piątek, 23 września 2016

Gruzja - Batumi i Kazbek



Uszba

W środę piątego dnia podróży wyruszyliśmy w stronę Morza Czarnego. Jeszcze pożegnalny rzut oka na Uszbę - jeden z najwyższych szczytów Kaukazu -  i powoli opuszczamy góry. Jeden z postojów wypada przy cmentarzu. W osobnym artykule pisałem o tym tak:

Z innym objawem sympatii i gościnności zetknęliśmy się na... cmentarzu. W drodze ze Swanetii do Adżarii zatrzymaliśmy się, żeby zrobić zdjęcia charakterystycznych grobowców z zadaszeniem. Tu trzeba wyjaśnić, po co te dachy nad grobami, z daleka wyglądającymi jak ogrodowe altany. Otóż Gruzini mają w zwyczaju biesiadowanie przy miejscach wiecznego spoczynku swoich bliskich. Dachy chronią ich więc przed słońcem i deszczem. A jeżeli nawet sami nie biesiadują, to zostawiają przy grobach butle z winem lub czaczą (wódka z winogron), żeby zmarłym było raźniej. Ktoś z nas poprosił spotkanych na cmentarzu mężczyzn o wodę. Kiedy dowiedzieli się, że jesteśmy z Polski, przynieśli do naszego busa miskę z pokrojonymi pomidorami i ogórkami, tacę z chlebem puri, ser sulguni oraz pokaźnych rozmiarów dzban z winem. Za poczęstunek nie chcieli wziąć ani pół lari. Przyjęli jedynie czekoladę dla syna jednego z nich.

Cmentarz z poczęstunkiem
Plaża w Gonio
Pod drodze zatrzymujemy się na kawę w poznanym już kilka dni wcześniej Zugididi. W miejscowym urzędzie miejskim wraz z żoną korzystamy z dostępu do internetu. Do Gonio dojechaliśmy wczesnym popołudniem. W programie był co prawda planowany nocleg w Ureki, ale nastąpiła jakaś zmiana. Jak się okazało - na gorsze. Hotel, który został zarezerwowany dla nas przez Barentsa, oferował tylko czteroosobowe pokoje. Ania trochę się zdenerwowała, ale zadziałała szybko i sprawnie. Po wykonaniu kilku telefonów podjęła decyzję  o zakwaterowaniu nas w  pobliskim Batumi. Póki co jednak, żeby nie tracić czasu, zostawiliśmy rzeczy w pobliskim hostelu i poszliśmy na plażę. Woda w morzu była ciepła i sprzyjała kąpieli. Popływałem trochę, ale miłą atmosferę zepsuł nieco Rysiek, który odmówił zapłacenia za leżak. Nie chodziło o wielkie pieniądze, raptem o 3 lari, ale on uparł się i powiedział, że nie zapłaci. W efekcie został pozbawiony leżaka.  A trzeba wiedzieć, że na tej plaży nie ma piasku, więc perspektywa leżenia na kamieniach nie jest zbyt przyjemna.

A oto inna notatka z mojego artykułu "Polskie akcenty w Gruzji":

Szliśmy  ścieżką w kierunku morza. Wtem leżący w hamaku pod budą krytą blachą falistą brodaty i długowłosy młodzian odezwał się po polsku:

- Zapraszam do nas.

Obejrzałem się zaskoczony i zobaczyłem, że w głębi tej rudery (dawny garaż) znajduje się bar. Jeden stół zrobiony był z postawionego na sztorc bębna po jakimś kablu, drugi zaś zbity z palet. Przed ladą wisiał plakat z wizerunkiem wspomnianego młodzieńca z podpisem Simon Dread. Wkrótce okazało się, że to pseudonim Szymona, który grywał wcześniej reggae w Tbilisi. Teraz zaś od dwóch lat prowadzi wspólnie z Karoliną Nyabinghi Reggae/Ethnic Bar. Serwują dania wegetariańskie i napoje. Przed wejściem napis w języku angielskim, gruzińskim i polskim: Witajcie w naszej bajce. Zamawiamy zupę. Kosztuje 6  GEL (około dziesięciu złotych). Jest smaczna i pożywna. Nie ulega wątpliwości, że ten bar, zlokalizowany przy kamienistej plaży, z dala od zgiełku dużego miasta, ma swój urok i klimat.  Patrząc nań od strony morza, widzimy w tle zielone pasmo górskie i wielki biały krzyż na szczycie jednej z gór.

Polski bar w Gonio
Batumi
Tuż przed zachodem słońca dojechaliśmy do hotelu Anadolu w Batumi.  Zlokalizowany jest on w pobliżu promenady, praktycznie w sercu starówki. Odbyłem szybki spacer, aby korzystając z resztek dobrego światła, zrobić kilka fotek. Wieczorem tę samą trasę powtórzyłem z resztą grupy. Podświetlone obiekty wyglądały zupełnie inaczej niż w dziennym świetle, bardziej malowniczo i zarazem tajemniczo. Na dłuższą chwilę zatrzymaliśmy się przy grających fontannach. Podobne widziałem wcześniej w Pradze i w Barcelonie. Kolejny samotny spacer odbyłem następnego dnia po śniadaniu. Wtedy dopiero zauważyłem charakterystyczne karuzele na ścianie jednego z wieżowców. Niestety, nie było czasu, aby zażyć przejażdżki na wysokości... Zdążyłem jeszcze przejść promenadą wzdłuż pięknie utrzymanej ścieżki rowerowej, rzucić okiem na  ażurową wieżę z gruzińskim alfabetem, fontannę z kobietą na rowerze trzymającą w ręku parasol i już trzeba było jechać dalej.

Grające fontanny w Batumi
Ścieżka rowerowa w Batumi
Przed nami była blisko dziesięciogodzinna jazda. Znowu jechaliśmy w góry. Tym razem do Stepancmindy (dawne Kazbegi) u stóp drzemiącego wulkanu Kazbek (5033 m n.p.m.). W pobliżu Ureki zatrzymaliśmy się przy słynnych herbacianych polach. Zszedłem ze skarpy, aby zerwać parę listków zielonej herbaty. Wzdłuż równo posadzonych rzędów herbacianych krzewów krążyły krowy, wyjadając zbędne trawy i chwasty.

Herbaciane pola k/Ureki
Uplisciche
Kolejny postój przypadł w Uplisciche na wschodzie Gruzji. Zwiedziliśmy tutaj pozostałości skalnego miasta z I wieku naszej ery. Nic szczególnego dla kogoś, kto widział podobne miasta, np. w Kapadocji. O wiele ciekawsze, przynajmniej emocjonalnie, było Gori, rodzinne miasto Stalina. Znajduje się tutaj muzeum poświęcone  następcy Lenina, salonka (zawsze nią podróżował, gdyż bał się latać samolotami), jego pomnik oraz obudowany masywnymi kolumnami fragment kamienicy, w której przyszedł na świat. Na ścianie pobliskiego supermarketu widnieje duży portret generalissimusa.

Gori -salonka Stalina
Chinkali
Grubo po zmroku dojeżdżamy na miejsce. Nasza grupa zostaje zakwaterowana w trzech domach. My z Elą, jednym małżeństwem z Wrocławia oraz z trzema paniami  zajmujemy kamienny dom, w którym serwowane są posiłki. Przygotowuje je starsza kobieta, której pomaga córka lub synowa.  Tu po raz pierwszy próbuję chinkali (pierogi z mięsem i sosem). Okno naszego pokoju wychodzi na Kazbek. Rano trafiam na moment, kiedy szczyt tego pięciotysięcznika pięknie błyszczy na tle błękitnego nieba. Później wierzchołek został zasnuty chmurami i trudno było zrobić w miarę dobre zdjęcie. Według wierzeń greckich do zbocza tej góry przykuty był Prometeusz.

Kazbek
Cminda Sameba
Pierwszym punktem siódmego dnia podróży jest wspinaczka na górę, na której szczycie znajduje się klasztor Cminda Sameba. Do pokonania jest nieco ponad 4 kilometry w jedną stronę. Trzeba tylko wdrapać się z wysokości 1733 m npm na 2194 m npm. Zajmuje mi to godzinę i 3 minuty. Niektórzy z naszej grupy nie ryzykują podejścia i wynajmują samochód. W tym miejscu muszę podkreślić, że jestem dumny ze swojej żony, gdyż samodzielnie pokonała całą trasę. Mozolną chwilami wspinaczkę rekompensują wspaniałe widoki spod klasztoru. Z jednej strony Kazbek, z drugiej zaś Wąwóz Darialski i  w dole Stepancminda. Słońce grzało na tyle mocno, że moje czoło i nos (zapomniałem o czapce i posmarowaniu się kremem) przypominało wkrótce kolor raka wyciągniętego z wrzątku.
Po południu wyruszamy w kierunku wodospadu Gweleti. Trasa biegnie wąską, miejscami stromą ścieżką, ale jej długość to zaledwie trzy kilometry w obie strony a przewyższenie niespełna 200 metrów. Mimo to niektórzy nieźle się pocą, zanim docierają w pobliże czoła wodospadu. Tego dnia zwiedziliśmy jeszcze tylko pozostałości twierdzy Sno i wróciliśmy na kwatery.
Wodpospad Gweleti




Twierdza Sno





 Pierwsza część relacji : Gruzja - Kutaisi i Swanetia
Trzecia część relacji: Gruzja - od Ananuri do Tbilisi
Czwarta część relacji: Armenia i powrót
Batumi







Brak komentarzy:

Prześlij komentarz