piątek, 31 lipca 2015

XIII Gdańska Pielgrzymka Rowerowa - relacja subiektywna







Stanisław Rynkiewicz

Tegoroczna pielgrzymka rowerowa na Jasną Górę (trzynasta z kolei, a dla mnie druga) nie różniła się zbytnio od zeszłorocznej. Uczestników było co prawda nieco więcej (choć nie tylu, ile się wstępnie zgłosiło), no  i pogoda była mniej upalna. Poza tym dwa noclegi wypadły w innych miejscach niż poprzednio. Nie zmienili się natomiast księża prowadzący pielgrzymkę (ks. Wojciech Lange i ks. Sylwester Malikowski), kierowcy busa technicznego i samochodu ciężarowego: Jerzy Koszałka i Mikołaj (niestety, nie znam nazwiska). Pewnym novum była obecność ratownika medycznego. Z osób duchownych w pielgrzymce uczestniczył jeszcze ksiądz Karol Erdmann (w ub. roku towarzyszyła nam zakonnica). Seniorem pielgrzymki ponownie był Stanisław Rynkiewicz (78 lat), a jej najmłodszy uczestnik skończył 11 lat. Generalnie rzecz biorąc, przeważali pielgrzymi w wieku średnim. Więcej też było mężczyzn niż kobiet.
Etapy Gdańskiej Pielgrzymki Rowerowej



Dzień pierwszy (102 km)



Tradycyjnie już pielgrzymka rozpoczęła się mszą w bazylice św. Brygidy. Po jej zakończeniu zwartą kolumną ruszyliśmy w asyście policji do Rusocina. Tu mała dygresja: podobnie jak w roku ubiegłym, tempo jazdy było zbyt wolne. Nie wiem dlaczego gdańscy policjanci nie chcieli jechać szybciej niż 15 km/h. Ich bydgoscy koledzy, którzy przeprowadzali nas przez stolicę województwa kujawsko-pomorskiego, nie mieli takich oporów.



W Rusocinie podzieliliśmy się na 12 grup. Osobiście wybrałem (podobnie jak w roku ubiegłym) grupę drugą pod kierownictwem Romana Łuczaka. W tym roku był co prawda inny skład osobowy, ale tempo jazdy pozostało takie samo. Krótko mówiąc - stanowiliśmy grupę drugą nie tylko z nazwy, ale też  drugą pod względem prędkości. Wśród nas był jeden trzydziestolatek, trzy (w porywach cztery, bo sytuacja była płynna) panie, jeden pan w okolicach siedemdziesiątki, no i reszta w wieku średnim.



Pierwszy postój mieliśmy w Trąbkach Wielkich. Tu, w Domu Pielgrzyma p.w.  św. Józefa, poczęstowano nas kawą i herbatą. Również tu dopadła nas pierwsza ulewa. Praktycznie do samego Starogardu Gdańskiego pedałowaliśmy w strugach deszczu.  W Centrum Handlowym "Kupiec", podobnie jak w roku ubiegłym, dzięki szerokim kontaktom Romana, miejscowa cukiernia zafundowała nam lody. Kolejny poczęstunek czekał nas wszystkich w Dąbrówce. Była kawa i herbata, kanapki i ciasto.


Fontanna w Skórczu

Na siedemdziesiątym kilometrze, tuż przed Skórczem, złapałem gumę. Przy pomocy kolegów szybko zmieniłem dętkę i pojechałem dalej. Nie był to jednak koniec moich przygód z przednim kołem. Następnego dnia rano stwierdziłem, że znowu mam flaka. Ponownie zmieniłem dętkę, tym razem na starą, którą uprzednio zakleiłem. Po pięćdziesięciu kilometrach sytuacja się powtórzyła. Tym razem tylko dopompowywałem powietrze, gdyż nie miałem już zapasu. Dopiero po przyjeździe na metę drugiego etapu dokładnie obejrzałem oponę. Znalazłem w niej mikroskopijny odłamek szkła. Usunąłem go, jeszcze raz zakleiłem dętkę i od tej pory nie miałem kłopotów z ogumieniem. Nie znaczy to oczywiście, że nie było innych problemów z rowerem, ale o tym w swoim czasie...



 Po postoju w Skórczu, obok fontanny o patriotycznym wystroju, znowu dopadł nas rzęsisty deszcz. Towarzyszył nam praktycznie do końca, czyli do Lipinek, gdzie w miejscowej szkole mieliśmy zaplanowany pierwszy nocleg.



Obiad był skromny: kubek zupy i mała kiełbaska na ciepło. W toaletach brak papieru toaletowego. Aby nie wracać już do tego wątku, zaznaczę, że w  ostatnich dwóch  miejscach noclegowych papieru było pod dostatkiem, a jeżeli chodzi o obiady, to trzy z pięciu były wyśmienite (Ślesin, Turek, Wieluń). Aby być w zgodzie z faktami, dodam jeszcze, iż w Lipinkach otrzymaliśmy dodatkowo smakowite drożdżówki.



W sąsiadującym ze szkołą kościele uczestniczyliśmy  o godzinie 21-ej (tak będzie codziennie podczas kolejnych etapów pielgrzymki) w apelu jasnogórskim. Również w tej świątyni następnego dnia o godzinie siódmej braliśmy udział w mszy świętej. Ten schemat będzie powtarzał się aż do przedostatniego dnia pielgrzymki. Dopiero w Częstochowie nastąpi wyjątek od reguły, gdy msza odbędzie się po południu w kaplicy z obrazem Matki Boskiej Częstochowskiej.



Na nocleg trafiłem do małej salki. To jedyny przypadek podczas całej pielgrzymki, kiedy spałem na materacu gimnastycznym i tylko w towarzystwie trzech osób (jedna z nich, niestety, strasznie chrapała). Następne noce spędzałem w większym gronie, leżąc na własnej karimacie.



Dzień drugi (96 km)



Od rana zimno i deszczowo. Przeciwny wiatr. Pierwszy dłuższy postój w Pruszczu przed Polo Marketem. Niektóre grupy zabłądziły. Czekamy na nie. Bus techniczny przywozi pozostałe ze śniadania kanapki. Pożywiamy się. Kolejny postój wypada na terenie Kujawsko-Pomorskiego Centrum Edukacji Ekologicznej. W ramach poczęstunku dostajemy kawałki arbuza, wodę i ciastka. Przez Bydgoszcz aż do Brzozy Bydgoskiej eskortuje nas policja. Nie jedziemy, jak zwykle gęsiego, lecz całą szerokością pasa. Pogoda poprawia się. Gdy o 16.20 dojeżdżamy do Brzozy, jest już słonecznie i ciepło. Do obiadu w postaci kiełbaski z chlebem otrzymujemy kawałki arbuza i wodę. Posiłek spożywamy przy stołach rozstawionych na trawie. Obok znajduje się urokliwy lasek sosnowy.


Przygotowywanie śniadania

Dzień trzeci (98 km)



Zazwyczaj wstaję podczas pielgrzymki około godziny szóstej, choć niektórzy z braci - jak wzajemnie się nazywamy - potrafią buszować już przed piątą. Dzisiaj wstałem jednak o wpół do szóstej, gdyż moja grupa była wyznaczona do przygotowania śniadania dla pozostałych pielgrzymów. Nie jest to praca zbyt skomplikowana - wystarczy posmarować chleb masłem, pasztetową lub dżemem. Na te pierwsze trzeba jeszcze położyć ser żółty, wędlinę oraz plasterki ogórków i pomidorów. Do tego trzeba przygotować herbatę, no i na końcu wszystko posprzątać.


Kalwaria Pakoska

Dzisiaj jedziemy do Ślesina. Rano jest zimno i wietrznie. Pierwszy postój mamy w Pakościu. Zwiedzamy Kalwarię Pakoską, która jest drugą pod względem wieku Kalwarią w Polsce. Otrzymujemy poczęstunek w postaci kawy lub herbaty oraz ciasta drożdżowego. W południe pod przewodnictwem księdza Karola odmawiamy Anioł Pański.



Na kolejnym postoju w Strzelnie nabywam zapasową dętkę. Mam co prawda jedną klejoną, ale strzeżonego Pan Bóg strzeże. Znowu moczy nas trochę deszcz. Do Ślesina dojeżdżamy jednak przy słonecznej pogodzie. Zwiedzam trochę to sympatyczne miasteczko, w którym uwagę zwraca pomnik uosabiający postać handlarza gęśmi oraz monument z napisem "Wolnej Ojczyźnie". Znajduje się tu także urokliwe jezioro z plażą oraz długim deptakiem.



Dzień czwarty (72 km)



Po serwowanym, dość obfitym śniadaniu, wyruszamy do Lichenia. Ze Ślesina jest to zaledwie 10 km.  Robimy pamiątkowe zdjęcia, a następnie uczestniczymy w mszy. O ogromie i przepychu licheńskiej świątyni nie będę się wypowiadał. Wszak de gustibus non est disputandum...



Przed wyjazdem z Lichenia widzimy ogromną chmurę burzową. Po paru kilometrach zatrzymujemy  się na dziesięć minut. To wystarcza, aby nawałnica minęła nas bokiem. Kiedy później przejeżdżamy przez pełne kałuż tereny, dziękujemy Opatrzności za uchronienie nas przed przemoknięciem.



Odpoczynek przed Biedronką w Kole. Pogoda już się wyklarowała. Na słupie ogłoszeniowym nowości z Przeglądu Kolskiego w rodzaju "Złodziej został zatrzymany".


Od lewej ks. Sylwester Malikowski, Roman Łuczak, Cezary Krasowski

Podczas dalszej jazdy zaczyna brzęczeć mój tylny błotnik. Niedawno był naprawiany (pozdrowienia dla serwisu przy Klonowej we Wrzeszczu). Prowizorycznie mocuję go drutem i jadę dalej.



W Brudzewie, jak zawsze, czeka na nas wójt Cezary Krasowski oraz tradycyjny poczęstunek w postaci kawy lub herbaty i ciasta drożdżowego. Wójt zobligował nas przy okazji do posadzenia w przyszłym roku pamiątkowego dębu w tutejszym parku.



Na nocleg docieramy do miasta Turek. W gimnazjum nr 1 otrzymujemy pyszny obiad (krupnik oraz schabowy z ziemniakami). Minusem jest tutaj brak pryszniców oraz zbyt mała stołówka. Na szczęście pogoda znacznie się poprawiła.



Podczas zwiedzania miasta natrafiam na pomnik znanego artysty Józefa Mehoffera, Honorowego Obywatela Turku. Honorowe obywatelstwo  tego miasta przyznano także Janowi Pawłowi II, którego posąg stoi przed kościołem p.w. św. Barbary (w jego wnętrzu uczestniczyliśmy w apelu jasnogórskim i w porannej mszy).



Dzień piąty (117 km)



Dzisiaj najdłuższy etap. Według organizatorów miał liczyć 108 kilometrów, jednak w praktyce wyszło nieco więcej. Problemem nie były jednak kilometry, lecz wiejący w twarz wiatr. Dla osób o słabszej kondycji lub borykających się z kontuzjami to nie lada problem. Nic dziwnego więc, że na przyczepce busa technicznego jechało dziś pięć rowerów, a ich właściciele siedzieli na wygodnych siedzeniach wewnątrz auta.



Na postoju w Goszczanowie po raz kolejny spotkaliśmy się z bezinteresowną życzliwością. Rolnicy sprzedający na ulicy warzywa podarowali nam kilka skrzynek pomidorów. Również tutejsza piekarnia należąca do rodziny Warszewskich (oczywiście, znajomych Romana) sprezentowała nam kilka bochnów chleba.



Kolejnego przejawu gościnności doświadczyliśmy w Złoczewie. W tutejszym klasztorze mniszek kamedułek mieliśmy możliwość posilenia się, napicia kawy lub herbaty, skosztowania ogórków małosolnych, no i skorzystania z toalety, co dla pielgrzymów jest równie niezbędne jak posiłek.



Przed końcem piątego etapu rower spłatał mi kolejnego figla. Tym razem złamała się stopka.



W Wieluniu warunki noclegowe idealne. W toaletach nie brakuje papieru, w salach sypialnych nie ma tłoku, a catering z firmy Werona przywozi obfity i smaczny obiad. Nieco gorzej jest ze śniadaniem, kiedy to wspomniana firma dostarcza tylko po trzy kanapki na osobę. Wywołuje to później trochę niesnasek, gdyż nie wszyscy pielgrzymi wiedzieli, albo precyzyjnie rzecz ujmując - chcieli wiedzieć o tym ograniczeniu. Na szczęście z poprzedniego dnia została jeszcze zupa pomidorowa z makaronem oraz wspomniane już pomidory i chleb od darczyńców.



Dzień szósty (70km)



Ostatni odcinek pielgrzymki. Kolarze mówią zwykle w takich przypadkach o "etapie przyjaźni". U nas nie było co prawda rywalizacji o miejsca, ale wszyscy razem cieszyliśmy się z dotarcia na Jasną Górę. Ten etap nie był specjalnie długi, ale kilka wzniesień i przeciwny wiatr nieźle dawały w kość. Osobiście nie odczuwałem tego zbyt mocno, gdyż miałem za sobą wiele kilometrów treningu po morenowych wzgórzach Trójmiasta, ale widziałem, że niektórym pielgrzymom dotarcie do bramy klasztoru Paulinów sprawiało wiele trudności. Tym bardziej mogą oni być dumni z siebie, że pokonali wszelkie słabości i osiągnęli zamierzony cel.



Po drodze, jeszcze przed oficjalnym postojem w Działoszynie, zatrzymaliśmy się przed lokalnym sklepem. Władysław, jeden z członków naszej grupy został właśnie dziadkiem. Z tej okazji zafundował nam lody.  A propos lodów, to kilka dni wcześniej postawiła nam je ówczesna solenizantka Anna.



Za Działoszynem, jadąc w stronę Kamyka, mijaliśmy wiele pielgrzymek pieszych, zmierzających do Częstochowy. Od jednej z nich (XI Diecezjalnej Pielgrzymki Bydgoskiej) otrzymaliśmy odblaskowe opaski.



Około trzynastej dotarliśmy na wzgórze klasztorne. Tu nastąpiło przywitanie przez jednego z braci paulinów, poświęcenie pielgrzymów i ich rowerów oraz wykonanie pamiątkowych zdjęć. W zasadzie to już koniec rowerowej pielgrzymki. Teraz pozostał czas na indywidualne spotkania z wizerunkiem Matki Bożej, modlitwy w różnych intencjach, udział w mszy oraz wieczornym apelu jasnogórskim.



Trochę czasu zajęło pakowanie rowerów oraz bagaży, następnie toaleta oraz posiłek. Z tym ostatnim miałem pewien problem. W Domu Pielgrzyma znajduje się duży bar. Stanąłem w równie dużej kolejce. Wybrałem interesujące mnie danie i podążyłem do kasy. Tutaj, niestety, okazało się, że pani kasjerka nie może mi wydać reszty ze stu złotych. Nie było też możliwości zapłacenia kartą. Musiałem więc obyć się smakiem i udać się w zupełnie inne miejsce, gdzie nie było kłopotów z płatnością.



Droga powrotna rozpoczęła się o 22.30. Prawie cały czas spałem w autokarze. W Gdańsku byliśmy już o 5.30. Tym razem punktualnie zjawiła się też  ciężarówka z naszymi rowerami. Już w drodze do domu urwał się pedał w moim rowerze

Zdjęcia

Relacja z 2014 r.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz