Wycieczka „Singapur i Wyspy Indonezji” w największym skrócie to: siedem noclegów w sześciu hotelach (w tym jednym w Warszawie), pięć lotów (4 Qatar Airways i 1 Air Scoot) trwających łącznie ponad 30 godzin, cztery odwiedzone lotniska i dwie przeprawy promowe.
Z Gdańska wyjechaliśmy czternastego stycznia przed północą. W Warszawie byliśmy o godz. 2.30, a pół godziny później na Okęciu. O szóstej rozpoczęła się odprawa na pierwszy z naszych lotów – do Dohy. Planowy start lotu QR 264 wyznaczony był na godzinę 9.00. Boarding był jednak ciągle przekładany na kolejne terminy. Potem zaś co pół godziny pojawiały się lakoniczne komunikaty informujące o kolejnej godzinie przekazania informacji. Po ponad trzech godzinach wydano nam kanapki i wodę. Ostatecznie lot odwołano około czternastej z powodu usterki technicznej samolotu. Odebraliśmy z taśmy nasze bagaże i udaliśmy się do stanowiska Qatar Airways. Tu wydano nam vouchery do hotelu Sound Garden. Pojechaliśmy tam taksówką, za którą zapłaciliśmy 45 zł, bo taksówkarka niby przypadkiem pojechała okrężną drogą (następnego dnia za kurs na tej samej trasie płaciliśmy tylko 14.80 zł). Pokoik w hotelu był mikroskopijny, ale na jedną noc nadawał się. Kolacja była w formie bufetu, a na śniadanie przygotowano nam suchy prowiant, gdyż już o czwartej ponownie wyjeżdżaliśmy na lotnisko. Z otrzymanych esemesem informacji wynikało bowiem, że tym razem lot do Dohy będzie o 7.00.
Piątek,16 stycznia
Do szerokokadłubowego Airbusa A330 weszliśmy o czasie, ale wystartowaliśmy dopiero o 8.25. W ramach kateringu podano kurczaka z ryżem i warzywami, kuskus, deser, bułkę, wodę i napoje. Potem było jeszcze ciasteczko, batonik kitkat i znów napoje. Mieliśmy też do dyspozycji koc, poduszkę, słuchawki, a ponadto zestaw osobisty w postaci szczoteczki i pasty do zębów, skarpetek, zatyczek do uszu i opasek na oczy.
Na ogromnym lotnisku w Dosze wylądowaliśmy o 15.15. Do następnego lotu mieliśmy ponad cztery godziny czasu. Nie było jednak czasu na nudę, bo przede wszystkim musieliśmy zaktualizować deklaracje wjazdowe do Singapuru, gdyż te przygotowane wcześniej straciły ważność. Wi-Fi działało szybko, więc nie było z tym problemu. Poza tym pochodziliśmy po sklepach i odwiedziliśmy tropikalny ogród The Orchard.
Następny lot odbyliśmy jeszcze większym Airbusem A350-1000. Tu po raz pierwszy zetknąłem się z działającym w trybie samolotowym Wi-Fi . Dzięki technologii Starlink zapewnia je sieć Oryx Comms. Rzecz jasna, nieodpłatnie. Tym razem serwowano dwa ciepłe posiłki i różnorodne napoje
Sobota 17. Stycznia
O 8.30 lądujemy w Singapurze (w Polsce jest 1.30). Odprawa paszportowa przebiega gładko. Poznajemy resztę naszej dwudziestoosobowej grupy. Pilot Rafał Kramer przedstawia nam miejscową przewodniczkę Lenę. Wsiadamy do autokaru i jedziemy zwiedzać Singapur (Miasto Lwa). Zaczynamy od najbardziej znanego symbolu tego miasta-państwa, czyli Merliona. Biały ośmiometrowy posąg z głową lwa i rybim ogonem stoi w Merlion Park, tuż przy Zatoce Marina Bay. Z ust lwa wypływa fontanna wody. Temperatura przekracza 30 stopni C, a uczucie gorąca wzmaga wysoka wilgotność powietrza. Nieco przewiewu jest tylko w pasażu przy sklepie sieci 7-Eleven. Wokół kłębią się setki turystów. Każdy szuka dogodnego miejsca do zrobienia zdjęć. A jest co fotografować! To nic, że posąg Merliona, okoliczne drapacze chmur czy słynny hotel Marina Bay Sands były już obfotografowane miliony razy. Ambicją niemal każdego turysty jest bowiem zrobienie własnych zdjęć. Coś o tym wiem…
Znad Marina Bay przejeżdżamy do Galerii Miejskiej Singapuru. Znajdują się tutaj m.in. makiety miasta, w tym uwzględniające przyszłe wysokościowce. Widać rozmach! Spacerujemy następnie po Chinatown, gdzie pełno jest sklepików i jadłodajni. Ale nie tylko, bo znajduje się tu też okazała Świątynia Relikwii Zęba Buddy. Obiekt stosunkowo nowy, bo ukończony w 2007 roku, a samą relikwię sprowadzono z Birmy. Wewnątrz obejrzeć można wiele kolorowych posągów i figur bóstw buddyjskich.
O 13.30 idziemy na lunch do Barbeque I'm Kim. W bufecie są do dyspozycji gotowe potrawy oraz surowe skrawki mięsa. Te można samodzielnie grillować na wmontowanych w stoliki mini grillach. Można sobie też przyrządzić lody o dowolnym smaku na bazie pokruszonego lodu i płynnych dodatków. Jemy oczywiście do woli, a cena za lunch wynosi 18,9 (dla dorosłych) lub 15,9 (dla seniorów i studentów) dolarów singapurskich.
Po lunchu odwiedzamy dzielnicę indyjską (Little India). Natrafiamy tu na ostatni dzień obchodów tamilskiego święta plonów Pongal 2026. Jest to także forma wyrażania wdzięczności Bogu Słońca. Dzielnica i tak kolorowa, jest dodatkowo iluminowana. Trwają warsztaty, pokazy kulinarne i występy kulturalne. Przy Clive Street można nawet zobaczyć żywe krowy. Wyobrażacie sobie to w centrum miasta? W dodatku w mieście tak obsesyjnie dbającym o czystość jak Singapur?
Po tych atrakcjach jedziemy zakwaterować się do hotelu YWCA Fort Canning. Położony jest on naprzeciwko Fort Canning Park, w samym sercu miasta. Z naszego pokoju na dwunastym piętrze widać m.in. wieżowce, jakiś kościół i gmach Singapurskiego Czerwonego Krzyża. Wszędzie widać mnóstwo zieleni. Zresztą nie tylko tutaj, bo cały Singapur jest bardzo zielony. Zapewne znaczenie dla bujności zieleni ma też trwająca właśnie pora deszczowa. Właśnie tuż przed wyjściem na kolację mieliśmy okazję zobaczyć pierwszą ulewę: krótką lecz niezwykle gwałtowną.
Do centrum handlowego, w którym mieści się restauracja Suki-Ya, pojechaliśmy busem. Tu także, podobnie jak w poprzednim lokalu, oferowane są dania typu „wszystko, co możesz zjeść”. Z tą różnicą, że surowe płaty mięsa umieszcza się w stojącym na stoliku garnku z gotującym się bulionem. Co do lodów, to są gotowe. A swoją drogą po raz pierwszy jadłem je z dodatkiem duriana.
Wieczorem ponownie udajemy się nad Marina Bay, a dokładniej do Marina Gardens, gdzie o dziewiętnastej oglądamy barwny spektakl typu światło i dźwięk. Supertree Grove (18 konstrukcji przypominających drzewa) wygląda bajecznie w zmieniających się w rytm muzyki animacjach świetlnych. Pokaz trwa 15 minut, ale to nie koniec atrakcji na dzisiejszy wieczór. Przed nami jeszcze pokaz fontann i świateł o nazwie Spectra. Odbywa się on na wodzie, tuż przed hotelowym kompleksem Marina Bay Sand (ten z imitacją statku na dachu – jakby ktoś nie wiedział). Aby tam dojść, przechodzimy przez jego środek. Przy okazji dowiadujemy się, że do już stojących trzech wież dobudowywana będzie czwarta. Spektakl łączący efekty świetlne, laserowe i wodne rozpoczyna się o godz. 21. Widziałem już parę tzw. grających fontann (w Pradze, Barcelonie i Dubaju), ale tutejsze dynamiczne widowisko było chyba najlepsze.
Niedziela, 18 stycznia
Po skromnym kontynentalnym śniadaniu opuszczamy hotel i jedziemy na lotnisko Jewel Changi. Do odlotu samolotu mamy sporo czasu, więc po odprawie biletowej zwiedzamy ten nietuzinkowy port lotniczy. Jedną z jego głównych atrakcji, przyciągającą nie tylko pasażerów, jest najwyższy na świecie kryty wodospad. Jewel Rain Vortex ma 40 metrów wysokości. Otwarto go w 2019 roku. Wodospad został zaprojektowany nie tylko jako atrakcja widokowa, ale też do zbierania wody deszczowej. Otacza go bujna tropikalna roślinność.
Na Bali lecimy Air Scoot. Jest to linia typu low cost, a więc nie ma co liczyć na darmowy posiłek czy napój. Lot trwał tylko dwie i pół godziny, ale zdążyły go urozmaicić turbulencje. Na lotnisku w Denpasar jest automatyczna odprawa paszportowa, więc szybko przeszliśmy po odbiór bagaży. Pod drodze zdążyłem jeszcze sfotografować dużą rzeźbę „Drzewa Życia” (Tree of Life), wykonaną z bambusa i rattanu. Ciekawe procedury przeszedłem w sklepie wolnocłowym. Przy zakupie rumu (1 l – 375 tyś. INR) musiałem pokazać nie tylko paszport i kartę pokładową, ale też kilka razy zrobić odcisk palca. A tak przy okazji ciekawostka: Bali jest ostatnią wyspą azjatycką przed Australią i Oceanią. Jadąc do hotelu zwróciłem uwagę na dużą ilość skuterów, których w Singapurze prawie nie było widać. Na zewnątrz było zielono i pochmurnie, a po paru kilometrach jazdy zaczęło ostro padać.
Po drodze wymieniłem 50 Euro na miejscowe rupie, których otrzymałem aż 953 750. W lokalnym sklepie nabyłem piwo Bintang. Do Hotelu Ubud Wana Resort dojechaliśmy wieczorem. Jest on położony z dla od miejskiego zgiełku, na skraju Monkey Forest (małpiego lasu), z którego makaki zaglądają także na hotelowe obiekty.
Poniedziałek 19 stycznia
Rano pogodnie. Po śniadaniu wyruszamy do jednej najpiękniejszych świątyń balijskich Tanah Lot. Zbudowano ją na skale znajdującej się w wodach Oceanu Indyjskiego. Mogliśmy ją obejrzeć tylko z zewnątrz. Jednak wiele towarzyszących obiektów znajduje się na stałym lądzie. Przede wszystkim są to małe świątynie i figurki bóstw, ale nie brak także sklepów i straganów z pamiątkami (za 5 magnesów zapłaciłem 80 000 INR, czyli około 17 zł).
Przed południem zajechaliśmy do fabryki czekolady Junglebold. Obejrzeliśmy pobieżnie proces produkcji, a następnie – jak zawsze w takich wypadkach – zaprowadzono nas do sklepu, gdzie najpierw degustowaliśmy różne gatunki czekolady, a potem mogliśmy ją kupić. A gdyby komuś było mało czekolady, to następnym punktem programu była farma kawy Tegal Sari Luwak. Ziarna tej kawy pozyskiwane są z odchodów łaskuna palmowego. Ten zwierzak zjada owoce kawowca, ale nie trawi nasion, tylko sam miąższ, więc ziarna kawy przechodzą przez jego przewód pokarmowy nienaruszone. Dzięki temu kawa ma mniej goryczy i nabiera łagodnego smaku. Kawa Luwak uważana jest na świecie za najbardziej ekskluzywną, a zatem także drogą. My za filiżankę płaciliśmy tylko 50 tyś. IDR (10 zł), ale to zapewne w ramach promocji i zachęty do większych zakupów. Co do smaku, to owszem, niezły. Niemniej jednak nie zdecydowałem się na zrobienie zapasów tej kawy. Nie jestem bowiem przekonany, czy Luwak oferowany w sprzedaży, rzeczywiście jest w stu procentach przerabiany przez łaskuny. Zwierzaki te są bowiem dość leniwe, a przynajmniej tak wyglądały te dwa, które widziałem na farmie.
Jadąc dalej, mijaliśmy plantacje bananowców, papai i palm kokosowych. Wspinając się serpentynami dotarliśmy do Jatiluwih (prawdziwe piękno) na wysokości 816 m. n.p.m. Jest to największy obszar tarasów ryżowych na Bali. Posiada od wieków dobrze funkcjonujący system irygacyjny zwany subak, a fenomenem tego obszaru jest fakt, że w skali świata tylko tu zbiory ryżu odbywają się trzy razy do roku. Nie bez powodu więc jest to miejsce wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Zjedliśmy tutaj obiad i przez prawie godzinę podziwialiśmy zielone pola ryżowe. Miejsce jak najbardziej godne polecenia.
Po południu dotarliśmy do świątyni Ulun Danu. Ten kompleks świątynny znajduje się nad jeziorem Bratan (1 200 m.n.p.m.) i poświęcony jest bogini Dewi Danu. Teren jest pięknie utrzymany i bardzo malowniczy. Oprócz wielu ozdobnych figur i ołtarzyków można obejrzeć węże, sowy oraz nietoperze.
Na nocleg zajechaliśmy do Aneka Lovina Hotel. Znajdują się tu ładne domki, a nad łóżkami moskitiery.
Wtorek, 20 stycznia
Po śniadaniu pojechaliśmy do Banjar Hot Springs, żeby trochę pomoczyć się w naturalnych gorących źródłach siarkowych. Nie widać tu było zbyt wielu turystów, a zaplecze sanitarne pozostawiało sporo do życzenia. Sama woda była przyjemna, zwłaszcza że wokół było parno, choć pochmurnie.
Przez kolejne dwie godziny jechaliśmy do przeprawy promowej w Glimanuk. Stąd przeprawiliśmy się przez wąską Cieśninę Balijską na Jawę, konkretnie do Ketapang. Ciekawostką jest fakt, że pośrodku tej kilkukilometrowej cieśniny znajduje się strefa zmiany czasu. Tak więc opuściliśmy Bali o czternastej i o tej samej godzinie znaleźliśmy się na Jawie. Wyspa ta charakteryzuje się tym, że w przeciwieństwie do Bali zamieszkują ją głównie muzułmanie.
Popołudnie i noc spędziliśmy w hotelu Ketapang Indah (ładne domki przy plaży). Pływanie w basenie.
Środa, 21 stycznia
Intensywny początek dnia. Pobudka o 1.30 i wyjazd trzema jeepami na wulkan Ijen. Godzina jazdy przez serpentyny, chwilami w ulewnym deszczu. O 3.30 rozpoczynamy trekking z poziomu 1860 m n.p.m. Posługujemy się latarkami czołowymi. Szlak jest stromy i śliski, bo cały czas występuje mżawka. Jak przystało na najstarszego członka dwunastoosobowej grupy, idę na przedzie.
Do krawędzi krateru dochodzimy o 5.10. Jesteśmy na wysokości około 2320 m.n.p.m. Rozwidnia się, ale wschodu słońca nie widać spoza ciężkich chmur. Nie pojawiają się też słynne niebieskie ognie. Na szczęście chmury na chwilę przerzedzają się na tyle, że możemy zobaczyć kwaśne jezioro i opary siarki. Obok nas przechodzą górnicy dźwigający na ramionach po dwa kosze siarki. Ważą one zwykle powyżej 60 kg. Praca nie tylko ciężka, ale też niezdrowa, gdyż opary siarki są bardzo szkodliwe. Niektórzy górnicy dorabiają sobie, wożąc turystów specjalnymi wózkami na dwóch kółkach na krater i z powrotem. Usługa taka kosztuje milion INR, czyli około 50 Euro. Z naszej grupy z podwózki korzysta tylko jedna osoba.
Do hotelu wracamy o 8.30. Zjadamy śniadanie i znowu ruszamy w drogę. Przepływamy promem przez Cieśninę Balijską, opuszczając na dobre Jawę, a potem podążamy zatłoczoną drogą na południe Bali. Charakterystyczne, że prawie nikt nie trąbi, choć wszędobylskie skutery zajeżdżają z prawej i z lewej strony. Do naszego hotelu The Yayakarta Legian w okolicach Kuty docieramy o dziewiętnastej. Akurat na początek krótkiej lecz gwałtownej ulewy...
Czwartek, 22 stycznia
Pokój duży, ale bez suszarki. Duża wilgotność powietrza utrudnia suszenie. Jak wiadomo, na Bali jest teraz pora deszczowa. Nie znaczy to jednak, że cały czas pada. Ulewy są intensywne, lecz krótkie. Dzisiaj zmokłem po raz pierwszy, a i to przez własną nieroztropność, bo idąc na zakupy nie zabrałem parasola. Poza tym dzień udany: kąpiel w basenie, spacer po plaży (niestety, brudnej) i relaks przy piwie Singaraja 😀 A propos zakupów, to mimo wielu podobnych doświadczeń, dałem się nieco oszukać. Chodzi o otwieracze w kształcie penisa. Na ulicy chcieli 200 tys. za jeden. Kupiłem dwa za tę sumę i myślałem, ze zrobiłem dobry interes.
Piątek, 23 stycznia
Wspominałem wczoraj, że plaża w Legian nie jest zbyt czysta. Sądziłem, ze to efekt niezbyt starannego sprzątania wyrzuconych przez ocean śmieci. O tym, że jest inaczej, przekonałem się podczas dzisiejszego spaceru do Kuty. Zobaczyłem bowiem jeszcze więcej drewna, porwanych sieci i różnego plastiku. Ba, widziałem też zniszczone fragmenty promenady i rozwalone stragany. Był to rezultat tornada, które nawiedziło ten rejon Bali dwa dni temu.
Ostatnie pływanie w basenie i pakowanie się do wyjazdu. Hotel opuszczamy o 19.30. Powrotne loty, poza przelotnymi turbulencjami, przebiegają bez przeszkód.
Ireneusz Gębski



























