poniedziałek, 31 grudnia 2012

Mecenas wrobiony w błędy



Ze znacznym opóźnieniem (sześć lat po wydaniu) przeczytałem  książkę  Aleksandra Pocieja  „Ręce na biurku”. Pozycja ta zapewne nie trafiałaby nigdy w moje ręce, gdyby nie niebagatelna przecena. Tuż przed Bożym Narodzeniem zapłaciłem za nią jedynie 3,50 zł. A trzeba zaznaczyć, że tom ten wydany jest okazale: sztywna okładka, porządny papier, no i wstęp pióra Tomasza Lisa.  Sam autor też jest nie byle kim, bo znanym adwokatem i popularnym felietonistą, nie licząc innych płaszczyzn jego życiowej aktywności. Dlaczego więc zdecydowałem przyczepić się do jego książki?
Otóż na pewno nie chodzi o treści merytoryczne. Wszystkie felietony pana Pocieja uważam za bardzo interesujące, a jego samego za człowieka potrafiącego błyskotliwie przelać na papier swoje niebanalne myśli i spostrzeżenia. Poważne zastrzeżenia mam natomiast do wydawcy, czyli Polskiego Instytutu Wydawniczego (nie mylić z zasłużoną oficyną o nazwie Państwowy Instytut Wydawniczy). Chodzi mi o korektę, a w zasadzie jej brak. Jak można bowiem wypuścić do druku takie kwiatki, jak:
Str. 183 – „Placu Piłsudzkiego”,
Str. 86 – „Cimoszemicza”,
Str. 167 – „Ziorbo”,
Jak widać, nie są to literówki w potocznych słowach, lecz błędy w nazwiskach znanych skądinąd postaci życia politycznego. A przecież nie od dziś znane jest powiedzenie: „Niech mówią co chcą, byle nazwiska nie przekręcali”.
A tak na marginesie, to widziałem wczoraj Aleksandra Pocieja w porannym programie TVN. Pytany o wybór drogi zawodowej, odpowiedział krótko (streszczam): „Rodzice byli świetnymi adwokatami, więc nie miałem wyboru i też zostałem adwokatem”.
Oby każdy miał taki wybór...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz