niedziela, 13 marca 2016

Dwie ukryte tragedie...



Jak już wspominałem prawie dwa miesiące temu, pod redakcją profesora Pawła Soroki przygotowywana jest dokumentalna książka o wydarzeniach sprzed ponad pół wieku: Dwie ukryte tragedie w cieniu atomowej apokalipsy, której jestem współautorem.  Obecnie dobiegają końca prace związane z jej redagowaniem. Poniżej pozwalam sobie zaprezentować fragment wstępu, który napisałem do rozdziału poświęconego tragedii z udziałem czołgu podczas parady w Szczecinie.
Wtorek dziewiątego października 1962 roku w Szczecinie był dniem ciepłym i słonecznym. Do pewnego momentu także radosnym, zwłaszcza dla dzieci, które wyprowadzono ze szkolnych klas i ustawiono w szpalerze wzdłuż centralnych ulic miasta. Miały tam podziwiać potęgę uzbrojenia państw Układu Warszawskiego. Zakończyły się bowiem manewry o kryptonimie "Odra", w których brały udział jednostki radzieckie, polskie oraz enerdowskie, a ich zwieńczeniem miał być uroczysty przejazd przez miasto. Uroczystość zaczęła się na Jasnych Błoniach. Na okolicznościowym wiecu wystąpił między innymi minister obrony narodowej Marian Spychalski, wówczas jeszcze generał (rok później otrzymał tytuł marszałka). Potępił on oczywiście rewanżystów z Niemieckiej Republiki Federalnej i pochwalił towarzyszy broni z Niemieckiej Republiki Demokratycznej. W owym czasie zimna wojna przechodziła swoje apogeum i niewiele brakowało, aby przekształciła się w gorącą (w dalszej części tej książki pisze o tym prof. Paweł Soroka). Na trybunie honorowej znajdowali się też inni przedstawiciele najwyższych władz państwowych, w tym I sekretarz KC PZPR Władysław Gomułka. Obecny był też marszałek ZSRR Andriej Greczko, ówczesny dowódca naczelny Zjednoczonych Sił Zbrojnych Państw Stron Układu Warszawskiego.

Po oficjalnych wystąpieniach rozpoczęła się parada, której zasadniczym celem było pokazanie najnowszego sprzętu będącego na wyposażeniu armii wchodzących w skład Układu Warszawskiego: transporterów opancerzonych, haubic, wyrzutni rakiet i czołgów. Nad Szczecinem przelatywały też wtedy bombowce Ił -28, myśliwce MIG i największe na świecie (w tamtych latach) śmigłowce Mi-6. Pierwsze ruszyły jednostki radzieckie, potem niemieckie, a na końcu polskie. Trasa przejazdu wiodła przez Plac Lenina (później Sprzymierzonych, a obecnie Szarych Szeregów) i Aleję Piastów. Wzdłuż jezdni stały tłumy wiwatujących ludzi, dzieci rzucały kwiaty. Niestety, ani Wojskowa Służba Wewnętrzna ani milicja nie zadbały o prawidłowe zabezpieczenie defilady. Nie było barierek  odgradzających chodniki od ulicy. Ormowcy (ORMO - Ochotnicza Rezerwa Milicji Obywatelskiej) i milicjanci nie byli więc w stanie upilnować ciekawskich, którzy przechodzili pod linami. Pod koniec parady  ciężkie pojazdy miały do dyspozycji już tylko bardzo wąski korytarz między szpalerami wylewających się na jezdnię tłumów. Nieszczęście wisiało w powietrzu...

Czołgi miały jechać z prędkością 20 km/h, ale oficerowie poganiali, wołając przez radio "szybciej, szybciej!". W okolicy skrzyżowania alei Piastów i ulicy Jagiellońskiej, już niedaleko od trybuny, jeden z polskich czołgów wpadł w poślizg na zakręcie. Być może poślizgnął się na torach tramwajowych. Być może - jak twierdzą niektórzy świadkowie - przyhamował, bo jakieś dziecko wybiegło na środek ulicy po kwiatek. Tak czy owak kierowca czołgu T-54a (st. szeregowy Karol Gieliszkiewicz), kolosa ważącego 34 tony, nie zapanował nad nim przy prędkości 25 km/h. W efekcie maszyna należąca do 23. Pułku Czołgów Średnich 5. Dywizji Pancernej ze Słubic wjechała w tłum. Dokładnie w dzieci. Wszystkie były uczniami najmłodszych klas pobliskiej  Szkoły Podstawowej nr 1
(...)

Według oficjalnych danych na miejscu zginęło siedmioro dzieci w wieku 7-12 lat, a kilkadziesiąt osób zostało rannych. Prawdopodobnie ofiar katastrofy było jednak więcej.  Ówczesne władze postarały się, aby do wiadomości publicznej nie przedostało się zbyt wiele szczegółów wypadku. W celu zachowania tajemnicy posunięto się nawet do usuwania fragmentów szpitalnej dokumentacji. Świadkowie byli zobowiązani do milczenia. Zresztą, gdzie mogli opowiedzieć czy opisać te dramatyczne zdarzenia, skoro dostępu do mediów broniła wszechwładna cenzura? Wszak wizerunek wojsk sojuszniczych nie mógł ucierpieć.

Jerzy Vaulin, autor propagandowego dokumentu filmowego "Odra", za który zresztą otrzymał III nagrodę (Brązowy Smok) na Ogólnopolskim Festiwalu Filmów Krótkometrażowych w Krakowie, jasno wypowiedział się w filmie Iwony Bartólewskiej "...i wjechał czołg". Na pytanie czy gdyby jego kamera zarejestrowała śmierć, włączyłby tę scenę do filmu, odpowiedział między innymi:

 Nie zrobiłbym tego, nawet bez cenzora, bo musiałbym dorobić do tego jakąś filozofię. Filozofię tego wypadku, no bo tak to kretyństwo jest. Byłbym imbecylem, który robi to, co mu akurat kamera zarejestrowała.

Nie miał natomiast oporów przed umieszczeniem w końcówce swojego filmu frazy: Więzy braterstwa krwi i niezłomnej przyjaźni zostały jeszcze bardziej utrwalone.

Wojciech Jaruzelski po latach tak wspominał to wydarzenie:

Znajdowałem się  wtedy na trybunie, byłem wiceministrem, szefem GZP. Doszło do tego tragicznego wypadku. On wstrząsnął wszystkimi uczestnikami ćwiczenia. Było to zakłócenie, powiedziałbym, całej jego atmosfery. (...) Cóż, taki był wówczas czas.

"Kurier Szczeciński" w artykule Parada naszej siły, opublikowanym następnego dnia, ani słowem nie zająknął się o katastrofie, podkreślając jedynie, iż:  To, co ujrzeliśmy, utwierdziło nas w przekonaniu, że granice obozu pokoju i granice Polski mają wspaniałych obrońców, dysponujących potężnym, nowoczesnym. sprzętem.
(...)

W niniejszej książce publikujemy zarówno wspomnienia bezpośrednich świadków tragedii, jak też rozmowy z osobami pośrednio z nią związanymi, jak prokurator Tadeusz Wierzchowski czy lekarka Ewa Gruner-Żarnoch.

P.S. Prokurator Śląskiego Okręgu Wojskowego umorzył śledztwo równo pięć miesięcy po tragedii. Powód? Czołg nie wjechał na chodnik, a defilada była odpowiednio zabezpieczona...
Ireneusz Gębski




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz