niedziela, 27 września 2015

Iskandarkul i Seven Lakes



Z biegiem dni przyzwyczaiłem się do takich dróg

W poniedziałek rano ze zdziwieniem zaobserwowaliśmy niesamowite korki na ulicach prowadzących do centrum. Policjanci nawet nie starali się ich rozładować. Pilnowali tylko, żeby nikt nie wjechał na ul. Rudaki. Ta reprezentacyjna aleja miasta została bowiem całkowicie zamknięta dla ruchu kołowego. Jak się później dowiedzieliśmy, tego dnia w Duszanbe rozpoczynało się spotkanie przywódców państw Organizacji Układu o Bezpieczeństwie Zbiorowym. Do stolicy Tadżykistanu przybyli więc prezydenci Białorusi, Kazachstanu, Armenii, Kirgistanu, no i przede wszystkim Władimir Putin.  Z chodnika przylegającego do prospektu mogliśmy tylko popatrzeć na przejeżdżające szybko kawalkady czarnych limuzyn w eskorcie błyskających światłami motocykli.

Tego dnia raczej odpoczywaliśmy niż zwiedzaliśmy. Mnie dokuczała biegunka, więc wołałem spędzać czas w hostelu.

We wtorek rano poznaliśmy naszego kierowcę, z którym mieliśmy spędzić najbliższe 8 dni. Przyjechał pod Green House z niewielkim opóźnieniem (korki spowodowane szczytem zwanym anty-NATO nadal utrudniały poruszanie się po Duszanbe). Toyota land cruiser nie należała do najmłodszych - jej przebieg wynosił prawie 278 tysięcy km. To sporo, jak na samochód z silnikiem benzynowym, częściej zresztą napędzanym gazem. Przed wyjazdem Mujesar zatankował właśnie gaz: 92 litry po 2,80 somoni za litr.

Z Duszanbe wyjechaliśmy o 10.40 (wcześniej czekaliśmy na wspomniane już przepustki do Pamiru) drogą M34 w kierunku Gór Fańskich. Na początku trasy samochód jechał po idealnie gładkim asfalcie. Jednak im bliżej gór, a już zwłaszcza po minięciu prezydenckiej rezydencji nad rzeką Varzob, nawierzchnia stawała się coraz gorsza, by wreszcie zamienić się w zwykły szuter. Od czasu do czasu zatrzymywały nas policyjne patrole. Kierowca brał wówczas z przygotowanej zawczasu kupki banknotów 2-3 somoni i najzwyczajniej w świecie wręczał je mundurowym. Taka praktyka jest w tym kraju powszechna i praktycznie nikogo nie dziwi. Policjanci nie zwracają uwagi na prędkość (nie mają zresztą radarów). Jedyne, co naprawdę ich interesuje, to łapówka.

Malowniczymi serpentynami, mijając od czasu do czasu stada owiec i wyprzedzając na wąskiej drodze ciężarówki, wspinaliśmy się na przełęcz Anzob. Znajduje się ona na wysokości 3372 m n.p.m. Dojechaliśmy do niej o trzynastej. Po krótkiej przerwie na serię zdjęć zaczęliśmy zjeżdżać w dół. Naszym celem było jezioro Iskandarkul (Jezioro Aleksandra). Dojazd do niego nie jest łatwy. Jedzie się tam bardzo wąską, często dziurawą drogą, której dodatkową atrakcją jest brak jakichkolwiek zabezpieczeń przed przepaścią czy też spadającymi ze zboczy odłamkami skał.

Jezioro widać już z daleka. Jest niewątpliwie piękne. Leży na wysokości prawie dwóch tysięcy metrów. Przed wjazdem zatrzymuje nas zardzewiały szlaban. Trzeba uiścić opłatę za wjazd. Po negocjacjach płacimy po 5,5 somoni. Zaraz za bramą napotykamy starą zaniedbaną bazę turystyczną, której czasy świetności minęły wraz z upadkiem ZSRR. Idziemy wzdłuż brzegu jeziora, którego głębokość sięga 72 metrów, patrząc na odbijające się w tafli wody szczyty okolicznych gór. Na krańcu jeziora znajduje się jedna z prezydenckich dacz, a obok niej lądowisko dla helikopterów.

Wracamy do głównej drogi, którą wzdłuż rzeki Anzob jedziemy do Ayni. Natrafiamy na korki spowodowane remontem drogi. Wykonują go Chińczycy. Powoli robi się ciemno. Kierowca jedzie na wyczucie, co pewien czas pytając przygodnych ludzi o drogę. Zero drogowskazów. Co chwilę niemal ocieramy się o potężne chińskie ciężarówki. Droga A377 prowadzi do Samarkandy w Uzbekistanie. My jednak musimy z niej zboczyć przed Penjkentem, aby dostać się w rejon Seven Lakes. W absolutnych ciemnościach ciężko odnaleźć właściwy homestay. "Nasz" znajduje się przy czwartym jeziorze. Po kilku próbach i ekwilibrystycznych manewrach kierowcy odnajdujemy go. Jest godzina 21.50. Z właścicielem ustalamy cenę noclegu ze śniadaniem na 12 USD.

Pokój jest w miarę przyzwoity, jednak do toalety, w której kuca się przy niektórych czynnościach, trzeba przespacerować się kilkadziesiąt metrów w chłodnym górskim powietrzu. Papier, który się w niej znajduje, przypomina ten używany do usuwania nadmiaru szpachli ze ściany.

Na śniadanie otrzymujemy po omlecie z jednego jajka, nieco masła i trochę dżemu. Jest też oczywiście czaj oraz kawa, no i świeżo upieczony przez gospodynię chleb.

Samochodem dojeżdżamy do szóstego jeziora. Stąd udajemy się pieszo do siódmego. Jest gorąco, no i wysoko. Szybki marsz powoduje przyspieszenie oddechu i już po kilkunastu minutach czuję strużki potu spływające na oczy. Po drodze spotykam tylko Tadżyka z dwoma osiołkami dźwigającymi na grzbietach kawałki drewna, a także pastucha owiec.  Docieram jednak bez odpoczynku na drugi skraj jeziora. Tu otacza mnie stadko wyraźnie zaciekawionych kóz. Chętnie spróbowałyby moich butów, ale przezornie wchodzę na wysoką skałę. Odpoczywam przez godzinę, kontemplując krajobraz, upajając się ciszą, no i wygrzewając się w ostrym słońcu. W drodze powrotnej mijam się z kilkoma turystami. Potem dołączam do moich współtowarzyszy i wspólnie wracamy samochodem na stancję. Tego dnia przejechaliśmy najmniej kilometrów, bo zaledwie 19. Powoli aklimatyzujemy się do wysokości, bo przed nami są jeszcze przełęcze przekraczające 4000 metrów. Rezygnujemy z proponowanego przez gospodarza obiadu, bo cena 7 dolarów wydaje się być zbyt wygórowana. Korzystamy tylko z kipiatoku (wrzątku) i przyjmujemy poczęstunek w postaci arbuza. W pokoju na piecu znajduję gazetę z 24 kwietnia. Na pierwszej stronie oczywiście, jakżeby inaczej - prezydent Emomali Rachmon

W czwartek na śniadanie znowu jedno jajko, tym razem sadzone. Gospodarz wystawia na stoliku pamiątki wykonane - jak zapewnia - przez jego żonę. Są to małe torebki, jakieś kilimy i makatki, tiubietiejki i apaszki. Ostatecznie kupuję za 10 somoni mały wisiorek z drobnych koralików. Jeszcze tylko wpisujemy się do księgi pamiątkowej i o wpół do dziewiątej ruszamy w dół, oglądając po drodze pozostałe jeziora, od numeru trzy do jeden.

Po drodze znowu mijamy mnóstwo wielkich chińskich ciężarówek. Kierowca mówi, że Chińczycy eksploatują w pobliskich górach kopalnię złota. W dolinie Zarafszanu podziwiamy zielone pola i sady, stanowiące spiżarnię nie tylko dla tego rejonu. Na tle skalistych, pozbawionych roślinności gór, stanowią one miły dla oka kontrast. Znowu wspinamy się na przełęcz Anzob, po czym nieco poniżej zatrzymujemy się na krótki odpoczynek. Spotykamy miejscowe kobiety, które sprzedają kierowcom herbatę. Na dzisiaj właśnie kończyły swoją działalność i wybierały się do domów w pobliskim kiszłaku. Na nasz widok wyciągnęły lepioszki i nas poczęstowały. Zupełnie bezinteresownie.

Po blisko ośmiu godzinach jazdy ponownie znaleźliśmy się w Green House w Duszanbe.  Łącznie przez ostatnie trzy dni przejechaliśmy 684 kilometry, z czego większość po drogach gruntowych. Tym razem otrzymaliśmy pokój siedmioosobowy na parterze, tuż obok recepcji. Wieczorem nie działało Wi-fi (łączność pojawiła się dopiero rano). Pierwszy gorący posiłek od kilku dni. Przed nami ostatnia noc w Duszanbe. Już tu nie wrócimy, a przynajmniej nie podczas tej wyprawy.

Pozostałe odcinki:

Pamir - przed wyprawą


W każdej miejscowości dzieci szkolne były schludnie ubrane

Równoprawni użytkownicy dróg

Tą drogą też jechaliśmy

Iskandarkul



Rzeka wypływająca z Iskandarkul

Iskandarkul

Iskandarkul

Iskandarkul

Osiołki są niezastąpione w lokalnym transporcie

Jedno z siedmiu jezior

Drewno jest u bardzo trudne do zdobycia

Jezioro siódme

Jezioro siódme (ok. 2500 m n.p.m.)

Kozy miały chęć na moje buty


Skąd on wziął taki kawał drewna na tym pustkowiu?

Właściciel homestay'u prezentuje wyroby żony

Góry Fańskie

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz