sobota, 21 września 2013

Piknik w Kazimierzu



Miły gest ze strony organizatorów

W tym sezonie stosunkowo rzadko uczestniczyłem w rajdach i wycieczkach rowerowych. Wynikało to głównie z powodu moich wyjazdów zagranicznych. Z tym większą więc przyjemnością przyjąłem zaproszenie Romana Łuczaka (szefa Klubu Turystyki Rowerowej „Sama Rama”  w Rumi) do udziału w imprezie pod hasłem Rajd Rowerowy „Po sąsiedzku” z okazji Dnia Bez Samochodu. Nazwa długa, ale zapewniam, że adekwatna do tego co przygotowali organizatorzy. W tym miejscu trzeba zaznaczyć, że całemu przedsięwzięciu patronowała burmistrz Rumi Elżbieta Rogala-Kończak, a wśród współorganizatorów i sponsorów byli m.in. Spółdzielnia Mieszkaniowa „Janowo”, Miejski Dom Kultury, Firma Kummer i  PORD.

Roman  Łuczak udziela ostatnich instrukcji
Na miejsce zbiórki (parking przy Zespole Szkół Ogólnokształcących) zdążyłem w ostatniej chwili. Wcześniej bowiem nieco pobłądziłem, gdyż wysiadłem na niewłaściwym przystanku SKM. Z daleka już widziałem kilkudziesięcioosobową grupę rowerzystów, z których wielu miało na sobie kamizelki odblaskowe. Kiedy podjechałem bliżej, zobaczyłem Romana udzielającego wywiadu jakiejś telewizji oraz Darka, Heńka i Ryśka. Z tymi ostatnimi wielokrotnie jeździłem na wycieczki organizowane przez Gdańską Ekipę Rowerową.  Miło mi było ich spotkać, gdyż ostatnio moje kontakty z tą grupą były dość sporadyczne.

O godzinie piętnastej wyruszyliśmy w stronę Kazimierza, gdzie zaplanowany został rowerowy piknik. Przejazd przez miasto ułatwiała nam policja, która sterowała ruchem na newralgicznych skrzyżowaniach. Jak wiadomo, Rumia nie jest wielkim miastem, więc wkrótce wyjechaliśmy na drogi podmiejskie, zbudowane przeważnie z betonowych płyt lub też po prostu z ubitej ziemi. Przy wjeździe do Kazimierza zobaczyliśmy sporą grupę ludzi na koniach. „Czemu tak męczycie te zwierzęta?” – odezwał się ktoś z naszej grupy. Fakt, jazda konna to korzystanie

 z mięśni zwierząt, a jadąc na rowerze można ćwiczyć swoje własne…

Wkrótce wjechaliśmy na podwórko – nie wiem jak to nazwać: posiadłości, gospodarstwa czy muzeum – bo wszystkie te elementy współistnieją – państwa Ireny i Franciszka Dzięgielewskich. Powiem wprost – byłem totalnie zaskoczony. Jeszcze nigdy nie widziałem tak bogatego w zbiory prywatnego muzeum.  Znaleźć można tu bowiem zabytkowe przedmioty z wielu dziedzin, np. stare radioodbiorniki, żelazka, telewizory, aparaty fotograficzne, maszyny do pisania, instrumenty muzyczne, elementy strojów regionalnych, lalki i zabawki, fragmenty urządzeń i maszyn, menażki, manierki i tak dalej.

Od lewej: Roman Łuczak, Franciszek Dzięgielewski, Elżbieta Rogala- Kończak,
Warto było tu przyjechać choćby ze względu na to unikatowe muzeum. Ale to nie koniec atrakcji przygotowanych przez organizatorów. Rowerzyści otrzymali bowiem nie tylko ucztę dla ducha, ale też dla ciała. Na początek dwa baniaki grochówki, a potem do woli kiełbasek z ogniska. Do tego oczywiście muzyka w wykonaniu lokalnego zespołu. A skoro muzyka, to i tańce.  Z podziwem obserwuję jak bawi się pani burmistrz (obecna przez cały czas, nie tylko na początku imprezy, jak to bywa w przypadku innych włodarzy znanych mi miast). Są też konkursy i zabawy, np. skakanie przez opony czy podciąganie na sznurku kilogramowego odważnika.

Na koniec wszyscy uczestnicy otrzymują pamiątkowe dyplomy podpisane przez panią burmistrz a także drobne upominki. 
Więcej zdjęć tutaj

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz