piątek, 17 lutego 2017

Esencja Tajlandii - od słoni po transwestytów



We wtorek rano opuszczamy Bangkok i drogą numer 35 jedziemy w stronę prowincji Samut Songkhram. Wyjazd z ogromnej metropolii, gdzie niemal każdy mieszkaniec za punkt honoru przyjmuje posiadanie auta lub chociaż skutera, przebiega dość sprawnie. Korki rozładowywane są dzięki dobrze przemyślanemu systemowi ruchu drogowego. Jeżeli droga ma trzy pasy w każdą stronę, to podczas szczytu wyjazdów z miasta dla wyjeżdżających uruchamia się czwarty pas, który jest jakby wypożyczony z przeciwległego kierunku. Kiedy zaś fala pojazdów zwiększa się z drugiej strony, ruch jest po prostu odwracany. Unika się w ten sposób nadmiaru wolnej przestrzeni z jednej strony i nadmiernych korków z drugiej.
Targ wodny w Damnoe Saduak

Około 70 kilometrów od Bangkoku mijamy słynny Mae Klong, czyli bazar na torach kolejowych. Nie zatrzymujemy się jednak w tym miejscu, gdyż naszym celem jest Damnoen Saduak, czyli targ na wodzie. Wysiadamy z autokaru na parkingu i dalej płyniemy jednym z kanałów długą wąską łodzią. Rejs trwa około pół godziny. Nieco inaczej wyobrażałem sobie Floating Market (targ wodny). Sądziłem bowiem, że cały handel odbywa się tu z łódek, bezpośrednio na wodzie. Tymczasem tych pływających z towarem jest niewiele. Owszem, przy nabrzeżu są zacumowane pojedyncze jednostki z owocami oraz z lodami w skorupie z kokosa (pyszne), ale większość straganów usytuowana jest na stałym lądzie. Nabyć można tu ubrania, pamiątki, a nawet meble. Sprzedawcy nie czekają biernie na klientów, chwilami wręcz dość natarczywie namawiają do robienia zakupów. Przyznać przy tym trzeba, że chętnie się targują i są w stanie zejść z początkowej ceny nawet o  trzy czwarte. Przy targowaniu nie trzeba wiele mówić. Handlarz wypisuje na podręcznym kalkulatorku swoją cenę, my podajemy swoją, potem on schodzi trochę w dół, my nieco dokładamy i tak aż do skutku. Istnieje jednak pewna zasada, której bezwzględnie powinno się przestrzegać. Jeżeli nasza cena zostanie zaakceptowana, to już nie mamy odwrotu. Rezygnacja z zakupu naraziłaby nas na nieprzyjemności.

Nie ulega wątpliwości, że ten wodny targ funkcjonuje już tylko dla turystów. Tajowie rzadko  tutaj się zaopatrują. Chętnie za to świadczą różne usługi farangom (białym), np. robiąc zdjęcia  czy wymieniając walutę. Z tym ostatnim przypadkiem spotkałem się na parkingu, kiedy zapytałem o kantor. Kobieta handlująca jakimiś pamiątkami powiedziała, że ona może wymienić mi dolary. Dla pewności sprawdziłem kurs w kantorze. Dawali 32 bahty za USD. Wspomniana kobieta zaoferowała 34...
Groby jeńców w Kanchanaburi

Z Floating Market przenosimy się do prowincji Kanchanaburi. Zwiedzamy tutaj Muzeum Kolei Tajsko-Birmańskiej. W dziewięciu galeriach pokazano  nie tylko proces budowy tej kolei, ale także historię japońskiej ekspansji w Azji i na Pacyfiku. Kolej potrzebna była Japończykom w celu przesyłania zaopatrzenia do Birmy. Do jej budowy zaangażowano  dziesiątki tysięcy pracowników, w tym alianckich jeńców. Pracowali oni  niezwykle ciężko i w wyczerpujących warunkach. Nie bez kozery inwestycja ta nazywana jest Koleją Śmierci. Przy jej realizacji zginęło bowiem około  stu tysięcy cywilów i 16 tysięcy jeńców. Ci ostatni spoczywają na przylegającym do muzeum cmentarzu.
Most na rzece Kwai

Niedaleko od muzeum znajduje się słynny most na rzece Kwai, będący niegdyś newralgicznym punktem tego kolejowego szlaku. Pewnie każdemu obiła się ta nazwa o uszy. Jedni być może czytali książkę  "Most na rzece Kwai", której autorem jest Pierre Boulle. Jednak większość oglądała zapewne film pod tym samym tytułem. Nakręcono go 60 lat temu w pięć lat po ukazaniu się książki francuskiego pisarza. Ciekawostką jest fakt, że sceny do tego filmu kręcono nie w Tajlandii, lecz na Sri Lance.
Wiadukt kolei nieopodal Thamkra Sae

Obecnie w okolicy dawnego mostu stoi kilka zabytkowych lokomotyw oraz - jak zwykle przy turystycznych atrakcjach - pełno różnorodnych sklepów i straganów. Magnesem przyciągającym turystów jest też kursujący tu pociąg. Trasa jego przejazdu jest bowiem bardzo malownicza. Szczególnie pięknie jest w okolicy przystanku Thamkra Sae. Znajdują się tutaj wysokie wiadukty oraz jaskinie z nietoperzami.

Przed wieczorem dojeżdżamy do Pavilion Rim Kwae Resort. Hotel położony jest na odludziu, w pobliżu Kwae Yai. Posiada dwa baseny na zewnątrz, dużą salę konferencyjną i kilka sal restauracyjnych. Darmowe Wi-Fi dostępne w okolicach recepcji.
Słoniowy masaż

Na skraju Parku Narodowego Erawan znajduje się farma słoni (Taweechai Elephant Camp). Półgodzinna przejażdżka na słoniu kosztuje 800 bahtów, czyli w przybliżeniu 80 złotych. O ile nie widzę nic złego w tym, że te zwierzęta wykorzystuje się do transportu ludzi (dwie osoby plus machud to naprawdę niewielki ciężar dla słonia), to spore wątpliwości budzi zmuszanie ich do pokazywania różnych sztuczek. Dla przeciętnego widza to zabawny widok, gdy słoń kogoś całuje lub masuje trąbą. Podobają się też zabawy z piłką czy z obręczami. Trzeba jednak wiedzieć, że do osiągnięcia takich umiejętności słonie zmuszane są bardzo brutalnymi metodami. Są nie tylko bite, ale też głodzone i pozbawiane picia. Treserom chodzi o całkowite podporządkowanie zwierząt ich woli.
Erawan

Z farmy słoni podjechaliśmy do wodospadów Erawan.  Nie są one zbyt wysokie, ale bardzo urokliwe. W sumie jest siedem poziomów rozciągniętych na odcinku około półtora kilometra. Do drugiego poziomu można dojść bez żadnych ograniczeń. Wyżej obowiązuje już całkowity zakaz wnoszenia żywności. Wodę można wnieść, ale po uiszczeniu kaucji w wysokości 20 bahtów za butelkę. Chodzi oczywiście o jak największe zredukowanie możliwości zaśmiecania parku. Początkowe odcinki trasy pokonuje się łatwo, idąc po chodniku i betonowych schodkach. Im bliżej siódmego poziomu, tym droga trudniejsza, bardziej stroma, kamienista, a chwilami błotnista. Wejście na samą górę zajęło mi 35 minut, łącznie z przerwami na robienie zdjęć. Po drodze zatrzymywałem się bowiem przy każdym z wodospadów oraz przy wieszakach z sukniami.  Skąd suknie? Zostawiają je tutaj Tajki, które wyszły za mąż i ślubne odzienie przestało im być potrzebne. Mijałem wielu turystów z Rosji i z Francji. Po zejściu na drugi poziom popływałem nieco pod wodospadem. Następnie usiadłem na kamieniu i pozwoliłem sobie zrobić peeling stóp. Tutejsze małe rybki z ogromnym upodobaniem zjadają bowiem zużyty naskórek. Czuje się tylko lekkie szczypanie przechodzące w łaskotanie. Gorzej, gdy na nodze ma się jakąś rankę, jak było w moim przypadku. Wtedy uszczypnięcie rybiego pyszczka jest dość bolesne.
Głowa Buddy

Po południu przybywamy do Ayutthayi - historycznej stolicy Syjamu. Zatrzymujemy się w hotelu Classic Kameo. Jest on najbardziej luksusowy ze wszystkich pięciu, w których dane nam było nocować.  Duże pokoje z w pełni wyposażonym aneksem kuchennym, darmowe Wi-Fi w każdym zakątku. Niestety, nie mogę pochwalić obsługi restauracji. Ze względu na małą liczebność naszej grupy zrezygnowano z bufetu i postanowiono zaserwować nam kolację. Realizacja zamówienia, począwszy od startera, zupy, dania właściwego i deseru trwała prawie dwie godziny! Do tego ryba była na wpół surowa...
Czedi przy Pałacu Królewskim

Kolejny dzień to przede wszystkim zwiedzanie świątyń i ich ruin. Tu wspomnę o pewnym incydencie z tym związanym. Jeden z uczestników naszej wycieczki (niegdyś prokurent wielkiej firmy należącej do jednego z najbogatszych Polaków) zaproponował, żeby lepiej zostać przy hotelowym basenie niż oglądać tę kupę kamieni. Jego wniosek nie zyskał jednak nawet śladowego poparcia. Najpierw obejrzeliśmy pozostałości  Wat Maha That. Znajduje się tu sporo ocalałych, choć mocno już pochylonych i podniszczonych stup. Nic dziwnego, wszak pochodzą z XIV wieku. Charakterystycznym punktem jest głowa Buddy tkwiąca w korzeniach drzewa. Podobno odpadła kiedyś z jakiegoś posągu i długo leżała w ziemi. W końcu rosnące drzewo wydobyło ją na powierzchnię.

Następna świątynia na naszej trasie to Wat Phra Si Sanphet obok dawnego Pałacu Królewskiego.  Też mocno zniszczona. Doskonale natomiast prezentują się trzy stupy (czedi) odrestaurowane w połowie ub. wieku. O tym jak kompleks tych budowli wyglądał dawniej, pewne wyobrażenie daje makieta umieszczona w specjalnej altance.
Małpy w Prang Sam Yod

Z Ayutthayi jedziemy do Lop Buri. Jest tutaj świątynia Prang Sam Yod. Jej główną atrakcją są małpy. Opanowały nie tylko teren świątyni, ale też najbliższe okolice. Mieszkańcy sąsiednich ulic zakładają kraty w oknach, aby wszędobylskie makaki niczego nie zabrały. Są bowiem znane z tego, że rzucają się nie tylko na jedzenie, ale na wszystko to, co błyszczy, np. potrafią wyrwać z ucha kolczyk lub porwać torebkę ewentualnie aparat fotograficzny. Są jednak tolerowane, podobnie jak w Galta  Ji w Indiach. Wynika to ze względów religijnych. Znany jest przecież Hanuman, bóg z głową małpy a także tzw. trzy mądre małpy.

Obiad zjadamy w Panorn Wine Bar&Restaurant, gdzie za 130 bahtów oferowanie jest małpie piwo (Monkey beer). Przed wejściem zaś witają nas figurki dwóch dużych pomarańczowo-popielatych małp. Kolejne dwie, elegancko ubrane i przyozdobione muszkami,  siedzą ze skrzyżowanymi nogami na krzesłach.
Odcisk stopy Buddy

Ostatnią świątynią, którą odwiedzamy tego dnia jest Wat Phra Phutthabat niedaleko Saraburi. Nazwa tej jednej z najstarszych świątyń buddyjskich oznacza "świątynię śladu Buddy". Podobno znaleziono tu odcisk w kamieniu, który przypisany został stopie Buddy. Miejsce to ma duże znaczenie dla wyznawców buddyzmu. Dlatego też otaczane jest czcią, a sam odcisk pokryty złotem. Jego wymiary wynoszą około 53 cm szerokości, 28 cm głębokości i 152 cm długości. Obok świątynnego kompleksu wiszą 93 dzwony. Niektórzy wierzą, że dotknięcie każdego z nich zapewni przeżycie takiej właśnie ilości lat...

W Nakhon Ratchasima zatrzymujemy się na nocleg w hotelu Sima Thani. Widok z okna naszego pokoju tym razem nie jest atrakcyjny; widać tylko jakieś zaplecze kuchenne. Za to wszędzie jest Wi-Fi. Wyposażenie i wyżywienie w jak najlepszym porządku. W hotelu przebywa sporo amerykańskich żołnierzy. Podobno są oni doradcami miejscowej armii. Niestety, zakup bahtów w hotelowej recepcji mija się z celem. Za dolara oferowane jest bowiem tylko 24 bahty, podczas gdy w sąsiednim banku otrzymuję ponad 34.
Prasat Hin Phimai

