poniedziałek, 8 października 2012

Słowacki weekend

Msza nad Dunajcem
 Przez ostatni weekend w sanatorium nie było łączności z Internetem. Dlatego też dzisiaj zamieszczam zaległe zapiski.


Z górki jakoś szło:)
 Ponownie pojechałem rowerem do Leśnicy. Tym razem była to jednak super lajtowa przejażdżka, gdyż  towarzyszyła mi żona, a ona – niestety – nie ma zwyczaju  mocno naciskać na pedały.  Rozszerzył się też trochę asortyment  artykułów, jakie nabyliśmy w słowackim sklepie. Do mojego Zlatego Bażanta dołączył bowiem oscypek,  nazywany tutaj „ostiepok”.
Po południu, korzystając z ostatniego prawdopodobnie upalnego dnia w tym roku, wybrałem się  na pieszy spacer do Krościenka, około sześciu kilometrów w jedną stronę.  Od wysepki (Skała Kotuńka) z sylwetką górala witającego gości trasa wiedzie wygodnym chodnikiem, tylko gdzieniegdzie znaczonym śladami zostawionymi przez owce, wzdłuż doliny Dunajca. W Krościenku, po przejściu przez masywny most, zwiedziłem najpierw rynek i kościół pw. Wszystkich Świętych z XIV wieku. Następnie doszedłem do nowego kościoła. Kończyła się tu właśnie ceremonia ślubna jakiejś pary. Na zewnątrz na nowożeńców, orkiestrę i świadków czekały dorożki. Poczekałem więc i ja, żeby zobaczyć, jak na góralskich weselach wyglądają tzw. bramy.

Para młoda przed "bramą"

Wesele w Krościenku

Na krótkiej trasie z kościoła do remizy strażackiej (młodzi pojechali najpierw, zgodnie z tutejszą tradycją na rynek) było ich przynajmniej cztery. Najbardziej podobała mi się ta złożona z dwóch samochodów firmy ochroniarskiej, które połączono plecionym z iglastych gałązek łańcuchem. Przed nim stało dwóch górali w serdakach i kapeluszach z kostkami. Jeden z nich grał na akordeonie, a drugi śpiewał.  Za „muzyczne” życzenia dostali 4 butelki wódki. Z kolei dzieci, które oprócz życzeń, popisywały się akrobatycznymi figurami, otrzymały solidny karton z różnymi ciastami. Były jeszcze rowery, jakiś gość na motocyklu krosowym, a także pojedynczy pijaczek z wiechciem kwiatów.

Jaskinia Bielańska

Nad Szczyrbskim Jeziorem
Wieczorem dałem się namówić na spotkanie reklamowe firmy „Złote Runo”. Pościel wełnianą sam sprzedawałem przed dwudziestu laty, więc byłem ciekaw, jak to teraz wygląda. Otóż przede wszystkim spotkanie było znacznie krótsze, a sama pościel dużo tańsza niż kiedyś. Zestaw pościeli można było nabyć za 990 zł, a do tego dochodził w prezencie koc. Jeżeli zaś ktoś zdecydowałby się na zakup kompletu z wełny wielbłądziej za 1990 zł, to otrzymałby dodatkowo zestaw z wełny owczej. Ot, same stare chwyty marketingowe. Co do upominków, to kiedyś uczestnicy pokazu otrzymywali po paczce kawy, dzisiaj natomiast przedstawiciel w/w firmy rozdawał zwykłe długopisy. Zainteresowanie kuracjuszy było zresztą marne, gdyż na pokaz przyszło tylko 14 osób.
W niedziele wycieczka na Słowację. W programie Jaskinia Bielańska, Jezioro Szczyrbskie oraz Kiezmark. Pogoda wyraźnie jesienna, ale nie pada zbyt mocno, gdy wyjeżdżamy ze Szczawnicy. Niestety, chmury zasłaniają większość pienińskich i tatrzańskich szczytów. Przewodnik Bogdan Siedlarczyk stara się zrekompensować nam kiepskie widoki mnóstwem informacji o mijanych terenach. Widać, że jest dobrze przygotowany, tak z geografii, jak i z historii regionu.
 Wstęp do Jaskini Bielańskiej kosztuje 7 euro, natomiast o 3 euro więcej trzeba zapłacić za pozwolenie na robienie zdjęć. Osobiście wydaje mi się, że to gruba przesada. Pewnie nie tylko mnie, bo z około stuosobowej grupy takie pozwolenie wykupiło tylko trzy czy cztery osoby. Zanim jednak dojdzie się z parkingu do kasy trzeba przez 20 minut wspinać się stromą ścieżką. Wejście do jaskini znajduje się 890 m n.p.m. (szczyt Kobyli Wierch, w którego zboczu znajduje się jaskinia ma 1109 m n.p.m.). Zwiedzanie jaskini odbywa się ze słowackim przewodnikiem. Dla turystów z Polski informacje są puszczane z taśmy. Trasa zwiedzania poszczególnych korytarzy i komór (obliczona na ok. 70 minut) ciągnie się ostrymi zakosami w górę. Czasami idzie się betonowym chodnikiem, ale znacznie częściej trzeba wspinać się po schodach. Na szczęście w drodze powrotnej schodzi się już tylko w dół. Nie liczyłem, ale przewodnik wspomniał, że pokonuje się 860 stopni. Temperatura wewnątrz wynosi ok. 5 stopni C, a ze ścian jaskini sączy się woda, co w takich miejscach nie jest niczym dziwnym. Jaskinia ta jest  jedną z nielicznych udostępnionych turystom, a zarazem najpiękniejszych w Słowacji.
Szczyrbskie Jezioro to coś w rodzaju naszego Morskiego Oka, tylko mniejsze. Niestety, nie mogliśmy w pełni obejrzeć jego uroków, gdyż chmury zeszły bardzo nisko, a siąpiący z początku kapuśniaczek szybko zmienił się w regularny deszcz. Mimo to obeszliśmy wkoło to leżące na wysokości 1350 metrów n.p.m. jezioro w Tatrach Wysokich. W sąsiedztwie zauważyłem sztucznie zbudowaną skocznię narciarską oraz doskonale wkomponowany architektonicznie w krajobraz hotel Patria.

Jezioro Szczyrbskie

W Kiezmarku

Również w Kiezmarku towarzyszył nam deszcz. Na domiar złego wejście na dziedziniec tutejszego zamku było zamknięte, więc mogliśmy tylko pospacerować wokół niego. W otaczającym zamek parku stoi na kamiennym postumencie czołg T 34 z wymalowaną białą farbą nazwą „Janosik”. Rynek Kiezmarku, a praktycznie deptak, był niemal całkowicie pusty. Może to wina pogody, a może po prostu Słowacy wolą siedzieć w niedzielne popołudnia w domach. Jeśli chodzi o turystów, to raczej trudno ich spotkać, gdyż jest już praktycznie po sezonie.
Starówka w Kiezmarku
Nie wiem ile jest w Kiezmarku kościołów, ale tylko w okolicy rynku naliczyłem ich aż pięć, w tym dwa protestanckie, dwa katolickie oraz jeden należący do Adwentystów Dnia Siódmego. Ten ostatni sąsiaduje zresztą bezpośrednio z kościołem Paulinów (ładny ołtarz).
Wieczorem planowane było ognisko. Deszcz pokrzyżował te plany, ale nie do końca. Występ góralskich muzykantów odbył się bowiem w świetlicy, która znajduje się akurat na naszym piętrze (drugie). Tak więc mogliśmy posłuchać miejscowych (i nie tylko) melodii bez wychodzenia z pokoju.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz