bardzo dużą ilość obiektów sakralnych. Zanim tam jednak dojedziemy, zatrzymujemy się przy punkcie widokowym, nieopodal dawnego karawanseraju. Kiedyś przebiegał bowiem tędy jedwabny szlak. Przy okazji próbujemy wódkę  z morwy oraz wino z granatów, którymi to trunkami częstują nas przydrożni handlarze.

Norawank
Monastyr Norawank zbudowano w malowniczym kanionie rzeki Amaghu. Pochodzi z początku XIII wieku. W ostatnich latach został odnowiony po zniszczeniach spowodowanych trzęsieniami ziemi.

Nocleg mamy w miejscowości Yegeghnadzor. Większość grupy śpi w domu, w którym spożywamy kolację i śniadanie (gospodynią jest nauczycielka). Ja z żoną oraz jeszcze jedno małżeństwo nocujemy w domu odległym o kilkaset metrów. Gospodarze są mili i uczynni, ale mimo starań nie udaje im się włączyć wody w łazience. Radzimy sobie więc sami, nosząc w wiaderkach wodę z kuchni.

Kolejnego dnia mieliśmy w drodze do Erywania zatrzymać się w winnym regionie Areni. Tak przynajmniej wynikało z programu. Pilotka uznała jednak, że nie zrealizujemy tego punktu. Może obraziła się na nas po incydencie z kierowcą posądzonym o nietrzeźwość? Tego nie wiem, ale widać było, że jest mocno zdystansowana do grupy.

Przejeżdżaliśmy drogą, w pobliżu której spotykają się granice czterech państw: Armenii, Iranu, Turcji i Azerbejdżanu (eksklawa, jeżeli chodzi o to ostatnie). Wkrótce po lewej stronie zobaczyliśmy zarys legendarnego Araratu. Szczytu góry, na której miała ponoć osiąść arka Noego, nie było widać, gdyż zasłaniały go chmury.

Ararat
Na niewielkim wzgórzu oddzielonym od Araratu (obecnie góra znajduje się po tureckiej stronie granicy) rozległą równiną, znajduje się klasztor Chor Wirap (Głęboka Studnia). Historia klasztoru związana jest z legendą o św. Grzegorzu Oświecicielu.

Zwiedzanie Erywania zaczynamy od Instytutu Piśmiennictwa Matenadaran (nie wchodziłem do wnętrza). Następnie w niewielkiej restauracyjce Jazzve zamawiamy obiad. Czekamy na realizację zamówienia około godziny, bo jak się okazuje, na zapleczu jest tylko jeden kucharz. Zupa solianka z grzankami kosztuje 2300 a duży naleśnik z mięsem w środku 2700 dramów.

Tego dnia odwiedzamy jeszcze dwie świątynie: klasztor Geghard i antyczne Garni.  To ostatnie już prawie o zmroku. Na nocleg przybywamy do hotelu Capital (w ciągu całego pobytu w Gruzji i Armenii tylko trzy razy spędzaliśmy noce w hotelach).

Geghard
Garni
Wieczorem w jednym z pokoi organizujemy małą imprezkę z okazji urodzin Ryśka. Nie uczestniczy w niej pilotka i dwie inne osoby.

Erywań
W piątek 16 września zwiedzamy stolicę Armenii. Najpierw spacerujemy po centrum, wspinamy się na okazałe schody przy kaskadach, przechodzimy obok opery i rządowych obiektów, po czym zagłębiamy się w rzędy straganów na targu staroci. Przy okazji fotografujemy rezerwistów dumnie wypinających piersi z orderami. Potem przychodzi czas na muzea. Pierwsze poświęcone jest znanemu reżyserowi Siergiejowi Paradżanowowi. Drugie zaś upamiętnia ludobójstwo Ormian w latach 1915-1917. W wyniku tureckich represji zginęło wtedy około półtora miliona osób. Na terenie Muzeum Cicernakaberd znajduje się niewielki lasek z drzewkami o różnej wysokości. Na przestrzeni kilkunastu ostatnich lat sadzili je światowi przywódcy, którzy odwiedzali to miejsce (Aleksander Kwaśniewski w 2001 roku).

Drzewko Aleksandra Kwaśniewskiego
Z muzeum ludobójstwa pojechaliśmy do Eczmiadzynu. To taki ormiański odpowiednik Watykanu. Znajduje się tu siedziba katolikosa, czyli zwierzchnika kościoła ormiańskiego. W muzeum z relikwiami jest tu podobno fragment arki.

Eczmiadzyn
Po południu wyjechaliśmy w stronę Gruzji. Na granicy musieliśmy wyjąć bagaże z busa i przepuścić je przez skaner. Nie było to zbyt przyjemne, bo zaczął padać deszcz i trzeba było iść przez błoto. Po gruzińskiej stronie przez wiele kilometrów jechaliśmy drogą tak naszpikowaną dziurami, że kierowca musiał nieźle się gimnastykować, żeby nie oberwać zawieszenia.

Wardzia
Na noc zatrzymaliśmy się w kamiennym guesthousie w Tmogvi. Ania po raz kolejny chciała nam wcisnąć Ryśka do pokoju. Moja żona stanowczo się jednak przeciwstawiła. Po kolacji gospodarz zawiózł nas do pobliskich gorących wód siarkowych. W większości skorzystaliśmy z możliwości kąpieli.

Po śniadaniu (w jego skład wchodziła między innymi kasza ze zsiadłym mlekiem) pojechaliśmy do pobliskiej Wardzi. Zwiedziliśmy tu pozostałości skalnego miasta  i ruszyliśmy w drogę do Kutaisi. Zanim jednak dojechaliśmy do miasta, w którym zaczęła się nasza przygoda, odwiedziliśmy jeszcze znane niegdyś uzdrowisko Borjomi. Potem, na postoju przy niewielkim lasku, mieliśmy możliwość zobaczenia całego procesu wypieku chleba w okrągłym piecu tone.

Borjomi
Piec tone
Tuż przed Kutaisi zatrzymaliśmy się, żeby poznać właściciela Barentsa. Roman Stanek przyjechał tu bowiem w charakterze obserwatora wyborów, które mają odbyć się 8 października. Na pierwszy rzut oka miły gość...

Anna Gajda i Roman Stanek
Podczas pożegnalnej kolacji wznieśliśmy wiele toastów. Nie wiem czy wszystkie były szczere, bo na lotnisku zauważyłem, że nie każdy pożegnał się z pilotką. Jeżeli o mnie chodzi, to uważam, iż mimo paru drobnych potknięć, wywiązała się swojej roli w stopniu zadowalającym. Inna sprawa, że jeszcze nie narodził się taki, który by wszystkich zadowolił. Mam nadzieję, że do tej pory wszyscy zapomnieli już o animozjach i skupiają się na wspominaniu wspaniałych widoków, gościnnych gospodarzy i wielu miłych akcentów podczas imprez integracyjnych.
Poprzednie części:
 http://ireneuszgebski.blogspot.com/2016/09/gruzja-kutaisi-i-swanetia.html


 Gruzja - Batumi i Kazbek

Gruzja - Od Ananuri po Tbilisi










Brak komentarzy:

Prześlij komentarz