W piątek rano udajemy się do Prasat Hin Phimai. Zwiedzamy tu khmerską świątynię z przełomu XI i XII wieku. Pochodzi ona z okresu angkorskiego. Porównywana jest często ze słynnym  Angkor Wat w sąsiedniej Kambodży. Nie widzę tu zbyt wielu turystów europejskich, za to jest dużo wycieczek szkolnych. Park historyczny rozciąga się na terenie o powierzchni 1020 x 580 metrów.
Figowiec bengalski

W Sai Ngam niedaleko Phimai znajduje się Banyan  Tree, czyli ogromny figowiec bengalski zwany też banianem. Jest to największe drzewo w Tajlandii (światową palmę pierwszeństwa w tym zakresie dzierży Kalkuta). Jego cechą charakterystyczną jest ogromna korona, z której wypuszczają się w dół korzenie. Z nich zaś wyrastają kolejne pnie, ale drzewo nadal stanowi jeden organizm.

Wieczorem po pewnych perypetiach (pękniecie węża ciśnieniowego i spadek mocy silnika autokaru) docieramy do Pattayi. Po drodze oglądamy film "Piękny bokser". Nieprzypadkowo. Kolejnego dnia mamy bowiem uczestniczyć w słynnej rewii transwestytów. Film o mistrzu boksu tajskiego, który czuł się kobietą i w końcu nią został, jest doskonałym wprowadzeniem w temat. Przypomnę, że bohater filmu Nong Thoom (obecnie  Parinyia Charoenphol)  to postać autentyczna.
Rejs na Ko Lan

W Pattayi zamieszkujemy w hotelu Cholchan. Pokoje i wyżywienie bez zarzutu. Trochę daleko od centrum, ale tuż nad brzegiem zatoki. Obok hotelu duży basen o głębokości od 60 do 240 cm. Jak zwykle ochoczo korzystam z możliwości popływania. Internet płatny 300 bahtów za dwa dni.

W sobotę 11 lutego   (pełnia księżyca) wypadło w tym roku święto buddyjskie. W związku z tym oficjalnie nigdzie nie można było nabyć alkoholu. W sklepach sieci 7-Eleven umieszczono nawet stosowną informację w języku tajskim i angielskim. W małych sklepikach gabloty z piwem były zasłonięte kotarami. Jednak nie wszyscy sprzedawcy rygorystycznie przestrzegali zakazu. Kiedy w pobliżu hotelu poprosiłem o piwo, sprzedawczyni z uśmiechem odchyliła zasłonę i zachęcająco kiwnęła głową, żebym wybrał sobie odpowiedni gatunek.
Hotel Cholchan

Hotel Cholchan zapewnia darmowy transport do centrum i z powrotem. Skorzystałem z tej okazji. Przeszedłem się wzdłuż plaży, począwszy od hotelu Hilton chodnikiem Beach Road, następnie przez Walking Street aż po molo, z którego odpływają promy i motorówki na pobliską wyspę Ko Lan. Lokale rozrywkowe były o tej porze (około południa) puste, ale na ulicy widać było sporo amatorek przygodnego seksu. Niestety, wyglądały na takie, którym przez całą noc nie udało się znaleźć klienta. W dziennych świetle ich szanse były jeszcze mniejsze, mimo iż uśmiechały się zachęcająco do każdego białego turysty...
Przed Alcazar

Wieczorem pojechaliśmy na wspomnianą już rewię transwestytów. Odbywa się ona kilka razy dziennie w Alcazar. Obecna siedziba tego znanego na całym świecie kabaretu czy też teatru ma już 27 lat. Niegdyś przedstawienia odbywały się przy 350 osobowej widowni. Teraz na sali mieści się 1200 widzów. Pokaz trwa około 70 minut. W programie jest 17 piosenek. Oczywiście puszczane są one z playbacku, gdyż artystki, będące jeszcze niedawno mężczyznami, nie mają odpowiedniego głosu. Trzeba przyznać, że widowisko jest bardzo dynamiczne i barwne. Zachwycają stroje oraz scenografia. Trzecia płeć, w Tajlandii zwana kathoey, doskonale radzi sobie na scenie z tańcem. Po przedstawieniu artystki wychodzą przed teatr i pozują do zdjęć. Im można je robić za darmo, ale z nimi za 40 bahtów.
Rewia w Alcazar

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz