środa, 26 października 2016

Dwie ukryte tragedie w cieniu atomowej apokalipsy (fragment)



Dwie ukryte tragedie w cieniu atomowej apokalipsy
O książce "Dwie ukryte tragedie w cieniu atomowej apokalipsy"  wspominałem już kilkakrotnie w tym blogu. Dzisiaj pragnę przedstawić fragment rozmowy, którą dla potrzeb tej publikacji przeprowadziłem przed rokiem z Iwoną Bartólewską, autorką filmu dokumentalnego "i wjechał czołg"

Chciałbym porozmawiać z Panią o filmie, który zrealizowała Pani w 1996 roku   "I wjechał czołg".  Kiedy i w jakich okolicznościach dowiedziała się Pani o tej tragedii?
Przez przypadek, jak to często bywa w pracy dokumentalistów. Z jednych spraw wyłaniają się inne. Realizowałam akurat film o pani  kapitan żeglugi wielkiej Danucie Walas-Kobylińskiej. Dowiedziałam się od niej, że gdy w latach sześćdziesiątych przebywała w szpitalu, spotkała tam straszliwie okaleczoną dziewczynkę. Po pewnym czasie zaprzyjaźniły się.  Od niej oraz od lekarzy z tego szpitala dowiedziała się, że jest to jedna z ofiar tragicznego wypadku, jaki miał miejsce podczas defilady wojskowej w Szczecinie w 1962 roku. Owa dziewczynka nazywała się Krysia Has. Pani Danuta Walas-Kobylińska pokazała mi jej zdjęcia –straszliwie okaleczonego dziecka na łóżku szpitalnym. I to była pierwsza wstrząsająca informacja na ten temat.
 W którym roku to było?
Mniej więcej w połowie lat dziewięćdziesiątych, kiedy to robiłam film o pani kapitan. Zaraz po zakończeniu zdjęć zabrałam się do dokumentacji tego właśnie tematu. Zaczęłam prowadzić coś w rodzaju prywatnego śledztwa.
Tu nasuwa mi się pytanie: czy łatwo było dotrzeć do dokumentów? Czy zachowały się jakieś w ogóle?
Szukałam bardzo szerokim frontem. Założyłam, że jeśli to była defilada (chociaż wojskowi twierdzą, że był to tylko przemarsz),  - zostało to w jakiś sposób utrwalone. Szukałam informacji przede wszystkim  w prasie lokalnej. Nic w niej oczywiście nie było na temat wypadku, poza tym, że pisano o radosnym przemarszu zaprzyjaźnionych wojsk. Wertowałam także ówczesną prasę wojskową. Tu bardzo szeroko relacjonowano ćwiczenia żołnierzy państw Układu Warszawskiego oraz przemarsz przed trybuną, na której stali ówcześni oficjele. Wreszcie dotarłam do wytwórni filmów dokumentalnych "Czołówka".  W jej  archiwum był dość długi, bodajże godzinny film, poświęcony tym ćwiczeniom. Notabene, bardzo dobrze zrobiony od strony fachowej.  Jego wymowa była dostosowana do ówczesnej ideologii, zwłaszcza ostatni fragment poświęcony samemu przemarszowi wojsk czeskich, polskich i niemieckich (radzieckie oddziały nie były wtedy reprezentowane).
Kiedy już odnalazłam ten film, to zaczęłam szukać kontaktu z reżyserem, którym był Jerzy Vaulin (znacznie później człowiek ten będzie bohaterem innego mojego filmu dokumentalnego "List do syna"). Odszukałam także jednego z trzech operatorów tego filmu. Rozmowy z nimi stanowią integralną część mojego filmu. Równolegle prowadziłam poszukiwania w szpitalach, chcąc dotrzeć do lekarzy i personelu zajmującego się ofiarami tamtej tragedii. Dotarłam do dwóch chirurgów oraz kierowcy karetki pogotowia.
Czy nie miała Pani trudności z uzyskaniem dostępu do dokumentacji szpitalnej?
Nie, chcę zaznaczyć, że wszyscy byli bardzo życzliwi. W archiwum szpitalnym okazało się, że nie ma segregatora z kartami pacjentów z całego kwartału. Były wcześniejsze i późniejsze, a po tym jedynym, obejmującym okres wypadku, ślad zaginął. Nie zachowała się żadna kartoteka pacjenta.  Odnalazłam natomiast książkę z izby przyjęć. Miała ona wyrwane kartki z dwóch dni (9 i 10 października 1962 r. - przyp.- I. Gębski.). Musiało to nastąpić bardzo dawno, bo zażółcenie papieru na brzegach wyrwanych kart i na reszcie książki było takie samo.
Można założyć, że nastąpiło to zaraz po tamtych wydarzeniach...
Tak, oczywiście. Następnie sprawdzałam w archiwum Rady Narodowej (obecnie archiwum Urzędu Miasta ) w Szczecinie. Zakładałam, że znajdę tam coś na temat wypadku, bo dowiedziałam się,  że miasto finansowało pogrzeby ofiar. Tymczasem okazało się, że wśród zarchiwizowanych protokołów posiedzeń Rady Narodowej, brakuje całego półrocza. (protokoły oprawiono introligatorsko w tomy obejmujące 6 miesięcy). Skupiłam się zatem na szukaniu ofiar i ich rodzin. Zaczęłam od  cmentarzy i książek adresowych.
Niezwykle żmudna praca...
Normalna praca dokumentalisty. Część adresów była nieaktualna, ale tu pomagali dawni sąsiedzi, którzy życzliwie odnosili się do moich poszukiwań.
A jeżeli chodzi o władze miasta, to też chętnie współpracowały?
Władze miasta? Tak, nie było problemów. Odtworzyłam pełną listę osób, które zginęły...
Czyli te siedmioro dzieci?
Tam było 13 ofiar śmiertelnych. Szukałam też tych, którzy zostali okaleczeni. Kiedy już producent wykonawczy  mojego filmu, czyli Video Studio Gdańsk, wykupił prawa  do filmu wspomnianego Jerzego Vaulina, z kopią fragmentów dotyczących defilady udałam się do dyrekcji szczecińskiego ośrodka TVP. Poprosiłam o wyemitowanie tego filmu wraz z moim apelem do osób uczestniczących w tej defiladzie, a zwłaszcza tych poszkodowanych, o  kontakt ze mną. Redaktor Marek Koszur odmówił. Owszem, zgodziłby się, gdyby był wykupiony czas antenowy w cenie, jak za reklamę. Nie skorzystałam z tej propozycji z dwóch względów. Po pierwsze z powodów finansowych, a po drugie umieszczenie takiego apelu w bloku między reklamą makaronów czy podpasek byłoby uwłaczające dla ofiar tamtej tragedii. W tym czasie rozpoczęła w Szczecinie działalność osiedlowa telewizja Bryza (nie istnieje od 2000 r. - przyp. I. Gębski). Tu właśnie mój apel, wraz z fragmentem filmu „Czołówki”, był wielokrotnie emitowany i wywołał pożądany efekt. Fama poszła w miasto i ludzie wzajemnie przekazywali sobie kontakt do telewizji Bryza, a za jej pośrednictwem - do mnie.
Potem już były konkretne rozmowy: z dziećmi (wtedy już  osobami w wieku średnim) poszkodowanymi  podczas tej defilady i z rodzinami osób, które zginęły. Dowiadywałam się o przebiegu leczenia oraz o tym, jak wyglądały pogrzeby. A nie były one zwyczajne, gdyż odbywały się w godzinach nocnych, a nie w normalnych godzinach otwarcia cmentarza "Ku słońcu" (wg mnie najładniejszego w Europie). Pogrzeby, jak wspomniałam, odbywały się na koszt miasta.
Gdy po wielu rozmowach, przystąpiłam już do zdjęć, pomocy ekipie filmowej udzielili, oprócz wspomnianej telewizji Bryza, dziennikarze Radia Szczecin. W obu tych mediach nadano mój apel, aby wszystkie osoby, w jakikolwiek sposób  związane z tą tragedią, przyszły w określonym czasie na jej miejsce. Odzew był olbrzymi. Na filmie widać, jak wiele osób przyszło...
Książkę można nabyć m.in. tutaj 
Film Iwony Bartólewskiej "i wjechał czołg" 
P.S. Współautorami książki są Michał Ostafijczuk, Kazimierz Rafalik i Paweł Soroka.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz