niedziela, 15 kwietnia 2012

Żuławskie ścieżki

Pogoda fatalna: pochmurno i zimno. Do tego przenikliwy wiatr. Mimo to zdecydowałem się wziąć udział w rajdzie GER po żuławskich równinach. Podobną trasę przejechaliśmy w ubiegłym roku. Wydawało mi się więc, że będzie to lajtowa przejażdżka. Niestety, jak się później okazało, nie była  to wcale taka bułka z masłem. Warunki pogodowe odgrywają jednak kolosalne znaczenie przy tego typu eskapadach.
Spod budynku LOT wyjechaliśmy jak zwykle o dziesiątej. Zebrało się łącznie jedenaście osób, w tym dwie panie. Najpierw udaliśmy się bocznymi dróżkami do Wiśliny. Tutaj obejrzeliśmy znajdującą się na dawnym cmentarzu menonickim (obecnie katolicki) drewnianą dzwonnicę z końca XVIII w.
Następnie przez Lędowo pojechaliśmy do Wróblewa. Zatrzymaliśmy  się przy małym kościółku z XVI wieku, zlokalizowanym tuż nad Motławą. Niedaleko stąd położona jest miejscowość Grabiny Zameczek. Niestety, będący kiedyś jej chlubą krzyżacki zamek znajduje się w kompletnej ruinie. Jeszcze przed rokiem można tam było co nieco pozwiedzać. Teraz teren jest zamknięty.
Kolejny krótki postój wypadł przed domem podcieniowym w Trutnowach. Dojechaliśmy tam ścieżką rowerową. Trzeba tu wspomnieć, że tych ostatnich  na terenie Żuław Gdańskich jest coraz więcej.  Wspomniany dom widziałem już w roku ubiegłym, ale wówczas nie było tam bocianów. Tym razem mogliśmy podziwiać boćka dostojnie zerkającego na nas z kalenicy ponad dwustu dziewięćdziesięcioletniego domostwa.

W Cedrach Wielkich zatrzymaliśmy się na chwilę przed czternastowiecznym ceglanym gotyckim kościołem. Stąd pojechaliśmy do wsi Leszkowy, gdzie zrobiliśmy sobie przerwę na posiłek. Mniej więcej od tego momentu zaczęła się jazda pod wiatr, który nieustannie się wzmagał.
Ostatnim miejscem, które obejrzeliśmy, była strażnica wałowa w Kiezmarku nad Wisłą. Stąd ruszyliśmy w drogę powrotną przez  Błotnik, Trzcinisko i Wiślinkę. Wiejący w twarz wiatr wydatnie utrudniał posuwanie się do przodu. Nasza grupa wkrótce rozerwała się na trzy mniejsze. Ja sam znalazłem w tej środkowej (notabene jednoosobowej).  Przekonałem się przy okazji, że muszę jeszcze trochę popracować nad wydolnością mięśni nóg.
Łącznie przejechałem 80 km, a na siodełku spędziłem cztery i pół godziny.  Nieco fotek z tej wycieczki zamieściłem tutaj natomiast z prezentacją dźwiękową można zapoznać się tu

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz