RPA - nie tylko safari

 


Do Warszawy wyjechaliśmy  pociągiem  "Lubomirski" o 10.12 z dwudziestominutowym  opóźnieniem. Mieliśmy jednak spory zapas czasu. Na lotnisku byliśmy ponad trzy godziny przed odlotem do Dohy. Wylecieliśmy o 17.40 dreamlinerem  Qatar Airways. Linie te uznawane są za jedne z najlepszych. Otrzymaliśmy koce, poduszki, dobre słuchawki oraz praktyczny zestaw składający się z przepaski na oczy, pasty i szczoteczki do zębów oraz – co szczególnie mnie zaskoczyło – pary skarpetek. Poza tym oczywiście ciepły posiłek i trzykrotnie różne napoje, w tym alkoholowe. Lot trwał pięć godzin. Po około dwugodzinnej przerwie, którą spędziliśmy na jednym z największych lotnisk świata, wsiedliśmy do kolejnego samolotu tych samych linii i ponownie wystartowaliśmy. Lot do Johannesburga trwał nieco ponad osiem godzin. Zleciał jednak dość szybko, bo ze względu na nocną porę przeważnie spaliśmy. Na miejscu byliśmy tuż po dziesiątej. Do kontroli paszportowej ustawiła się bardzo długa kolejka. Pewnie posuwałaby się szybciej, gdyby nie fakt, że połowa okienek pozostawała bez obsady. Funkcjonariusze działali jednak sprawnie, więc nie czekaliśmy zbyt długo.  

Republika Południowej Afryki  kojarzy się nam zwykle z Nelsonem Mandelą i biskupem Desmondem  Tutu. Obaj byli bowiem najbardziej znanymi przeciwnikami apartheidu. Nie bez znaczenia dla ich popularności był też fakt, że obaj zostali laureatami Pokojowej Nagrody Nobla (N. Mandela wraz z z Frederic’em de Clerk’iem). Tymczasem na lotnisku  w Johannesburgu  przybywających wita   uniesioną w górę dłonią mniej znany u nas  aktywista  walki z segregacją rasową Oliver  Reginald Tambo. Co prawda nieosobiście, lecz z imitującego samolotowe schodki cokołu pomnika, ale jednak. Realnie natomiast witamy się z naszym pilotem Marcinem Pełczakiem i miejscową przewodniczką Deborą (jest ona co prawda Argentynką, ale w RPA mieszka już ponad 20 lat). Przed opuszczeniem lotniska zaopatrujemy się w miejscowe randy (100 euro = 1 730 randów).  W kantorze skanują nasze paszporty oraz spisują dane kontaktowe. Na zewnątrz jest 17 stopni C. Nieźle, jak na początek zimy. Warto też pamiętać, że Johannesburg jest położony 1 753 m n.p.m., a więc nawet latem jest tu nieco chłodniej niż na nizinach.

W dzielnicy Sandton, tuż przed centrum handlowym Sandton City, znajduje się plac imienia Nelsona Mandeli. A skoro plac, to i pomnik. Pierwszy czarnoskóry prezydent RPA przedstawiony jest na nim w wyluzowanej pozie, z ciepłym uśmiechem na twarzy. Jego ważącą  dwie i pół tony postać wykonano z brązu. Nie jest to co prawda tak wielki monument, jak ten w Pretorii,  który ma 9 metrów wysokości i waży 4,5 ton, ale i tak robi wrażenie. Fotografują się przy nim zarówno turyści zagraniczni, jak i miejscowi. Tych ostatnich jest zresztą znacznie więcej. Nieopodal  posągu Mandeli stoi jego miniaturka. Ta również jest oblegana przez amatorów zdjęć.

W drodze do Soweto przejeżdżamy przez bogate dzielnice Johannesburga.  Mijamy położone wśród drzew okazałe wille, otoczone wysokimi murami zwieńczonymi drutem kolczastym. Przypomina nam to, że mimo pozorów spokoju, nadal jest tu niebezpiecznie. W dawnej rezydencji prezydenta Mandeli znajduje się obecnie hotel. Zatrzymujemy się przed nią na chwilę, żeby zrobić zdjęcia. Kolejny dom bohatera narodowego RPA oglądamy już tylko z okien busa. Wkrótce za jego oknami  pojawiają się slumsy Soweto. Z daleka wyglądają jak budki ogromnego bazaru. Aż trudno uwierzyć, że w tych blaszanych i kartonowych budach bez prądu i wody,  mogą mieszkać ludzie. W całym mieście, czwartym co do wielkości w tym kraju, oficjalnie żyje około dwóch milionów ludzi, a faktycznie znacznie więcej. Na szczęście większość w bardziej cywilizowanych warunkach, bo mimo wszystko slumsy przecież nie dominują. Jednak  są i zapewne jeszcze długo będą symbolizować biedę ich czarnoskórych mieszkańców.  A skoro bieda, to i przestępczość. Do niedawna ginęło tu tysiące ludzi, zwłaszcza w trakcie bratobójczych walk między plemionami Zulu i Khoza. Obecnie sami mieszkańcy pilnują porządku i często rozprawiają się z  przestępcami, zanim zrobi to policja. Spadł zarówno odsetek zabójstw, jak i ilość nielegalnie posiadanej broni.

W Soweto znajduje się jeden z największych w Afryce kościołów katolickich. Mowa o  Regina Mundi (Kościół Królowej Świata). W świątyni jest dwa tysiące miejsc siedzących, ale zmieści się tu nawet sześć tysięcy osób. Kamień węgielny pod jej budowę poświęcił kardynał Montini, późniejszy papież Paweł VI. W kościele spotykali się działacze opozycji. Nie zawsze jednak było tu bezpiecznie, gdyż policja nie wahała się używać broni palnej nawet w takim miejscu. Mamy też polski akcent związany z tym miejscem. Otóż w 1998 roku ówczesna prezydentowa Jolanta Kwaśniewska  ufundowała  witraż  ze sceną Zwiastowania. Miało to być coś w rodzaju zadośćuczynienia i podreperowania opinii o Polsce po tym, jak Janusz Waluś zamordował w 1993 roku komunistycznego przywódcę Chrisa Haniego. Nie dane nam było jednak  obejrzenie wnętrza kościoła, gdyż była niedziela i właśnie trwało nabożeństwo.

Zwiedziliśmy natomiast pobliskie Muzeum Hectora  Pietersona. Kim był Hector? Dwunastoletnim uczniem jednej ze szkół w Soweto, który został śmiertelnie postrzelony podczas manifestacji przeciwko uznaniu języka afrikaans jako wykładowego. Można powiedzieć, że stał się on symbolem walki z apartheidem, podobnie jak u nas słynny Janek Wiśniewski (faktycznie Zbyszek Godlewski), który symbolizuje tragiczne wydarzenia Grudnia’70. Protest, o którym mowa, odbywał się w czerwcu 1976 roku. Wzięło w nim udział około dwudziestu tysięcy protestujących. Podczas jego tłumienia zginęło 176 osób, ale to dane oficjalne. Mówi się, że faktycznie liczba zabitych była znacznie wyższa. Obecnie 16 czerwca, czyli dzień, w którym zginął Hector, obchodzony jest jako Dzień Młodzieży. W muzeum nie wolno robić zdjęć. Zresztą byłyby to zdjęcia zdjęć, bo niewiele tam innych pamiątek. Na niewielkim wewnętrznym dziedzińcu umieszczono małe płytki z nazwiskami ofiar.

Na pograniczu Soweto i Johannesburga oglądamy z zewnątrz FNB Stadium. W promieniach zachodzącego słońca prezentuje się on bardzo efektownie. Jest to największy stadion w Afryce i jeden z największych na świecie. Może pomieścić 95 tysięcy widzów. Rozgrywano tu mecze między innymi podczas Mundialu 2010. Dodać warto, że były to pierwsze mistrzostwa świata odbywające się w Afryce. Kibice zapewne pamiętają też, że Polska nie brała w nich udziału, a  inauguracyjny hymn Mundialu  „Waka Waka” śpiewała Shakira.

Na nocleg jedziemy do hotelu Apollo. Całkiem przyjemny obiekt z przyzwoitym wyposażeniem. O 18.30 kolacja: szwedzki stół ze sporym wyborem dań,  kawa i herbata w cenie.

Poniedziałek 01.07.24

Chłodny poranek, bo zaledwie 8 stopni C (w ciągu dnia temperatura podniesie się do 20 stopni). O dziewiątej wyjeżdżamy do Pretorii, jednej z trzech stolic RPA (pozostałe to: Kapsztad i Bloemfontein). Na obrzeżach Johannesburga autostrada ma pięć pasów, ale i tak wszystkie są zakorkowane. Później  sznury pojazdów nieco się przerzedzają.

Na południe od Pretorii, na jednym ze wzgórz,  z daleka widoczny jest duży monument. Jest to Voortrekker Monument, czyli pomnik upamiętniający uczestników Wielkiego Treku. Zbudowany jest z granitu, ma kształt sześcianu o bokach 40 metrów. Jego wnętrze jest praktycznie puste. W centralnym miejscu znajduje się sarkofag z napisem „Dla Ciebie, Południowa Afryko” (ONS VIR JOU SUID-AFRIKA). Na ścianach widoczne są obrazy ukazujące wędrówkę Burów, ale największe wrażenie robią marmurowe płaskorzeźby (podobno największe na świecie), na których przedstawiona jest historia Burów od wyruszenia z południowego krańca obecnego RPA w 1935 roku, aż po podpisanie Konwencji Rzeki Sand w 1852 r.  Może warto tu przypomnieć o przyczynach, które skłoniły holenderskich osadników do wyruszenia na północ w poszukiwaniu nowych terenów do zamieszkania. Ogólnie rzecz biorąc, chodziło o to, że Anglicy, którzy kupili od Holandii Kolonię Przylądkową, zaczęli wprowadzać swoje prawa. Najpierw znieśli religię państwową (kalwinizm) i wprowadzili język angielski jako obowiązkowy. Jednak  czarę goryczy Burów przelało zniesienie w 1833 roku niewolnictwa. To właśnie wtedy zdecydowali się wyruszyć na nieznaną i niebezpieczną północ. Spakowali dobytek na wozy, zaprzęgli do nich woły i ruszyli w nieznane. Pokonanie ponad 1300 kilometrów zajęło im aż trzy lata. Zmagali się nie tylko z dziką przyrodą, brakiem szlaków, ale też musieli stawiać czoła wojowniczym Zulusom.

Spod pomnika Wielkiego Treku jedziemy do centrum Pretorii, a formalnie rzecz biorąc – Tshwane, bo tak, zgodnie z uchwałą rady miejskiej z 2005 r., brzmi nowa nazwa. Pretorię założył  w 1855 r. Marthinus Pretorius.  Jednak  swoją nazwę miasto zawdzięcza nie jemu, lecz jego ojcu Andriesowi, który jako dowódca Burów wsławił się rozgromieniem Zulusów w bitwie nad Blood River w 1838 r. Przypomnijmy, że dzięki posiadaniu broni palnej,  zaledwie pół tysiąca jego żołnierzy pokonało dziesięciotysięczną armię Zulusów. To była wręcz masakra, bo po stronie afrykańskiego plemienia było ponad trzy tysiące zabitych, podczas gdy wśród Burów zaledwie trzech żołnierzy odniosło rany.

Na szczycie wzgórza Meintjeskop znajduje się rozległy kompleks Union Buildings. Mieści się tu siedziba rządu  oraz biura prezydenta RPA. Do środka oczywiście nie wchodzimy, ale możemy z zewnątrz popatrzeć na zbudowany 111 lat temu okazały gmach, którego długość wynosi 285 metrów, a szerokość 100 m. Ze wzgórza doskonale widoczny jest wspomniany pomnik Wielkiego Treku. Tuż przed Union Building stoi  pomnik upamiętniający Afrykanów poległych podczas Wojny Burskiej, a nieco niżej rozciągają się ogólnie dostępne ogrody. U podnóża wzgórza  stoi  monument z uśmiechniętym Mandelą.  Madiba (klanowe imię Mandeli  z szeroko rozłożonymi rękami  zwrócony  jest  twarzą w stronę centrum Pretorii.

Po krótkiej przerwie na zakupy w supermarkecie sieci Pick n Pay Group  jedziemy do pobliskiego Safari&Lion Park. Mieści się on u podnóża wspaniałych Gór Magaliesberg, Miejsce to wpisane jest na listę UNESCO, gdyż uznawane jest za Kolebkę Ludzkości. Na terenie obejmującym 600 ha powierzchni przebywają likaony, lwy, antylopy, gepardy, hieny, zebry, żyrafy, gnu oraz impale.  Nie jest to zoo ani rezerwat, a raczej coś w rodzaju sierocińca dla zwierząt. Zwierzęta roślinożerne są odgrodzone od tych mięsożernych. Te ostatnie są co prawda sukcesywnie dokarmiane, ale mimo to nadal drzemie w nich instynkt drapieżców. Dlatego, aby uniknąć potencjalnego ataku,  turyści poruszają się wśród nich w szczelnie zakratowanych ciężarówkach. Ponoć zdarzyło się kiedyś, że komuś z ekipy „Gry o Tron” lew pogryzł rękę. Na ogół lwy wylegują się leniwie w trawie, jednak niektóre z nich podchodzą pod samą burtę samochodu i zadzierają głowy do góry, jakby chciały pozować do zdjęć. Podziwiać tutaj można też rzadko występujące w przyrodzie białe lwy.  Hien co prawda nie widzieliśmy, ale za to doskonale widoczne były podobne nieco  do nich likaony, zwane też dzikimi psami.

W pobliżu Parku Lwów znajduje się wioska Lesedi. Właściwie jest to skansen, w którym poznać można tradycje plemion  Zulu, Basotho, Pedi, Xhosa i Ndebele.  Już przed bramą witani jesteśmy wiązanką lokalnych pieśni. Ale to dopiero preludium do późniejszego koncertu, podczas którego posłuchamy chóralnych śpiewów i obejrzymy plemienne tańce. Wcześniej jednak mamy możliwość zaopatrzenia się w rozłożone na licznych straganach pamiątki. Znajdują się tu nieśmiertelne magnesy, ale jest też sporo wyrobów rękodzielniczych. W okrągłych chatach  na terenie Lesedi (miejsce światła) można też wykupić nocleg. Poza tym jest tu restauracja, w której można popróbować lokalnych potraw. W ofercie naszego biura zapewniano  nas o możliwości skosztowania mięsa z krokodyla, antylop i strusia. Skończyło się jednak tylko na wołowinie i jagnięcinie. Też zresztą bardzo smacznych.

Wtorek,  02.07.24

Śniadanie zjadamy już o szóstej, gdyż godzinę później wyruszamy w dość długą trasę. Naszym celem jest Panoramic Route, słynna droga widokowa w Górach Smoczych. Z początku za oknami autokaru widać tylko rozległe równiny, ciągnące się z obu stron autostrady.  Pożółkłe trawy często są wypalane, więc krajobraz urozmaicają czarne połacie. Później pojawiają się stada owiec  i krów, a po zjeździe na drogę N4 naszym oczom ukazują się  wzgórza pokryte gęstym lasem. Nie jest on jednak wytworem przyrody, lecz  dziełem rąk ludzkich. Posadzone w równych rzędach sosny na obszarze wielu kilometrów kwadratowych robią duże wrażenie. Podobnie jak liczne plantacje cytrusów. Ale to tylko przedsmak dla prawdziwej uczty dla oczu. Ta zaś zaczyna się już na kilkanaście kilometrów przed pierwszym postojem z punktem widokowym, kiedy to pojawiają się skalne formacje o fantastycznych kształtach. Zatrzymujemy się przy Three Rondavels (Trzy Chaty). Nazwa jest adekwatna do rzeczywistości, bo trzy sąsiadujące ze sobą wierzchołki gór przypominają do złudzenia oglądane dzień wcześniej chaty tubylców. W dole natomiast błyszczy w słońcu rzeka Blyde.  Parę kilometrów dalej, nad tą samą rzeką, odwiedzamy trzeci co do wielkości kanion na świecie (Blyde River Canyon). Nie schodzimy co prawda na jego dno, ale i z górnych zboczy doskonale widać jego urodę. Fantazyjnie poszarpane czerwone skały, strome klify połączone metalowymi mostkami i szum płynącej leniwie wody nie pozostawiają nikogo obojętnym. Chciałoby się ten widok na zawsze zachować przed oczami. Trzeba jednak ruszać dalej. Tym razem do wodospadu Lisbon (jest jeszcze Berlin). Lisbon Falls to właściwie dwa niezależne strumienie wody spadające z wysokości ponad 90 m. Można je obejrzeć tylko z góry, choć zapewne z poziomu rzeki widok byłby jeszcze bardziej atrakcyjny. Kolejnym godnym uwagi miejscem przy Panoramic Route jest bez wątpienia Okno Boga (God's Window). Znajduje się tam kilka punktów widokowych. Na niektóre z nich trzeba wspiąć się po dość stromych schodkach. Jednak z każdego widać  doskonale rozległą równinę, która rozciąga się pod siedmiuset metrowym klifem. Przy dobrej pogodzie zobaczyć można nawet Góry Lebombo przy granicy z Mozambikiem.

Po zachodzie słońca docieramy do hotelu „Pine Lake Inn” nad White River. Spędzimy tu trzy noce. Standard nieco gorszy niż w „Apollo”, ale otoczenie przyjemne.

Środa,  03.07.24

Tym razem pobudka już o czwartej. W pośpiechu wypijamy kawę, pobieramy suchy prowiant na śniadanie i już o piątej wyruszamy do Parku Krugera. Tu przesiadamy się na odkryte jeepy i jeszcze przed wschodem słońca przekraczamy bramę tego największego rezerwatu Południowej Afryki (powierzchnia ponad  2 miliony km kw.). Park założony został w 1898 r. przez Paula Krugera,  prezydenta ówczesnego Transwalu. Na zewnątrz jest 8 stopni C., ale uczucie zimna jest tak dojmujące, jakby był mróz. Spowodowane to jest smagającym twarze wiatrem wytwarzanym przez szybko jadące pojazdy. Dopiero po kilku godzinach temperatura przekracza 20 stopni, dzięki czemu safari staje się o wiele przyjemniejsze.  Jako pierwszego spotykamy geparda, ale dość daleko od drogi. Potem pojawiają się słonie. Te nie mają żadnych problemów z tym, żeby przechodzić tuż przed maskami samochodów. Potem pojawiają się w różnych miejscach i w różnych ilościach  lamparty, żyrafy, gnu, antylopy, guźce, zebry, bawoły, kudu, sępy, bociany afrykańskie, impale, nosorożce, hipopotamy i krokodyle. Do pełnej Afrykańskiej Piątki zabrakło nam tylko lwów. Tych jednak naoglądaliśmy się do woli dwa dni wcześniej w Lion Park.

Teren parku to dość  monotonne równiny  porośnięte  suchą trawą  i rachitycznymi krzewami oraz pojawiającymi  się  z rzadka drzewami. Od czasu do czasu  widać suche koryta rzek i skaliste  pagórki. Droga  jest w większości piaszczysta, ale  nie w kolorze ochry jak w Kenii.  Zwierzęta  są raczej przyzwyczajone do ludzi, nie uciekają przed samochodami, więc nie brakuje okazji do „upolowania” fotograficznych trofeów.

Czwartek, 04.07.24

Chimp Eden Jane Goodall Instytute to pełna nazwa sierocińca dla szympansów. Pochodzą one z wielu krajów afrykańskich (w RPA nie występują  w naturze). Niektóre z nich mają za sobą ciężkie przejścia, np. występy w cyrku, eksperymenty naukowe czy pobyt w ogrodach zoologicznych. Chimp Eden został utworzony w 2006 roku w rezerwacie przyrody Umhloti niedaleko Nelspruit. Przebywają w nim 33 szympansy. Są w różnym wieku. Najmłodsze mają po 17 lat, a najstarsza szympansica imieniem Joao liczy sobie około 80 lat. Przeważają jednak osobniki mające pomiędzy 20 – 40 lat. Podzielono je na trzy grupy, z czego dwie  można oglądać w specjalnych zagrodach, otoczonych dwoma warstwami drutów, w tym jednej pod napięciem. Podobnie jak ludzie (szympansy to przecież najbliżsi krewniacy człowieka) kłócą się i kochają, bawią się ze sobą i walczą o wpływy. Wyraźnie widać hierarchię w grupie, a każda próba jej naruszenia powoduje potężną awanturę. Wtedy szympansy krzyczą przeraźliwie, ganiają się i po prostu gryzą. Nie wszystkie też zadowolone są z obecności turystów. Szczególnie jeden z nich, który był kiedyś rażony prądem  w ramach różnych eksperymentów, okazuje wyraźną wrogość do ludzi. Okazuje to nie tylko gestami, ale też zbiera kamienie i rzuca nimi w odwiedzających. Zdarzyło się już, że jedna turystka została trafiona tak niefortunnie, że miała złamany nos. Od tej pory część platformy widokowej jest zasłonięta drucianą siatką.

Na obrzeżach Nelspruit znajduje się  Lowveld National Botanical  Garden. Można tu pospacerować po  sztucznie utworzonym lesie deszczowym, podziwiać baobaby z Madagaskaru, figowce  i wiele innych drzew i krzewów. Najciekawszy chyba jest jednak wodospad nad rzeką Krokodylą.  Nie jest zbyt wysoki, ale jego dwie kaskady wypływające spośród poszarpanych skał, wyglądają niezwykle malowniczo.

Piątek 05.07.24

Hotel opuszczamy o 9.15. Tym razem po raz ostatni. W drodze na lotnisko zwiedzamy jeszcze jaskinię.

Jaskinie Sudwala powstały  240 mln lat temu i zaliczają się do najstarszych na świecie. Wejście do nich znajduje się na wysokości 1 029 m n.p.m. Wcześniej trzeba tam jednak wjechać wąskimi serpentynami.  W tym momencie z trudem wyobrażam sobie, jak trafili do nich pierwsi ludzie. A wszystko na to wskazuje, że przebywali tam już we wczesnej epoce kamienia, czyli jakieś dwa i pół miliona lat temu. W czasach bardziej współczesnych, bo w XIX wieku, jaskinie używane były w charakterze twierdzy. Konkretnie zaś przez Somqubę, brata następcy tronu Suazi, który stoczył tu wiele bitew. Również podczas drugiej wojny burskiej, w 1900 roku, jaskinie były wykorzystywane przez Burów do przechowywania amunicji do ich 94-funtowych dział Long Tom. Wśród licznych stalaktytów, stalagmitów i stalagnatów wyróżnia się takie, jak: „Rakieta Lowveld”, „Filar Samsona”, „Wrzeszczący Potwór” czy „Płacząca Madonna”. Jest też urwany stalaktyt zwany „Dzwonem”, bo wydaje dźwięk przy uderzeniu w niego młotkiem. W jednej z komór, wyróżniających się doskonałą akustyką, urządzono amfiteatr.  W jaskiniach utrzymuje się temperatura 18 stopni  C., a w jednym wyżej położonym miejscu nawet 24 stopnie.  Ciekawostką jest, w jaki sposób następuje stały dopływ świeżego powietrza. Wiele wskazuje na to, że istnieją tam nieodkryte jeszcze szczeliny.

O 16.30 dotarliśmy na lotnisko w Johannesburgu.  Przy kontroli bezpieczeństwa jakiś nadgorliwy funkcjonariusz przyczepił się do plastikowego dinozaura, którego kupiliśmy dla wnuka. Upierał się, że musi być on zapakowany. W końcu jego koleżanka zlitowała się nad nami i dała nam reklamówkę, w którą mogliśmy zapakować maskotkę.

Wylecieliśmy  z małym opóźnieniem   o  21.00. Nad Mozambikiem było trochę  turbulencji, ale reszta ponad ośmiogodzinnego lotu przebiegła bez zakłóceń. W Dosze  znowu przeszliśmy drobiazgową kontrolę, łącznie z testem na narkotyki. Mimo wczesnej pory na lotnisku było już 36 stopni C. W dzień miało być już 43 stopnie, ale my już o 8.35 wylecieliśmy do Warszawy, gdzie wylądowaliśmy po pięciu godzinach spokojnego lotu.

Do Gdańska mieliśmy dojechać o 18.50. Jednak pociąg ekspresowy z Krakowa do Kołobrzegu, którym podróżowaliśmy, zatrzymał  się zaraz po wyjeździe z Warszawy Wschodniej. Poinformowano nas, że na Pradze doszło do wypadku z udziałem człowieka, w związku z czym będzie 40 minut opóźnienia. Ostatecznie opóźnienie wyniosło półtorej godziny. W ramach pocieszenia i wątpliwej rekompensaty obsługa pociągu dała nam po dodatkowej butelce wody i po jednym batoniku.

Ireneusz Gębski

























 


 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

RPA - nie tylko safari

  Do Warszawy wyjechaliśmy   pociągiem   "Lubomirski" o 10.12 z dwudziestominutowym   opóźnieniem. Mieliśmy jednak spory zapas c...

Posty