poniedziałek, 28 sierpnia 2017

Po śmierci Miecugowa...



Źródło: A. Rybczyński/PAP
Nie znałem osobiście Grzegorza Miecugowa. Jedyne co nas łączyło, to wieloletni nałóg palenia papierosów. On rzucił palenie w momencie ujawnienia się nowotworu płuc, ja ponad siedemnaście lat temu z zupełnie innych motywów. Nie o mnie tu jednak chodzi. Miecugow cieszył się, gdy ponad pięć lat temu leczący go profesor Orłowski stwierdził, że jest zdziwiony, bo guz się nie powiększa, ale nawet zmniejszył się o 40 procent. To taki dowód namacalny, że guz żywił się dymem - podsumował optymistycznie Grzegorz Miecugow. Niestety, rak płuc nie poddawał się. Kolejne lata to nieustanna walka. Dziennikarz w tym czasie starał się prowadzić normalne życie - zarówno rodzinne jak i zawodowe. W tym ostatnim miał wiele sukcesów, ale też mnóstwo stresujących sytuacji. Nie obnosił się ze swoją chorobą, toteż niektórzy pochopnie wyciągali mylne wnioski o jego rzekomym pijaństwie, gdy bełkotliwie mówił przed kamerą. A był to tylko skutek nadmiaru zażytych leków.

Rak znowu wygrał. Ok, zdarza się to często i nie ma powodu rozczulać się akurat nad przypadkiem Miecugowa - powie ktoś. Nie ma też jednak powodu, aby po śmierci tego wybitnego dziennikarza wieszać na nim psy. Z przykrością muszę jednak stwierdzić, że pewne środowiska czy też szczególnie zacietrzewieni przeciwnicy Miecugowa nie oszczędzają go nawet teraz, gdy już sam nie może się bronić. Dlatego z satysfakcją odnotowuję głos Adama Darskiego (Nergala), który wyraża niesmak i dezaprobatę dla komentarzy opluwających pamięć Grzegorza Miecugowa.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz