wtorek, 20 maja 2014

Na dywaniku u szefa



Większość z nas miała, ma lub będzie miała szefa. Pozostali są szefami dla siebie lub innych. Szefowie mają to do siebie, że lubią wzywać podwładnych na dywanik. Takie ich prawo i nie podlega to żadnej dyskusji, wszak ktoś musi dyscyplinować załogę. Piszę "dyscyplinować", gdyż głównie w tym celu pracownicy są zapraszani  do szefowskich gabinetów. Niezwykle rzadko zdarza się przecież, aby za dyrektorskimi czy prezesowskimi drzwiami czekały na nas pochwały i awanse. Znacznie częściej jest natomiast rozliczanie za mniejsze lub większe uchybienia, brak efektów czy też - w skrajnych przypadkach - wyrzucanie z pracy.



Jak już wyżej nadmieniłem - wezwanie na przysłowiowy dywanik jest czymś jak najbardziej naturalnym i może zdarzyć się każdemu. Jednakże wezwanie wezwaniu nierówne. Pół biedy, jeżeli otrzymamy telefon od sekretarki z poleceniem stawienia się na określoną godzinę w gabinecie szefa i nie koliduje to z naszymi planami. Ostatecznie w godzinach pracy powinniśmy być cały czas dyspozycyjni. Co jednak sądzić o przypadku, gdy szef wzywa nas na godziną ósmą rano w dniu wolnym od pracy? Mało tego, sam spóźnia się o pięćdziesiąt minut i ani słowem nie przeprosi. Jeżeli to ma być metoda na "skruszenie" pracownika, to obawiam się, że nie przyniesie pozytywnych efektów. Pracownik nie skupi się bowiem na meritum sprawy, gdy jego myśli zaprzątać będzie arogancja przełożonego.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz