piątek, 19 lutego 2016

Na marginesie sprawy Bolka



Maria Kiszczak, idąc do IPN z propozycją sprzedaży materiałów o Bolku, przyczyniła się do rozpętania kolejnej ogólnopolskiej dyskusji o agenturalności Lecha Wałęsy. Podejrzewam, że nie była świadoma olbrzymich reperkusji swojego pochopnego kroku. Nie tylko, że nie otrzymała oczekiwanych 90 tysięcy złotych, ale też naraziła się na krytykę i po części na śmieszność. Abstrahując od tego, co zawierały materiały nielegalnie przechowywane w domu przez jej zmarłego niedawno męża, dziwna wydaje się motywacja jej działania. Nie chce mi się wierzyć, że rodzina Kiszczaków cierpi aż tak wielki niedostatek, jak to przedstawia mediom wdowa po generale. Wszak przez dziesiątki lat oboje pracowali, zarabiając zdecydowanie więcej niż większość Polaków. Gdyby jednak jakimś cudem, w ogóle nie myśleli o przyszłości, przepuszczając na bieżąco posiadane środki, to przecież jest jeszcze całkiem ładny i sporo warty domek letniskowy na Mazurach. Na pewno nie byłoby kłopotu ze znalezieniem chętnego na nabycie tej daczy.


Co do samego Bolka, to uważam, że temat powinien być już dawno zamknięty. Niestety, sam zainteresowany tego nie ułatwia, klucząc i zmieniając wersje odnośnie wydarzeń z pierwszej połowy lat siedemdziesiątych. Nie będę tu jednak podążał za stadnym pędem i przyłączał się do zwolenników bądź przeciwników Lecha Wałęsy. Żeby wypowiadać się o czymś z pełnym przekonaniem, trzeba dysponować  konkretną wiedzą. Ja jej nie posiadam.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz