środa, 18 września 2013

Bez cenzury, ale z brakiem dostępu



Jak zapewne wiadomo każdemu, kto był dorosłym człowiekiem przed 1989 r. i sporej liczbie tych, którzy osiągnęli pełnoletniość  później, ale uczyli się historii – w czasach PRL obowiązywała cenzura. Bez parafki urzędnika  Głównego Urzędu Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk, podlegającego centrali przy ul. Mysiej w Warszawie, w druku nie mogło ukazać się legalnie żadne słowo. Jeżeli jednak chodzi o prasę, to wychodziło wtedy znacznie więcej dzienników i czasopism, które otwarte były na czytelnika i jego potrzeby. Niemal każda redakcja udostępniała swoje łamy dla czytelników i korespondentów. Mało tego – autorzy korespondencji otrzymywali wynagrodzenie. Może nie były to honoraria porównywalne do tych, jakie dostają gwiazdy dziennikarstwa, ale dla wielu aktywnych i mających coś do powiedzenia osób, stanowiły całkiem pokaźny zastrzyk finansowy.

Co zostało z tego dzisiaj? Niektóre z dawnych tytułów prasowych nadal istnieją na rynku, ale już pod szyldem innych właścicieli. Ci zaś nastawieni są nie tyle na czytelników, co na reklamodawców. Można więc zapomnieć o publikowaniu swoich tekstów, jeśli nie jest się etatowym dziennikarzem czy osobą o bardzo znanym nazwisku, no w ostateczności jakimś celebrytą. Ba, nie chodzi nawet o materiały zewnętrzne. Redakcje bronią się także przed pisaniem i zamieszczaniem recenzji książek, których autorzy mieszkają i funkcjonują na danym terenie, ale nie są na topie.

Żeby nie być gołosłownym, podeprę się przykładem „Dziennika Bałtyckiego”. Niegdyś na jego łamach ukazywały się moje opowiadania i aforyzmy. Jeszcze przed czterema laty red. Dariusz Szreter napisał i opublikował recenzję mojej książki „Spowiedź bezrobotnego”. Jednak dwa lata później nie chciał już podjąć się zrecenzowania mojej następnej książki. Jako przyczynę odmowy podawał brak czasu. Ok., to zrozumiałe – jako szef Rejsów ma mnóstwo roboty. Dlaczego jednak nie ukazała się recenzja pani Mizery-Nowickiej, której red. Szreter zlecił to zadanie? Z tego co wiem, napisała ją.

Jedźmy dalej. Na początku lipca tego roku wysłałem egzemplarze kolejnej powieści „Moja żmija” do kilku redakcji.  Przeczekałem okres wakacyjny, bo wiadomo – urlopy i td. I co się okazało? Pojawiły się recenzje na portalach internetowych, ale nie w prasie drukowanej i kolportowanej na Wybrzeżu. Przypomniałem się więc niedawno działom kultury „Dziennika Bałtyckiego i „Gazety Wyborczej”. Z tej ostatniej nikt nie raczył mi nawet odpisać, natomiast redaktor Jarosław Zalesiński z „Dz.B” napisał bez owijania w bawełnę:

Szanowny Panie, bardzo przepraszam za brak odpowiedzi, ale zawsze było coś pilniejszego. Niestety, nie mam dla Pana dobrych wieści: o książkach piszemy sporadycznie, na omówienie Pańskiej powieści nie uda nam się wygospodarować miejsca. Życzę oczywiście jakichś omówień w innych pismach.

Nie pomylę się chyba zanadto, gdy stwierdzę, że o ile w czasach PRL cenzura prewencyjna działała ze względów ideologicznych, o tyle teraz w wydawnictwach prasowych funkcjonuje knebel ekonomiczny. Zasada jest prosta: jeżeli z czegoś nie da się wycisnąć kasy, to nie warto o tym mówić. Każdy kij ma jednak dwa końce. Brak otwarcia na zwykłych czytelników to prosta droga do ich utraty. Jeszcze nie tak dawno wychodziły w Gdańsku, oprócz „Dziennika Bałtyckiego,” „Głos Wybrzeża i „Wieczór Wybrzeża”. Pozostała po nich tylko pamięć coraz mniej licznego grona czytelników…
Powyższy tekst zamieściłem także na portalu Wiadomości24

3 komentarze:

  1. coraz bardziej nowoczesne i postępowe polskie spoleczenstwo nie potrzebuje już czytac książek(nie wspominając o recenzjach).Nowoczesni Europejscy Polacy-maja Onet,TVN,Radio Zet i to w zupelnosci wystarcza,po co myslec...
    a.kasprzak

    OdpowiedzUsuń
  2. Skoro o tym mowa, to trzeba pamiętać też o drugim biegunie, czyli o zwolennikach mediów - nazwijmy je umownie: toruńskich:)

    OdpowiedzUsuń
  3. ale ja nie oczekiwalbym od Ciemnogrodu czytania książek,skoro slucha Radio Maryja i oglada TV Trwam
    a.kasprzak

    OdpowiedzUsuń